17-letni polski piłkarz robi furorę w Europie. Kapitalna przesłanka ws. brylantu
- Oskar to taki typ zawodnika, któremu nawet jak coś nie wychodzi, a mówimy tu przede wszystkim o pojedynkach jeden na jeden, to i tak próbuje. Patrząc pod tym kątem, woli ryzykować i coś pokazać, niż po prostu uciec od odpowiedzialności. Myślę, że niedługo usłyszymy o nim w jeszcze lepszym klubie - tak o Oskarze Pietuszewskim w rozmowie z Interią mówi były drugi trener Jagiellonii Rafał Grzyb. 17-latek robi furorę po transferze do FC Porto, a w piątek powinien znaleźć się w kadrze Jana Urbana.

Artur Gac, Interia: Przejście Oskara Pietuszewskiego do FC Porto z Jagiellonii Białystok, gdzie do niedawna pan pracował, ani trochę nie zatrzymało 17-latka. Jest pan zaskoczony, w jakim stylu nastoletni pomocnik i napastnik przywitał się z tym wielkim i renomowanym klubem?
Rafał Grzyb: - Nie nazwałbym tego zaskoczeniem. Jak to czasem bywa, każdy zawodnik potrzebuje trochę aklimatyzacji w danym zespole. Myślę, że akurat w tym przypadku Oskar trafił bardzo dobrze, bo ma tam dwóch Polaków, którzy są też wiodącymi postaciami tego zespołu. Dzięki temu wejście miał na pewno zdecydowanie bardziej ułatwione. I myślę, że w konsekwencji tego jest w stanie pokazywać pełnię swoich wartości oraz umiejętności, które przekłada na mecze.
Szalenie imponujące i niezwykle cenne jest to, co nie zdarza się u polskich piłkarzy często, że od razu z wielką pewnością siebie potrafi "sprzedać" niestandardowe umiejętności i techniczną ekwilibrystykę. Jego bramki stały się viralami.
- Oskar to taki typ zawodnika, któremu nawet jak coś nie wychodzi, a mówimy tu przede wszystkim o pojedynkach jeden na jeden, to i tak próbuje. Jest to odważny chłopak, który oczywiście przejmuje się też swoimi niepowodzeniami, ale następnego dnia już jest uśmiechnięty i gotowy do kolejnej pracy. Patrząc pod tym kątem, woli ryzykować i coś pokazać, niż po prostu uciec od odpowiedzialności.
Gdy pan patrzył na to, jak w polu karnym zabawił się z mistrzem świata Nicolasem Otamendim, przełożeniem sobie piłki kładąc go na murawie jak uczniaka, to co pan poczuł?
- Przede wszystkim dumę i radość z tego, że Oskar jest w stanie rywalizować na takim poziomie z takimi zawodnikami i bardzo dobrze sobie radzić.
Czy w przypadku tego zawodnika, a zwraca pan uwagę na jego różne walory i atuty, mówimy o piłkarzu ponadprzeciętnym?
- To już są takie słowa, które psują zawodnika nawet już bardzo dobrego. Oskar na chwilę obecną, powiedzmy sobie, jest w tym momencie, w którym próbuje udowodnić nie tylko sobie, ale i światu, że dobrze wybrał. W sensie, że ma odpowiedni klub, w którym może się rozwijać. Oczywiście ma umiejętności, które mogą sprawić, że może stać się zawodnikiem, jak pan to określił, ponadprzeciętnym. Tylko to musi przede wszystkim pokazywać zarówno w treningach, jak i meczach. A mam wrażenie, że przynajmniej na chwilę obecną ta jego droga jest w dobrym miejscu i powinien się rozwijać tak dalej.
Proszę nakreślić perspektywę waszej pracy. To znaczy, przez jaki okres czasu w Jagiellonii miał pan z nim styczność?
- Ciężko powiedzieć przez jaki okres, bo to był zawodnik, który przebijał się przede wszystkim przez kadry młodzieżowe białostockiego zespołu. Do tego grał w reprezentacjach, tak że miałem przyjemność, żeby oglądać go w meczach młodszych roczników. A zaczął trafiać do nas w wieku 15 lat. Było widać po nim, że bardzo mocno wyróżnia się na tle rówieśników. Troszeczkę przyhamowała to kontuzja, ale od tamtej pory był regularnym członkiem pierwszego zespołu.
A przypomina pan sobie konkretny moment, gdy zwrócił pan na niego szczególną uwagę?
- Odnośnie Oskara przychodzą mi do głowy przede wszystkim mecze w kadrach młodzieżowych reprezentacji Polski. Był zawodnikiem wiodącym i można powiedzieć, że kadry od U-15 i U-16 od niego zaczynały ustalanie składu. To był moment, w którym było widać, że ten zawodnik będzie miał przed sobą duże możliwości. I tylko od niego będzie zależało, czy będzie w stanie to wykorzystać.
A warstwa psychiki i jego przygotowania mentalnego również daje spore przesłanki na to, że pójdzie jeszcze wyżej? A także wytrzyma ten obecny okres, gdy mówi się o nim wiele, czyli zdoła poskromić to wszystko, co już teraz wodzi na pokuszenie?
- Mam nadzieję, że dokładnie tak to będzie wyglądało. Wiadomo, że w pewnych momentach człowiek, czego oczywiście nie życzę Oskarowi, zawsze się zagubi, bo poczuje się zbyt pewny siebie. Jednak myślę, że po to właśnie ma doświadczonych kolegów w szatni, w dodatku jeszcze dwóch Polaków, że będą w stanie w jakikolwiek sposób zareagować na każde jego niedociągnięcia. Jednak, patrząc na niego, jest świadomy tego, co chce osiągnąć. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Ścieżka rozwoju poprzez wybór klubu, który jest bardzo dobry, a również liga jest jedną z lepszych w Europie, jest na tyle optymalnie rozłożona, iż myślę, że niedługo o Oskarze usłyszymy w jeszcze lepszym klubie.
No właśnie, FC Porto to porządna, bardzo solidna marka, ale to nie jest jeszcze ten top-topów, do którego - jak mniemam - predystynowany jest nastolatek.
- Patrząc na to, w jaki sposób Oskar się rozwijał, to myślę, że wielu zawodników chciałby aktualnie grać w FC Porto. Niemniej chciałbym i życzę Oskarowi, żeby to był tylko przystanek w kierunku jeszcze lepszego klubu niż Porto.
Czy pan sobie wyobraża w piątek taką sytuację, gdy będziemy nasłuchiwać powołań z ust trenera Jana Urbana, że na jego liście nie znajdzie się Pietuszewski?
- Teraz bardzo dużo mówi się na temat powołania Oskara. Nie chcę w jakiś sposób prorokować co się wydarzy, czy będzie, czy nie będzie. Osobiste odczucie jednak podpowiada mi, że poprzez ostatnie występy zasłużył sobie na powołanie. W każdym razie decyzje i tak należą do trenera Urbana, który ustawia sobie zespół pod to, jak chce grać, czego oczekuje i jakich zawodników najbardziej potrzebuje.
Dzisiaj rano trener Jan Urban w RMF-ie wprawdzie kropki nad "i" nie postawił, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż postawi na nastolatka.
- Jeśli tak, to byłoby super.
A jak wygląda pana obecna sytuacja po głośnym odejściu z Jagiellonii? Przyszłość już się wyklarowała i może pan coś ogłosić?
- Nie, na chwilę obecną nie mam żadnych konkretnych rzeczy z profesjonalnej piłki. Nic w moim kierunku jeszcze się nie wydarzyło. Czekam. Taka to opcja na ten moment.
Ale dąży pan do konkretów, by jak najszybciej się zadziały, czy dał pan sobie czas, by odpocząć od profesjonalnej piłki?
- Wiadomo, że im człowiek dłużej siedzi na tyłku, to już myśli o tym, by jak najszybciej wrócić do pracy. Na chwilę obecną nie będę mówił, że jestem zadowolony czy niezadowolony, bo oczywiście czasu spędzonego z rodziną nie da się na nic zamienić. Ale tak, jeżeli byłyby jakieś oferty i zapytania, na pewno nad tym tematem mocno bym się zastanawiał.
A warsztatowo jest pan gotowy na to, gdyby była oferta, by podjąć się pracy w roli pierwszego trenera na przykład na zapleczu Ekstraklasy lub w elicie?
- Czy człowiek jest gotowy, to będą potem pokazywać wyniki. To byłoby najważniejszym wyznacznikiem. Jednak nie mówię, że nie chciałbym oczywiście spróbować swoich sił jako pierwszy trener. Po to człowiek robił te wszystkie kursy, żeby w przyszłości takim trenerem zostać.
Czy w temacie odejścia z Jagiellonii, gdzie pełnił pan funkcję asystenta trenera Adriana Siemieńca, chciałby pan jeszcze - po czasie na refleksję - coś dodać?
- Nie, już nie będę tego roztrząsał. Myślę, że dużo zostało powiedziane na ten temat. Nie ma co, jak to się mówi, grzebać w trupach. Obecnie patrzę już bardziej w kierunku przyszłości, a nie tego, co się wydarzyło.
To wszystko z pozycji Białegostoku?
- Tak jest. Nadal tutaj mieszkam.
Rozmawiał Artur Gac, Interia














