Alarm przed meczem Polaków ze Szwedami. Legenda kadry: My tego nie mamy od dawna
- Mamy reprezentację, która rzadko mecze remisuje lub przegrywa pechowo. Natomiast w większości przypadków wygrywamy szczęśliwie, z dużą dozą szczęścia. I podsumowanie mojej tezy widzieliśmy we wczorajszym meczu. Przecież nie byliśmy zespołem lepszym, a porównywalnym - mówi w rozmowie z Interią Antoni Szymanowski, medalista MŚ z 1974 roku, były obrońca i trener, oceniając mecz Polska - Albania oraz nadchodzące starcie ze Szwedami.

75-letni Antoni Szymanowski, z perspektywy byłego znakomitego obrońcy, a później przez lata szkoleniowca, uważnie śledził wczorajsze wydarzenia na PGE Narodowym w Warszawie. Reprezentacja Polski w półfinale barażów pokonała Albanię 2:1, serwując kibicom prawdziwą huśtawkę nastrojów. Zanim "biało-czerwoni" zaczęli odrabiać straty, do 62. minuty byliśmy za burtą w walce o awans na tegoroczne mistrzostwa świata w Stanach Zjednoczonych.
- Uważam, że Albańczycy przy piłce swobodniej się zachowywali. Konstruowali coś więcej. No i były dwa kluczowe momenty, dla nas bardzo szczęśliwe, oba w drugiej połowie. Pierwszy przy stanie 0:1, po kontrataku, gdy stuprocentowej sytuacji nie wykorzystał Albańczyk, uderzając obok spojenia słupka z poprzeczką. A drugi kluczowy moment nastąpił przy stanie 1-1, gdy Albańczycy mieli kapitalną sytuację, ale Grabara obronił. Wydawało się, że w grze solidniejszym zespołem była Albania, my mamy jeszcze sporo do zrobienia, ale zawsze liczy się końcowy wynik, a on jest pozytywny. Chcieliśmy zwycięstwa i je mamy, ale one przychodzą nam bardzo trudno i musimy mieć troszeczkę szczęścia - mówi w rozmowie z Interią Antoni Szymanowski, były obrońca polskiej kadry, medalista mistrzostw świata z 1974 roku oraz mistrz olimpijski z 1972 roku.
Z jednej strony mówimy o pewnej dozie szczęścia, ale doszło też do przełamania klątwy. Mianowicie pierwszy raz od 2007 roku nasza reprezentacja zdołała wygrać pojedynek w eliminacjach MŚ lub ME, gdy musiała odrabiać straty, pierwsza tracąc bramkę. To pokazuje, jak od blisko dwóch dekad ciężko naszym piłkarzom i kolejnym trenerom przychodziło odpowiednio zareagować w niejednym trudnym momencie.
- Tak to właśnie odbieram. Cóż, błędy się zdarzają i bramki tracić też będziemy, do tego aż takiej wagi nie przywiązuję. Oczywiście gdyby to się skończyło przegraną, to mielibyśmy winowajcę, ale tutaj psów na Janie Bednarku wieszać nie będziemy, bo nie o to chodzi. Clue mojej wypowiedzi, którym zapoczątkowałem rozmowę jest takie, że wygrywamy mecze po prostu z dużą dozą szczęścia - twierdzi legenda polskiej piłki.
- Musimy być świadomi, że nie jesteśmy drużyną, która wygra w ładnym stylu i po prostu przekonującego. My tego nie mamy od dawien dawna. Nie mamy czegoś takiego.
Nasz rozmówca zaznacza, że oczywiście nie mówi tu o meczach z typowymi słabeuszami. Zaś Albania, co pokazała, absolutnie nie była takim słabeuszem. - Taką mamy drużynę i z tym musimy się godzić. Dlatego jako całość musimy przyjąć i cieszyć się, że kolejną szansę dostaliśmy od losów. Oczywiście po grze bardziej wyrównanej, ale nie z jakimiś fajerwerkami. Bo przecież, czy myśmy mieli mocne sytuacje? One gdzieś tam się tliły, no ale jakichś superklarownych nie było. Natomiast Albańczycy, poza bramką, mieli jeszcze dwie "stówy". I nie wykorzystali ich w kluczowych dla siebie momentach - zwraca uwagę Szymanowski.
Gole dla naszej kadry padły, w pewien sposób, w sytuacjach nieoczywistych, które jednak zawsze wiążą się z szansami. Najpierw Robert Lewandowski pokazał, że wszędzie tam, gdzie trzeba przepychać się w polu karnym, wyprzedzić obrońcę i powalczyć w "16", jest piłkarzem wybitnym. A później ustalający wynik spotkania strzał "stadiony świata" z dystansu oddał Piotr Zieliński.
- Robert Lewandowski jest właśnie takim katem i egzekutorem. Znalazł się w kluczowym miejscu, dostał odpowiednią piłkę, umiał się przepchnąć z jednym obrońcą, a później swoim wzrostem i bardzo ładnym timingiem wyskoczył i jak gdyby zgasił obrońcę. W powtórkach próbowałem doszukać się faulu ze strony Roberta, bo czasami tak bywa, że deptasz przeciwnika, ale tu była czysta i ładna bramka. Bardzo dobrze wykorzystaliśmy ten stały fragment gry - mówi były piłkarz m.in. Wisły Kraków, płynnie przechodząc do osoby "Ziela".
- Piotrek huknął z dystansu, ale i z akcji. To jest jedyny zawodnik w Polsce, który ma bardzo ładne uderzenie z lewej i z prawej nogi, szukał tego uderzenia, próbował dużo wcześniej. Parę razy było w miarę blisko, a ten strzał był o tyle kapitalny, że nadał piłce taką rotację, iż ona uciekała od bramki, a w pewnym momencie dokręcała do bramki. Bramkarz zrobił to, co należy, ale to mu jednak nie wystarczyło - podsumował strzelców bramek.
W finale barażów "biało-czerwoni" zmierzą się ze Szwedami w Sztokholmie, którzy rywalizując o tej samej porze pokonali Ukrainę 3:1. Czy w meczu z Albanią Szymanowski wyłuskał coś, co powinno być alarmujące w kontekście "finału finałów" z drużyną "Trzech Koron"?
- Zawsze kluczowe dla drużyny jest, by mieć więcej możliwości konstruowania sytuacji bramkowych. Z tym, nie oszukujmy się, idzie nam nie najlepiej. Nie jesteśmy w stanie, że tak powiem, utrzymać się na tyle przy piłce, żeby właśnie skonstruować taką akcję. Po trzech, czterech kluczowych podaniach, już właściwie tracimy piłkę. Jeśli nam Szwedzi nie pozwolą na zbyt dużo w kwestii utrzymania się przy piłce, to sytuacji za bardzo nie będziemy mieli. Może znowu wydarzy się coś szczęśliwego? - zawiesza pytanie Szymanowski.
Niewątpliwie warto podkreślić również debiutanckie wejście na boisko Oskara Pietuszewskiego, który imponująco odnalazł się w FC Porto. 17-latek udźwignął swoją rolę, przebojowością dając impuls drużynie. Kto wie, czy brylant w linii pomocy przeciwko Szwedom nie wystąpi nawet od pierwszej minuty.
- Zadebiutował bardzo dobrze i bardzo odważnie. Od początku próbował wykorzystać swoją szybkość i drybling. Raz mu wyszło, raz mu nie wyszło, tak na przemian to wychodziło. A później bym powiedział, że jak gdyby troszeczkę gasł. Ale to nie oznacza nic złego, bo daj Boże każdemu takiemu młodemu chłopakowi taki debiut, więc spokojnie. A to czy akurat będzie na tyle gotowy według trenera Urbana i wpuści go od początku ze Szwedami, tego nie umiem stwierdzić. Jednak na pewno pokazał się z dobrej strony. Z superzachwytami bądźmy jednak miarowi, spokojnie. Ja to muszę zobaczyć kogoś parę razy, żeby podpisać się pod jakąś wypowiedzią. Natomiast na pewno chłopak idzie w dobrym kierunku - nie ma wątpliwości nestor polskiej piłki reprezentacyjnej i klubowej.
Artur Gac










