Kres ery Lewandowskiego. Koniec w cieniu skandalu. Teraz Polska, kiedyś Barcelona
Przygoda reprezentacji Polski z mundialem 2026 zakończyła się niestety w przysłowiowych przedbiegach. W najważniejszym starciu barażowym "Biało-czerwoni" ulegli bowiem Szwedom. Nie bez winy był jednak arbiter tego meczu, który podjął kilka naprawdę kontrowersyjnych decyzji. Tym samym, dołożył on sporą cegiełkę do bardzo brutalnego zakończenia ery Roberta Lewandowskiego. Co więcej, nie był to pierwszy raz, kiedy słoweński arbiter zaszedł za skórę drużynie polskiej ikony.

Tegoroczne mistrzostwa świata miały być niezwykle istotnym wydarzeniem dla kibiców z kraju nad Wisłą. W głębi serca niemal każdy wiedział, że mogą to być ostatnie podrygi długiej i niezwykle owocnej kariery reprezentacyjnej Roberta Lewandowskiego.
Od samego początku droga na MŚ 2026 nie była jednak usłana różami. Po ogromnych zawirowaniach wewnętrznych oraz kilku potknięciach, "Biało-czerwoni" zakończyli fazę grupową zmagań eliminacyjnych na 2. miejscu. Oznaczało to konieczność rozegrania rundy barażowej. W niej podopieczni Jana Urbana poradzili sobie z Albańczykami, choć ich gra z pewnością nie porwała publiczności.
Zupełnie inaczej wyglądała natomiast potyczka ze Szwedami, z którymi to nasi reprezentanci stoczyli bezpośredni pojedynek o awans do fazy zasadniczej MŚ 2026. Przez większą część meczu to "Biało-czerwoni" byli stroną dominującą. Nie oznacza to jednak, że nie ustrzegli się oni karygodnych błędów. W ostatecznym rozrachunku to Szwedzi mogli cieszyć się z wywalczonego prawa występu na amerykańskiej imprezie.
Błędów nie ustrzegł się tego dnia także główny arbiter spotkania - Slavko Vincić. Słoweński arbiter nie odgwizdał dość oczywistego rzutu karnego po faulu na Jakubie Kamińskim, a także podarował Szwedom kluczowy rzut wolny po wątpliwym "przewinieniu" Nicoli Zalewskiego. Tym sposobem, kres reprezentacyjnej ery Roberta Lewandowskiego odbył się w atmosferze niemałego skandalu.
Był "twarzą" klęski Polaków. Lewandowski długo mu nie wybaczy. Już raz pozbawił go marzeń
Kapitan reprezentacji Polski doskonale zna sędziowskie możliwości Slavko Vincicia. To właśnie ten arbiter prowadził bowiem mecz, który wywołał niemałe kontrowersje w świecie piłki nożnej. Mowa o spotkaniu Barcelony z Interem Mediolan w ramach fazy grupowej Ligi Mistrzów z 2022 roku.
To właśnie na legendarnym Giuseppe Meazza 4 października 2022 roku doszło do sytuacji, która zapadła w pamięci kibiców "Dumy Katalonii" na długie lata. Strzelanie w tym meczu rozpoczął Inter Mediolan. Chwilę po 45. minucie do bramki Marca-Andre ter Stegena trafił wówczas Hakan Calhanoglu.
Na trafienie wyrównujące stan rywalizacji trzeba było poczekać aż do 67. minuty, kiedy to bramkę dla Barcelony zdobył Pedri. Radość Lewandowskiego i spółki była ogromna, jednak nie trwała długo. Po interwencji VAR-u trafienie to zostało bowiem anulowane. Powodem decyzji arbitra było poprzedzające zdobycz zagranie ręką w wykonaniu Ansu Fatiego. Ta decyzja Slavko Vincicia była ciężka do podważenia.
Prawdziwa burza wybuchła jednak w końcowych minutach spotkania. Wówczas Denzel Dumfries dopuścił się niemalże bliźniaczego zagrania ręką we własnym polu karnym. Tym razem kibice nie doczekali się jednak reakcji arbitra głównego. System VAR również nie przywołał Vincicia do ponownego obejrzenia tej sytuacji. Chwilę później Słoweniec zagwizdał po raz ostatni. Sytuacja ta odbiła się szerokim echem w hiszpańskich mediach. Na decyzję arbitrów mocno narzekał także ówczesny trener "Dumy Katalonii" Xavi Hernandez.
Inter Mediolan wygrał ten mecz 1:0, a w ostatecznym rozrachunku zakończył zmagania grupowe na 2. miejscu. Barcelona traciła wówczas do włoskiego zespołu 3 "oczka", co oznaczało spadek Katalończyków do fazy pucharowej Ligi Europy. W ten sposób Vincić pogrzebał szanse Lewandowskiego na powalczenie o drugą w karierze Ligę Mistrzów.













