Jest liderem klubu, nie dostał szansy od Urbana. "Nie powiem, że bolało"
- Nie chcę tu mówić o jakimś bólu. Mam swoje ambicje, ale jednocześnie zawsze biorę życie takim, jakie jest - mówi w rozmowie z Interią Oskar Repka, piłkarz Rakowa Częstochowa, odnosząc się do braku powołania od Jana Urbana w sytuacji, gdy wydawało się, że będzie brany pod uwagę.

Z Oskarem Repką rozmawiamy o "nowym" Rakowie Częstochowa, kulisach odejścia Marka Papszuna i marzeniu, jakim jest reprezentacja Polski.
Nowy Raków Częstochowa
Przemysław Langier (Interia Sport): Jak się czujesz w tej nowej erze Rakowa?
Oskar Repka (piłkarz Rakowa Częstochowa): - Są różnice. Myślę, że wszyscy je zauważamy - od piłkarzy, przez ludzi ze sztabu, którzy zostali, po pracowników klubu. Patrzę na to pozytywnie, traktuję jak nowy bodziec, który na pewno nam się przyda.
O te różnice też chciałem zapytać.
- Trener Papszun to była bardzo mocna postać w Częstochowie. Każdy go znał, każdy w nim widział autorytet. Z jednej strony budził podziw, z drugiej powiedziałbym, że nawet nieco bardziej - hmm - strach. Z trenerem Tomczykiem natomiast znałem się już z GKS-u, kojarzyliśmy się. Pewnie przez to, że jest z Częstochowy, łatwiej było mu wejść do klubu. Patrząc po ludziach, widzę, że został przyjęty bardzo dobrze.
Na czym polegają nowe bodźce po tej zmianie?
- Jest nowy pomysł na grę, ale też zupełnie nowe detale. Trener Tomczyk i jego sztab zwracają uwagę na inne rzeczy, dają inne wskazówki. Widać, że odbyła się jakaś analiza tego, co gorzej funkcjonowało i stąd nowe rozwiązania na treningach - mamy inne zadania z piłką, czy grę przez środek. Mocno pracujemy nad zachowaniami w trzeciej tercji (zawierającej pole karne rywala - przyp. red.).
Współpraca z Markiem Papszunem
Trener Papszun po poprzednim sezonie wygrał ankietę wśród piłkarzy Ekstraklasy. Ankietę, z którym trenerem najbardziej nie chcieliby pracować. Umiesz to wyjaśnić?
- Może to dlatego, że zawodnicy czasem lubią swoją strefę komfortu. Praca z trenerem Papszunem wymaga wychodzenia poza nią. Jest bardzo wymagający, twardy, ale to styl, który można polubić. Ja od początku byłem otwarty na tego typu współpracę i nigdy nie miałem z trenerem Markiem problemu. Ba, powiedziałbym, że mocno zyskałem i do dziś czerpię z tego, co mi przekazał. Miał swoje zasady. Pewne priorytety były nienaruszalne. Treningowo i organizacyjnie wszystko musiało się zgadzać według jego wizji i może to był ten szczegół, który doprowadził go do tak dużych sukcesów.
Ty wszedłeś niemal z buta do drużyny. Nie potrzebowałeś legendarnych trzech miesięcy, by przystosować się do pracy z Markiem Papszunem.
- Może dlatego, że w GKS-ie Katowice graliśmy podobnym systemem, jeśli nawet nie takim samym. Różniły się co najwyżej szczegóły. Trener był świadomy, że jestem kumatym zawodnikiem, który dzięki przygotowaniu taktycznemu będzie w stanie od razu dopasować się do drużyny. Byłem gotowy od pierwszego dnia. Mówi się o tych trzech miesiącach… To prawda, że niektórzy zawodnicy ich potrzebują - tym bardziej na "ósemce", gdzie naprawdę masz dużo zadań i gdzie nie obronisz się tylko jakością piłkarską, ale również musisz myśleć o pozycjonowaniu w defensywie, w ofensywie. Tyle, że nie był taki piłkarz zostawiany sam sobie - sztab na pewno dużo pomagał, żeby dobrze wprowadzić piłkarza i jak najszybciej go zaadaptować do tych zadań.
Zobacz również:
Odejście Marka Papszuna
Trener potrafił jednak też zaskoczyć. To Ty siedziałeś obok niego na konferencji przed meczem z Rapidem Wiedeń, gdy ogłosił: Legia chce mnie, ja chcę do Legii. Jak to wtedy odebrałeś?
- Zaskoczyło mnie to. Przed konferencją trener jedynie zagadał do mnie, że na pewno będzie chciał wyjaśnić sytuację, która zaczęła rosnąć wokół niego, ale nie spodziewałem się, że tak po prostu o tym powie. Jednocześnie byliśmy świadomi, że trener chce odejść, że ma ofertę. Generalnie co tu dużo mówić… Mieliśmy następnego dnia mecz, więc musiałem się skupić na swojej pracy i dobrym przygotowaniu.
Z Rapidem zagraliście kapitalny mecz, a później nastąpiła cała seria bardzo dobrych. To jest przypadek, że akurat wtedy, gdy trener powiedział, że odchodzi?
- To był efekt konsekwentnej pracy, nic więcej. Po prostu w tym czasie przyniosła efekty. Nawet, gdy wcześniej wyglądało to gorzej, analizowaliśmy i cały czas wierzyliśmy w ten projekt. Cały czas szliśmy do przodu, więc nie powiem, że to deklaracja trenera miała przełożenie na to, co się później wydarzyło na boisku.
To żywcem wyglądało tak, jakbyście nabrali jakiegoś luzu. Prezentowaliście twarz, jakiej ta drużyna długo nie miała.
- Ludzie lubią dopisywać sobie różne teorie. Że nas pościło, bo trener ogłosił chęć odejścia. Ale to nieprawda. My cały czas robiliśmy to samo i ja nie widziałem żadnej różnicy w podejściu zespołu, że od tamtego momentu nagle coś wewnętrznie się zmieniło. Jeśli graliśmy ładniej dla oka, to dlatego, że zaczęło działać to, nad czym pracowaliśmy - nic więcej.
Co sobie obiecujesz po tym nowym Rakowie?
- Że będziemy wygrywać każdy mecz. Na wszystkich trzech frontach. Z tym, że nie wyobrażam sobie, bym mając mecz w czwartek, myślał już o tym niedzielnym - lub na odwrót. Właściciel klubu na konferencji z nowym trenerem powiedział, że celem zawsze będzie najbliższe spotkanie i ja się pod tym podpisuję. Ja w ogóle nie patrzę szerzej. Jasne, cieszę się, że jesteśmy w 1/8 finału Ligi Konferencji i to rozbudza jakiś apetyt, ale moją pracą jest 90 minut na boisku. Zdarza się, że po meczach nawet nie patrzę w tabelę, że nie wiem, jaki mamy bilans bramek, itd. Co w ogóle nie przeszkadza - a może nawet pomaga - w grze o zwycięstwo w każdym spotkaniu.
W sparingu graliście na przykład z Salzburgiem, drużyną która latami balansowała między Ligą Mistrzów, a Ligą Europy. To była pierwsza okazja, by zetknąć się z boiskową wizją Łukasza Tomczyka.
- I oceniam tamten mecz pozytywnie na tle tak mocnego przeciwnika. Już na tak wczesnym etapie przygotowań było widać, że niektóre aspekty są dobrze wypracowane. Cenny mecz, ujawnił też nasze braki.
Oskar Repka i niedosyt reprezentacji Polski
Gdybyś robił sobie listę celów, w 2025 roku zrealizowałbyś wszystkie?
- Jednego nie. Domyślasz się pewnie, którego.
Debiutu w reprezentacji.
- Dokładnie. Powołania za trenera Probierza się nie spodziewałem - to było miłe zaskoczenie, cieszyłem się. Ale człowiek zawsze chce więcej. Głód narastał, chciałem debiutu, nie doczekałem się. Gdy już zadebiutuję, i tak będę czuł głód - zacznie się myślenie o golu w kadrze, zaliczeniu asysty. Taki mam charakter. Nigdy nie zadowolę się tym, co akurat osiągam.
Bardziej zabolał Cię brak debiutu, gdy trafiłeś do kadry, czy brak powołania w listopadzie, gdy Jan Urban miał problem z brakiem pomocników mogących grać niżej?
- Nie chcę tu mówić o jakimś bólu. Mam swoje ambicje, ale jednocześnie zawsze biorę życie takim, jakie jest. Nie dostałem powołania? Szkoda, ale to znaczy, że trzeba dalej konsekwentnie na to pracować. To jak w Rakowie w tym sezonie - skoro nie szło, jedyną drogą była konsekwencja. To ona nas doprowadziła do miejsca, w jakim skończyliśmy rundę jesienną, do wicelidera tabeli Ligi Konferencji, szansy na grę wiosną o mistrzostwo Polski.
Zostając w temacie reprezentacji. Jan Urban kontaktował się z Tobą?
- Nie, nie mieliśmy żadnego kontaktu.
A gdyby zadał Ci pytanie: co możesz dać mojej reprezentacji?
- Myślę, że on wie, jak gram. Ale odpowiedziałbym, że dużą solidność, granie do przodu, branie ciężaru na siebie. W Rakowie stałem się poniekąd trochę liderem - czuję, że to moja zaleta.











