Będzie głośne powołanie Jana Urbana, ale selekcjoner mocno dba o wątpliwości
Jan Urban powoła Oskara Pietuszewskiego na mecze barażowe, które zdecydują o być albo nie być na mistrzostwach świata. Selekcjoner już to wie, zatem zastanawiające, dlaczego przy nazwisku tego chłopaka stawia aż tyle "ale".

Tak na dobrą sprawę, to my nie wiemy, ile w wypowiedziach Jana Urbana o Oskarze Pietuszewskim jest zabawy w kotka i myszkę z mediami, a ile realnej opinii selekcjonera, za którą jest gotów umierać. Gdyby nie wdawać się w takie rozstrzygnięcia - bo kim my jesteśmy, żebyśmy mówili Janowi Urbanowi, co naprawdę myśli - można dostrzec, że narracja selekcjonera wokół tego piłkarza nie nadąża za kolejnymi skalpami, jakie zdejmuje on z głów kolejnych rywali.
Za dużo "ale"
Do pewnego momentu Urban w sprawie Pietuszewskiego miał rację. To on jest osobą odpowiedzialną za trzeźwe myślenie, a gdy Pietuszewski w debiucie w FC Porto wszedł na boisko na kwadrans, by w jednej akcji wywalczyć karnego, a w innej czerwoną kartkę dla rywala, w narodzie trzeźwy osąd zwyczajnie znikł. Urban tonując nastroje, nie robił niczego innego, niż szerzenie naturalnych wątpliwości. "A co, jeśli to jedna jaskółka, która nie uczyni wniosny". "A co, jeśli w tak wielkim klubie nie będzie dostawał tylu szans, na ile liczy cała Polska". "A co, jeśli jego forma nagle przygaśnie - wszak w wieku 17 lat ma do tego prawo". Wszystkie te obawy były adekwatne do sytuacji, zwłaszcza, że wówczas do barażów o mundial pozostawały dwa miesiące. Mówienie, że Oskar Pietuszewski będzie na nie w najwyższej formie oraz w sytuacji, która pozwoli mu w hierarchii wyprzedzić rywali do miejsca w składzie, było zwyczajną loterią, w której Jan Urban - słusznie - nie chciał brać udziału.
Problem się zrobił, gdy "a co, jeśli" się nie sprawdziło, lecz zostało zastąpione przez selekcjonerskie "ale" stawiane po każdej pozytywnej recenzji gry zawodnika FC Porto. Pietuszewski pokazał się ze świetnej strony, ALE ja zachowuję spokój. Pietuszewski gra dobrze, ALE jego problemem jest obecność Kamińskiego, Zalewskiego i Szymańskiego. Pietuszewski da dużo radości, ALE może jeszcze nie teraz. Selekcjoner jednocześnie docenia 17-latka, ALE stara się udowodnić, że posiadanie wielkiego talentu w swoich szeregach nie musi się wiązać z potrzebą jego wykorzystania. Ma to swoje dobre cechy, bo trzeźwego myślenia nigdy za dużo, lecz jednocześnie każe się zastanowić, czy tych chłodnych "ale" nie jest za wiele. Tym bardziej, że sam doskonale wie, że Oskara na baraże powoła.
Kandydat na pokoleniowy talent
Oskar Pietuszewski w ciągu dwóch miesięcy w Portugalii zachwycił wszystkich - od kibiców, przez dziennikarzy, po władze klubu. A trzeba zdać sobie sprawę, że zachwycić Portugalczyków, czyli nację na wskroś znającą futbol od najpiękniejszej strony (nie bez powodu hasło "joga bonito" - "graj pięknie" jest po portugalsku) nie jest łatwo. Nie, gdy na własne oczy widzieli oni całe tabuny pokoleniowych talentów. Dryblerów, szybkościowców, piłkarzy żywcem wyjętych z podwórka, dla których w sumie bez znaczenia jest, czy stawką meczu będzie paczka chipsów, czy awans na mundial. Doczekaliśmy się momentu, gdy polski nastolatek, również w opinii pełnych takiego doświadczenia Portugalczyków, zdradza wszelkie predyspozycje, by widzieć w nim co najmniej kandydata na taki pokoleniowy talent. W takim przypadku chłodna ocena musi iść w parze z łaskawym spojrzeniem na to, jakie korzyści może nam przynieść skorzystanie z takiego chłopaka.
Dlatego o ile całkowicie kupowałem narrację Jana Urbana jeszcze w styczniu, o tyle teraz zwyczajnie się jej dziwię. Selekcjoner wie, że powoła Pietuszewskiego i nie sądzę, by stało się coś wielkiego, gdyby przyjął narrację budującą. Gdyby skończył zdanie przed tym wszechobecnym "ale". "Zrobił wszystko, by dostać powołanie. Zwłaszcza, że wiecie, jak lubię takich zawodników (z kiwką)" - tyle wystarczy. Trudno byłoby w takiej narracji dostrzec tzw. pompowanie balonika, czy przesadne pochwały, po którym młody piłkarz może odlecieć. Jednocześnie Jan Urban bardzo tanim kosztem kupiłby sobie święty spokój.
Oskar Pietuszewski robi błędy. I co z tego?
Oskar Pietuszewski robi furorę w Porto z powodu niebywałej dynamiki i swojej powtarzalności, ale też pomimo wielu błędów, które popełnia. Niedawno w rozmowie z Interią Marcin Gazda, komentator zajmujący się w Eleven Sports ligą portugalską, mówił tak: - Za każdym razem mam takie wrażenie, że on mecz traktuje jako sprint, a nie długi dystans. Widać, że od pierwszych minut chce ruszać do przodu, co jest pozytywną cechą, a dowodem choćby jego pierwszy gol dla Porto, gdy nie kalkulował możliwości zderzenia się ze słupkiem - co zresztą nastąpiło. Natomiast abstrahując od tego trafienia, Oskar rzadko kiedy dostając piłkę, oddaje ją do tyłu. Zawsze szuka wejścia w drybling, między rywalami szuka przestrzeni, by jak najszybciej przedostać sie pod bramkę.
I dalej: - Patrząc w statystyki, widać wiele strat. To nie jest tak, że Oskarowi wszystko wychodzi, a każda jego akcja zamienia się w złoto. Był mecz, gdy zanotował 16 strat, był inny, gdzie było ich aż 21. Początek meczu z Benficą też był dla niego nerwowy i w teorii pełen błędów. A mimo to w kluczowej akcji nie miał wątpliwości, jak próbować ją rozegrać - i zdobył niesamowitego gola. Te minusy, o których mówimy, są w tym wszystkim czymś naturalnym. Mnie łatwo je zaakceptować i zrozumieć - a Portugalczycy mają dokładnie takie samo podejście. Zdarzyło się, że w meczu z Benfiką Oskar miał stratę na własnej połowie, po której była groźna akcja Benfiki, ale Francesco Farioli nie wyglądał na człowieka, który by się tym zdenerwował. On ewidentnie bierze Polaka z całym dobrocieństwem inwentarza. Ja też powtarzałem w paru programach, że gdy Oskar źle zacentrował w jednym z meczów, bodajże z Rio Ave, a piłka poleciała "gdzieś w krzaki", to od razu było pokazane przez realizatora oblicze trenera, który... bije brawo. Myślę, że Farioli chucha i dmucha na Oskara i wie, jak się względem niego zachować. Tym bardziej, że w Polaku widzę też dużo energii w grze defensywnej. Wraca się, walczy w odbiorze, niemniej jest ukierunkowany na grę do przodu i to na pewno cieszy.
Oskar Pietuszewski jest najlepszym przykładem piłkarza, który wiele razy straci piłkę w akcjach, które najczęściej i tak finalnie nie skończyłyby się bramką, by po jakimś czasie urwać się skutecznie i doprowadzić do gola. Portugalczycy już dawno kochali takich piłkarzy, mimo ich wad. Polacy też pokochają.
Urban kupił sobie decyzyjność, ale...
Ten tekst nie ma na celu uderzenie w Jana Urbana, bo zarówno jego selekcja, jak i wyniki, bronią się w całości. Ma na celu zwrócenie uwagi, że gdy można sięgać wyżej, należy to robić. Cała narracja selekcjonera o Oskarze Pietuszewskim - zarówno jesienią, jak i na początku roku - absolutnie się broniła, ale kiedy przestała, nie można nie zwrócić na to uwagi.
Deprecjonowania jest za dużo. I nawet jeśli w barażach Pietuszewski wystąpi, a jego debiut ocenimy jednoznacznie negatywnie, nie zmieni to faktu, że w aktualnej sytuacji postawienie na niego obroni się dużo bardziej, niż stawianie ciągłych "ale".












