Lewandowski się waha nad dalszą grą w kadrze. Rola Urbana może być kluczowa
Robert Lewandowski brzmi, jakby decyzja o końcu reprezentacyjnej kariery, była dalej, niż jeszcze jakiś czas temu. Wsłuchując się w motywacje najlepszego strzelca w historii kadry, nietrudno dojść do wniosku, że swoje pięć groszy dla odsunięcia takich myśli, dorzuca Jan Urban.

Dziennikarz Sebastian Staszewski, który jesienią ubiegłego roku wydał nieautoryzowaną biografię Roberta Lewandowskiego - w dużej mierze opartą na dziesiątkach rozmów z otoczeniem piłkarza - zasugerował jakiś czas temu, że warto z dokładnością obserwować każdą minutę gry napastnika w reprezentacji, bo koniec jego przygody z nią jest bliższy, niż komukolwiek może się wydawać. Słowa te - nie wypowiedziane jako opinia, a brzmiące raczej jak ustalony fakt - sugerowały dość jasno, że Lewandowskiego, w przypadku niepowodzenia w barażach, od zakończenia gry w orzełkiem na piersi dzielą dwa-trzy mecze: baraże oraz zorganizowane zapewne z pompą oficjalne pożegnanie. Taki scenariusz wciąż może się wydarzyć, jednak wsłuchując się w to, co mówi sam kapitan oraz wracając do przeszłych motywacji Lewandowskiego do dalszej gry w kadrze, niekoniecznie musi nastąpić.
Lewandowski znów ma radość z gry w kadrze
Robert Lewandowski to ten typ piłkarza, który zawsze oczekuje od futbolu więcej, niż tylko egzystowania w nim. Nie ma przypadku, że selekcjonerem, z którym najlepiej się dotąd dogadywał, był Adam Nawałka - bo dopiero u niego zaczął czerpać pełnię radości z gry - co było bezpośrednim skutkiem zapewnienia mu wysokiej jakości serwisu, jaki on później przekładał na seryjnie strzelane bramki. Z tego samego powodu szybko złapał dobry kontakt z Paulo Sousą, a nawet w początkowej fazie z Michałem Probierzem. Każdy z tych selekcjonerów miał określoną wizję gry, która napastnikowi sprawiała dużo frajdy. A Lewandowski nigdy nie krył, że obok spełniania marzeń zwykłego chłopaka z Warszawy, samo w sobie czerpanie przyjemności z gry było dla niego jedną z ważniejszych motywacji, by przedłużać swój pobyt w kadrze.
Pierwsze realnie brzmiące pytania o przyszłość padły w jego kierunku w Katarze, gdy reprezentacja Polski odpadła w 1/8 finału. Całkiem niezły dla oka mecz z Francją poprzedziły wtedy trzy spotkania w fazie grupowej, które różniły wyniki (remis, wygrana, przegrana), lecz łączył styl, który trudno nazwać przyjemnym dla napastnika. Świeżo po odpadnięciu Lewandowski miał skwaszoną minę, a na pytanie, czy myśli o zakończeniu gry w kadrze, nie znalazł ani potwierdzenia, ani zaprzeczenia. - Muszę się nad tym zastanowić, ale piłka powinna sprawiać przede wszystkim przyjemność - mówił wówczas wyraźnie rozgoryczony tym, co mimo wyjścia z grupy prezentowała reprezentacja.
Poddając analizie jego słowa z 2022 roku i te, które wypowiedział ledwie wczoraj podczas konferencji prasowej, łatwo dojść do wniosku, że… cztery lata temu zagrożenie - jeśli tak nazwiemy jego odejście z kadry - było bardziej realne. Dziś mówi tak: - Nieważne, co się wydarzy, ja i tak żadnej decyzji nie podejmę. Nie jestem gotowy na żadną decyzję, bo żeby być gotowym, trzeba wiedzieć, jaka ona jest. A ja jeszcze nie wiem, więc wam o tym nie powiem. Pewnie szybko się to nie stanie. Jak będę wiedział, że to jest ten moment, to pewnie wam powiem. Na pewno jeszcze o tym nie myślę. Po jednym czy drugim meczu moje zdanie na ten temat się nie zmieni.
W tym kontekście wybór Jana Urbana na stanowisko selekcjonera ma jeszcze większe znaczenie, niż tylko uratowanie eliminacji mundialu przed katastrofą, w jakiej kierunku prowadził nas Michał Probierz. Urban zdecydowanie stawia na ofensywną twarz kadry, czego najlepszy dowód dał w powołaniach na listopadowe zgrupowanie. Ze względu na kontuzje lub kartki, w meczu z Holandią na Stadionie Narodowym nie mógł skorzystać z dotychczas powoływanych defensywnych pomocników, wobec czego… na Holandię nie powołał żadnego. Grając przeciwko rywalowi z najwyższej półki, zestawił skład z Piotrem Zielińskim i Sebastianem Szymańskim w środku pola (Szymańskiego ze względu na kontuzję szybko zastąpił Bartosz Kapustka), oraz Nicolą Zalewskim i Jakubem Kamińskim operującymi za plecami Lewandowskiego. Odwaga przyniosła skutek - Polska zagrała bardzo dobry mecz, Lewandowski zaliczył kapitalną asystę przy bramce Kamińskiego, a wszystko ostatecznie skończyło się jednym punktem. Dziś trudno uwierzyć, że przy selekcjonerze preferującym styl podobny do Czesława Michniewicza lub Fernando Santosa, Lewandowskiemu chodziłoby po głowie pozostanie w kadrze na kolejny cykl. A jednak tak właśnie się dzieje.
Kadra potrzebuje Roberta Lewandowskiego
Zbigniew Boniek ostatnio mówił mi, że reprezentacja Polski w ataku - mimo gry Lewandowskiego - nie ma komfortowej sytuacji, bo piłkarz Barcelony to dziś inny zawodnik niż trzy-cztery lata temu. Trudno się z tym nie zgodzić, jednak o ile od dawna stałym cyklem kadry jest próba uniezależnienia jej od Lewandowskiego, o tyle kolejni selekcjonerzy nie potrafią obyć się bez niego. Takie momenty, gdy złudnie wydawało się, że możemy sobie pozwolić na komfort gry bez kapitana, były dwa - najpierw na początku kadencji Jerzego Brzęczka, gdy chwilowy wystrzał formy miał Krzysztof Piątek i niektórzy kibice wręcz oczekiwali, by przy grze z taktyką na jednego napastnika, to on zastąpił Lewandowskiego. Później podczas Euro 2024, gdy Michał Probierz nie mógł liczyć na największą gwiazdę drużyny (Lewandowski doznał kontuzji przed turniejem), ale gra ofensywna Biało-czerwonych wcale nie ucierpiała. Finał za każdym razem był taki, że pozycja Roberta Lewandowskiego okazywała się nie do podważenia - i to mimo coraz większych mankamentów w jego grze.
Obecną sytuację od poprzednich różni to, że o ile wówczas mogliśmy mieć poczucie, że za rogiem czają się ludzie, którzy będą w stanie udźwignąć ciężar strzelania bramek dla kadry, o tyle dziś nie ma nawet ułudy. Samo powołanie dla Krzysztofa Piątka, dogorywającego w podważanej nawet przez Jana Urbana lidze katarskiej, jest sygnałem, że znikąd nadziei. Napastnikiem numer dwa w hierarchii jest mający problemy z występami w bardzo przeciętnym Panathinaikosie Ateny Karol Świderski, który od listopada strzelił tyle samo bramek, co Lewandowski w niedawnym pojedynczym meczu z Newcastle United. Napastnika numer cztery nie ma - po kontuzji Adama Buksy Urban nawet nie próbował znaleźć kogoś na jego miejsce. Na liście snajperów urodzonych w 1998 roku lub młodszych, nie ma dosłownie nikogo, o kim dziś powiedzielibyśmy, że bez wątpienia nosi znamiona osoby, która może w przyszłości rozwiązać problem ze zdobywaniem goli na poziomie międzynarodowym.
Rywalizacja na pozycji napastnika w kadrze toczy się zatem w oparach słabości - o powołaniach nie decyduje, kto jest najlepszy, lecz kto ma najmniej braków na poziomie międzynarodowym. W takim kontekście nie da się dojść do wniosku, że odejście z reprezentacji piłkarza, który wciąż występuje regularnie w jednym z największych klubów świata i wciąż strzela tam gole, mogłoby być dla drużyny korzystne.











