Legenda polskiej piłki nie owija w bawełnę ws. Lewandowskiego i Urbana. Uległ?
Dwa finały - oto droga reprezentacji Polski, poprzez baraże, na tegoroczne mistrzostwa świata w USA, Kanadzie i Meksyku. Ostateczna misja, bez prawa do najmniejszej wpadki, już w czwartek na PGE Narodowym przeciwko Albanii. A zwycięstwo sprawi, że "finał finałów" kadra Jana Urbana rozegra z Ukrainą lub Szwecją. W rozmowie z Interią legendarny piłkarz polskiej piłki Antoni Szymanowski, w swoim stylu, jasno ocenia kwestie sportowe, a także pozapiłkarskie z udziałem Roberta Lewandowskiego.

W poniedziałek reprezentacja Polski rozpoczęła zgrupowanie przed najważniejszymi meczami pierwszego kwartału i całego pierwszego półrocza. Mundial za oceanem rozpocznie się już 11 czerwca, a "biało-czerwoni" do samego końca muszą walczyć o przepustkę na najważniejszą imprezę piłkarską świata.
"Nie przypuszczam rozczarowującej niespodzianki"
Na pierwszy ogień idą rywale z Albanii, którzy w czwartek wybiegną na murawę PGE Narodowego, by napsuć krwi drużynie Jana Urbana. I to jest ten pierwszy, niewątpliwie łatwiejszy krok z dwóch, które są konieczne do wykonania, aby wystrzeliły szampany.
- Zgadzam się, mamy przed sobą dwa finały. Co do pierwszego finału jako ten, który liznął trochę futbolu i chyba wiem więcej niż przeciętny kibic, to w nim nie przewiduję i nie przypuszczam rozczarowującej niespodzianki. Czegoś takiego nie widzę w meczu z Albanią, tego być nie może. Jesteśmy tutaj zdecydowanym faworytem - nie ma wątpliwości Antoni Szymanowski, były obrońca polskiej kadry, medalista mistrzostw świata z 1974 roku oraz mistrz olimpijski z 1972 roku.
Celem jest oczywiście zwycięstwo, ale pięć dni później poprzeczka pójdzie znacznie wyżej. W decydującym starciu o awans nasz zespół zmierzy się z Ukrainą w Walencji lub ze Szwecją w Sztokholmie.
- I tutaj już może być inaczej, przyjdzie nam grać z zespołem z wyższej półki. Trudniej byłoby ze Szwecją na terenie rywala, ale i niełatwo z Ukrainą na neutralnym gruncie. Uważam, że ze Szwedami właśnie z tego powodu byłoby pod górkę, bo niosłaby ich rola prawdziwego gospodarza, niemniej wyżej oceniam umiejętności Ukraińców. Generalnie w obu meczach naprawdę jesteśmy bardziej uprzywilejowani, a droga na mundial będzie szeroko otwarta - ocenia 75-latek, członek Klubu Wybitnego Reprezentanta.
To, co najbardziej cieszy Szymanowskiego w kontekście nie tylko minimum jednego nadchodzącego meczu, ale także najbliższej przyszłości, to sytuacja z zawodnikami młodego pokolenia. A to już stwarza perspektywę, byśmy niedługo nie stali w kolejce do elitarnego grona, a swoich szans nie odmierzali "za pięć dwunasta".
- Najważniejsze jest to, iż pojawiło się paru ciekawych chłopaków, młodych, którzy idą w dobrym kierunku. Powołani przez selekcjonera piłkarze grają w swoich zespołach klubowych i nie są to "ogony", co jest bardzo ważne. Jest naprawdę dobry czas na pokazanie swoich umiejętności, bo mamy solidny materiał na zbudowanie reprezentacji. PESEL-u się nie oszuka, nie wiem czemu niektórzy nadal są powoływani, wraca się do pewnych nazwisk, a ja wolałbym tego już nie widzieć, tylko iść w kierunku Oskarów Pietuszewskich. I nigdy nie powinno mieć znaczenia, czy równolegle gra także młodsza kadra, bo priorytety są jasne. Wolę się przyzwyczajać do nowych nazwisk niż już trochę zgranych kart - przekonuje rozmówca Interii.
Jednocześnie zwraca uwagę, że specyfika najbliższego meczu o wszystko i, oby, kolejnego 31 marca, wymusza dojrzałe wybory. - W momencie nadchodzącego dwumeczu, wyjętym spod eksperymentów, wszystko musi pójść pełną parą. Nie jestem huraoptymistą, ale uważam, że oba mecze powinny być dla nas pozytywne. Zawsze próbuję ważyć argumenty, jednak nie chce mi się wierzyć, byśmy mieli potknąć się na Albanii. Z kolei ostateczny finał już będzie wymagał stu procent od wszystkich - zaznacza.
Z Antonim Szymanowskim po raz ostatni rozmawiałem dwukrotnie, w czerwcu i lipcu zeszłego roku, gdy reprezentacja i polska piłka zmagały się z gigantycznym kryzysem wizerunkowym. Wówczas trwało rozbrajanie bomb w kadrze po tym, jak pozbawiony opaski kapitańskiej Robert Lewandowski złapał się za łby z Michałem Probierzem. W rezultacie selekcjoner stracił pracę, a były defensor komentował dynamikę zdarzeń, nie szczędząc razów także kapitanowi. Dziś uważa, że tamta sprawa rozeszła się po kościach.
- To się wyciszyło, bo nie tylko czas goi rany. Wtedy starałem się sprawiedliwie krytykować i Lewandowskiego, i Probierza, ale ta sytuacja - w kontekście dalszych ruchów i decyzji nowego selekcjonera Jana Urbana, pokazała jedno: wielki piłkarz właściwie zawsze jest górą, a kozłem ofiarnym staje się szkoleniowiec. Osobiście uważam, że granica między zawodnikiem a trenerem została przekroczona, bo dopóki Probierz był trenerem powinien mieć głos decydujący. Niemniej wszystko raptownie się wyciszyło - mówi nestor polskiej piłki reprezentacyjnej.
Szymanowski o sprawie Lewandowskiego: Afera rozeszła się po kościach
Zwraca uwagę na to wszystko tym bardziej, że w końcu to nie były wydarzenia, do jakich moglibyśmy przywyknąć.
- Prawda jest taka, że przecież kilka miesięcy temu coś niestandardowego się wydarzyło, wszak Robert postawił sprawę na ostrzu noża: "ja albo Probierz". Tymczasem przeszliśmy nad tym prędko do porządku dziennego. Tak jakbyśmy zgodzili się w całej rozciągłości, że Probierz to jest "beee", a nasze "dobro narodowe Robuś" został z wszystkiego rozgrzeszony, bo oceniono, że to on został skrzywdzony. W taką poszliśmy narrację, afera rozeszła się po kościach, a największym wygranym jest Robert, któremu pomogli wszyscy, poczynając od niektórych dziennikarzy, a kończąc na prezesie PZPN - mówi Szymanowski.
Były piłkarz doskonale czyta nastroje i zdając sobie sprawę, że pewnie niektórzy kibice zadadzą sobie pytanie: "po co to odgrzebywać?", od razu spieszy z gotową odpowiedzią.
- Wracam do tych wydarzeń dlatego, iż sądzę, że siedzą one w niejednym byłym reprezentancie Polski. Ja broń Boże nie mam nic osobistego do Roberta Lewandowskiego, jest wielkim piłkarzem, ale takie załatwianie spraw, gdzie decyduje status gwiazdy, jest niewychowawcze. Z kolei Jan Urban wchodząc w nową sytuację zrobił to, czego należało się spodziewać, czyli na wstępie nie chciał pakować się w konflikty i w jakiekolwiek rozliczanie rzeczy, które działy się bez jego udziału. Czy uległ? Takie pytanie pewnie wielu sobie stawia, choć w gruncie rzeczy pewno nikt czegoś innego się nie spodziewał - peroruje Szymanowski, a tytułem podsumowania mówi tak:
- Clue historii jest jedno: "w kadrze nie chcemy sobie pozwolić na brak Lewandowskiego", więc to on w takich historiach musi okazać się wygranym. Probierz liże rany, ale pewnie przynajmniej ma satysfakcję, że nie pękał. Ludzie ze środowiska mają to w pamięci, w tym kibice piłkarscy, więc możliwe, że Robert już żadnemu przyszłemu trenerowi nie sprawi takiego psikusa.
Artur Gac, Interia














