Niezwykły dar Urbana. To dlatego Holendrzy nie byli w stanie wygrać
Każdy trener przed meczem rozgrywa ten sam mecz w głowie. Sztuka polega na tym, by na murawie odbył się na tych samych zasadach. Jan Urban ma póki co niezwykłą łatwość w zamianie wyobrażeń na rzeczywistość.

Tu nie chodzi o wynik, bo gdyby nie skończyło się remisem 1:1, gdyby Holendrzy kopnęli piłkę do naszej bramki o jeden raz więcej, ten tekst mógłby wyglądać identycznie. Z tą różnicą, że broniłby się dużo gorzej, natomiast fakty są takie, że tak zwany obraz spotkania czwarty raz z rzędu wyglądał identycznie, jak plan Jana Urbana. Tym razem miał bazować na większym posiadaniu piłki niż w Rotterdamie i częstszym stwarzaniu zagrożenia, niż dwa miesiące wcześniej - gdy z kolei plan zakładał neutralizację głównych atutów Holendrów oraz szybkie przechodzenie do kontrataków.
Urban nie zmienia ustawienia, lecz założenia na kolejne spotkania - jak najbardziej. To nie czas, by robić z niego cudotwórcę, jednak czynienie z naszych problemów… naszych atutów na cud już zakrawa. Wydawało się, że brak nominalnego defensywnego pomocnika w kadrze na Holandię może przysporzyć kłopotów, tymczasem wszystko rozwiązał prosty zabieg: przesunięcie Nicoli Zalewskiego za plecy Roberta Lewandowskiego, zastąpienie go z lewej strony Michałem Skórasiem, przy jednoczesnym przesunięciu Sebastiana Szymańskiego do środka pola - właśnie na pozycję Slisza (Szymański szybko zszedł z kontuzją, przez co jakościowo straciliśmy po wpuszczeniu Bartosza Kapustki, jednak co do założeń - wszystko wypaliło). Nagle okazało się, że słowa selekcjonera z przedmeczowej konferencji ("poradzimy sobie bez nominalnej szóstki") mają zastosowanie, gdy potrafi się pokombinować.
Ta drużyna już funkcjonuje według autorskiego pomysłu Jana Urbana. Lubujący się w hiszpańskim stylu trener wypycha jedenastkę po brzegi piłkarzami, którzy dobrze czują się z piłką przy nodze. Uwalnia potencjał zawodników. Za nami dopiero cztery mecze o punkty pod jego wodzą, a już możemy wymieniać kolejnych piłkarzy, których dla tej reprezentacji wymyślił lub odzyskał: Przemysława Wiśniewskiego, Matty'ego Casha, Michała Skórasia, Jakuba Kamińskiego, a biorąc pod uwagę mecz z Litwą - także Sebastiana Szymańskiego. Jednocześnie Piotr Zieliński i Robert Lewandowski funkcjonują w tym wszystkim tak jak powinni - w roli zawodników kluczowych. Na zmianie selekcjonera nic nie stracił Nicola Zalewski, który już za Michała Probierza prezentował się świetnie, a teraz ponownie trudno coś mu zarzucić. Nawet po zmianie pozycji.
Urban podkreśla, że jest świadomy, iż grill pod nim już jest rozpalany, jednak wyczekiwanie na paliwo cały czas się przedłuża. Nie jesteśmy pod jego wodzą najlepszą drużyną na kontynencie, nawet nie najlepszą we własnej grupie - ale na dziś trudno nie mieć wrażenia, że w sposób maksymalny wykorzystujemy własny potencjał.
Zobacz również:
Nie nasze zmartwienie
Zremisowaliśmy z Holendrami już drugi mecz - dwukrotnie na różnych zasadach. W pierwszej połowie w Warszawie grając w sposób perfekcyjny - trzykrotnie stwarzając potężne zagrożenie pod bramką rywala, strzelając jednego gola i nie pozwalając światowym gwiazdom na oddanie choćby jednego celnego strzału. Powoli spełnia się w ten sposób "przepowiednia" Jana Urbana, który tuż po objęciu reprezentacji przekonywał, że naszym miejscem w szeregu jest to, w którym zawsze ogrywamy słabszych i sprawiamy sporo kłopotu lepszym.
Inna sprawa, że Holendrzy od początku wyglądali, jakby nas lekceważyli. Zaczęło się już na konferencji prasowej, gdy Ronald Koeman nie bardzo umiał się ustosunkować do pytań o zmieniającą się polską obronę - jakby nie był świadomy, kto konkretnie może zastąpić wykartkowanych lub kontuzjowanych. W trzech pierwszych kwadransach nie było ich na boisku. Ale to nie nasz problem. I takie coś też trzeba umieć wykorzystać.
Na mundial jeszcze nie awansowaliśmy. Ale dobrze wiedzieć, że jest na czym opierać nadzieję, że pierwsze zdanie z tego akapitu w marcu może się zmienić.












