Majówka pełna historii
Legendy wiecznie żywe - tak można podsumować piłkarski weekend w stolicy Polski.

Wielki mecz wielkich klubów w piątek, wielki triumf wielkiego klubu w sobotę. Na Stadionie Narodowym do góry Puchar Polski wzniósł Stanisław Oślizło, sześciokrotny zdobywca tego trofeum w przeszłości, ośmiokrotny mistrz Polski, finalista Pucharu Zdobywców Pucharów, którego (prawie) można było minąć na ulicy kilkanaście tysięcy razy. Był bowiem na każdej białej koszulce fana Górnika Zabrze, specjalnie dedykowanej temu finałowi.
Oprócz tego, jeszcze przed meczem wziął udział w fantastycznym filmie zapowiadającym mecz. Po spotkaniu świętował z młodszymi kolegami na murawie, a trofeum wzniósł razem z kapitanem, Erikiem Janżą i przyszłym właścicielem KSG, Lucasem Podolskim.
Filmowy był to finał. To wejście "Poldiego", jakże symboliczne, a przy okazji nie przeszło bez echa. Znów brał udział przy czerwonej kartce po brutalnym faulu - ale tym razem to jego sfaulowano. I ten obrazek kończącego w swoim stylu mecz sędziego Przybyła, kończącego karierę - i Podolskiego, padającego na kolana z radości. Materiał na film, który przecież o Podolskim kręci Netflix. Te sceny powinien dorzucić. Spinają ostatni rozdział kariery klamrą.
A to przecież nie koniec, bo Górnik wciąż jest w grze o mistrzostwo Polski - choć trzeba przyznać, że szanse po wygranej Lecha Poznań w Lublinie z Motorem trochę spadły. Nikogo to jednak w Zabrzu tego pięknego dla nich dnia nie przejmowało. Świętowania sobie nie popsuli. Mogli celebrować zdobycie pierwszego od 1972 krajowego pucharu, a także pierwszego od 38 jakiegokolwiek trofeum.
Widać było w tych kibicach pasję, wyczekiwanie, a przede wszystkim ogromny głód sukcesu. Dzisiejsi czterdziestolatkowie pewnie nie pamiętają momentu, w którym ich ukochany klub tak mógł świętować. Wiele pokoleń odetchnęło z ulgą, napięło biceps, wypchnęło klatkę piersiową do przodu. Z dumą. Zasłużenie.
Łukasz Gikiewicz: Górnik Zabrze zasłużył na Puchar Polski
Górnik Zabrze to wielki klub. Pokazali to na Stadionie Narodowym jego kibice, wykupując zdecydowanie większą liczbę miejsc niż tylko te im dedykowane za bramkami. Piłkarze Gasparika też na ten triumf zasłużyli: wygrali przecież z Rakowem już trzeci raz w tym sezonie.
W każdym meczu z "Medalikami" specjalista od krajowych pucharów, którym jest Gasparik (zdobył trzy ze Spartakiem Trnawa, teraz dołożył czwarty), okazał się lepszy taktycznie. Trafiał z wyborami personalnymi.
Nie mam przekonania, że to samo można powiedzieć o Łukaszu Tomczyku. Ivi Lopez był szykowany na ten finał, ale rozczarował - podobnie jak Patryk Makuch, a zastępujący ich Diaby-Fadiga wniósł więcej ożywienia do gry niż ta dwójka razem wzięta. Można tylko gdybać, co jeśli zagrałby od początku?
Po Górniku, może poza pierwszym kwadransem, nie było widać wątpliwości. Na trybunach przygotowana oprawa w razie wygranej. Trener w garniturze, gotowy do wielkiego balu zwycięstwa. Piłkarze, którzy opanowali środek pola i byli skuteczniejsi.
Powtórzę: Górnik zasłużył na Puchar Polski i dobrze, że będzie reprezentował nasz kraj w europejskich pucharach.
Tego nie zrobią bohaterowie piątkowego super-hitu, który stawkę miał niemal równie wielką. Legia Warszawa i Widzew Łódź walczyły o swój byt, o pozostanie w elicie, o brak straconego z punktu widzenia tych klubów roku na zapleczu Ekstraklasy.
Waga meczu iście finałowa, to i poziom piłkarski jeszcze gorszy niż w sobotę. Ale jeśli miałbym wskazać drużynę, która bardziej chciała wygrać, która lepiej panowała nad piłką, która tworzyła ciekawsze akcje - to byłaby to Legia.
Widzew wyglądał słabiutko. Jakby tylko chciał przeczekać to spotkanie i wrócić do Łodzi z punktem. Trener Vuković mówił po meczu, że nie grał na remis - ale kompletnie tego nie było widać po jego zespole.
Albo kłamie, albo nie ma przełożenia na swoich zawodników. Oba scenariusze są dla niego niekorzystne. Tak jak sytuacja łodzian w tabeli. Muszą wygrać przynajmniej dwa spotkania z trzech pozostałych, a najlepiej dołożyć remis na wyjeździe w Kielcach. Problem? Jeśli Widzew gra na remis, to zwykle przegrywa.
Scenariusz z Warszawy, gdzie RTS traci gola w samej końcówce, kibice przeżywali niedawno i w Radomiu, i w Częstochowie. Nie ma w tym sezonie zespołu, który byłby tak kiepski w kluczowych minutach każdego meczu.
Problem mentalny? Fatalne założenia? Słabe umiejętności? A może wszystkiego po trochu? Nie wiem, ale jeśli Widzew na ostatnie trzy spotkania nie zmieni nic, to przyszły sezon spędzi w pierwszej lidze.
Miał być atak na europejskie puchary - a możliwe, że będzie trzeba atakować na bramki w Grodzisku Mazowieckim i Niepołomicach. Przykład Wisły Kraków pokazuje, że można mieć wielkie plany powrotu, a i tak pierwszej lidze się zasiedzieć. Szans oczywiście odbierać nie można. Póki co jednak "Widzewiacy" odbierają, ale smak życia swoją grą bezstronnym obserwatorom Ekstraklasy.












