Cudowny gol i szalony zwrot akcji. Dreszczowiec w hicie. Cios w 93. minucie
W wielkim hicie Premier League Liverpool podejmował Manchester City. W pierwszej połowie goście byli drużyną, lepszą, ale po zmianie stron to "The Reds" przejęli inicjatywę. Sędzia oszczędził obrońcę "The Citizens" i nie pokazał mu czerwonej kartki w dość kontrowersyjnej sytuacji. Chwilę później Dominik Szoboszlai zdobył przepiękną bramkę z rzutu wolnego. W ostatnich minutach goście zdobyli jednak dwa gole i ostatecznie to oni wygrali. Końcówka była absolutnie szalona.

W pierwszej fazie tego meczu przewaga Manchesteru City była bardzo wyraźna. Goście wyszli na boisko na Anfield po to, aby jak najszybciej strzelić gola, a Liverpool bronił się przed tymi atakami.
Mało akcji w pierwszej połowie zasługiwało na wyróżnienie. Omar Marmoush raz stanął "sam na sam" z bramkarzem Liverpoolu, ale spektakularnie spudłował. Na swoje szczęście - był na spalonym.
W 31. minucie meczu Hugo Ekitike stanął przed niezłą szansą, ale w tej sytuacji Marc Guehi, czyli nowy nabytem Manchesteru City pokazał, jak wielkim jest piłkarzem. Nie dość, że znakomicie zablokował Francuza, to jeszcze nastrzelił go i wówczas Liverpool nie zyskał nawet rzutu rożnego.
Trzeba ocenić to wprost - pierwsza połowa tego angielskiego hitu zdecydowanie rozczarowała. Wynik 0:0 był tego najlepszym potwierdzeniem.
W 52. minucie meczu Liverpool oddał swój pierwszy celny strzał w tym meczu. Było to uderzenie Dominika Szoboszlaia, z którym Gianluigi Donnarumma poradził sobie bez większego problemu.
Od początku drugiej połowy Liverpool zdecydowanie mocniej "przycisnął", ale Manchester City również potrafił odgryźć się dobrymi akcjami. Taka zakończyła się strzałem Semenyo w 56. minucie.
Chwilę później Liverpool zaatakował z kontry i akcja zakończyła się strzałem Ekitike po bajecznym podaniu Salaha "fałszem". Piłka po uderzeniu Francuza o pół metra minęła prawy słupek.
Druga połowa była więc już o wiele ciekawsza od pierwszej. Brakowało jedynie ozdoby w postaci bramki.
W okolicach 68. minuty doszło do bardzo kontrowersyjnej sytuacji. Wydawać by się mogło, że Marc Guehi sfaulował Mohameda Salaha wychodzącego "sam na sam" z bramkarzem.
Sędzia uznał jednak, że Anglik zasłużył nie na czerwoną, a na żółtą kartkę. Tej decyzji towarzyszyły oczywiście wielkie profesty gospodarzy. VAR uznał jednak, że sytuacja nie była ewidentna i nie wezwał arbitra do monitora.
W ostatnim kwadransie posypały się gole. Zwrot akcji w końcówce
W 74. minucie Dominik Szoboszlai otworzył wynik tego spotkania. Gol, którego zdobył, był przepiękny. Węgierski pomocnik posłał "bombę" z rzutu wolnego. Piłka nabrała szalonej rotacji, a bramkarz nie był w stanie nawet się do niej rzucić. Futbolówka odbiła się od słupka i zatrzepotała w siatce.
Na kilka minut przed końcem podstawowego czasu gry Manchester City odpowiedział golem na 1:1. Trafienie nie było może aż tak piękne, jak to dla Liverpoolu, ale nie ma to większego znaczenia. Erling Haaland wyskoczył do piłki w polu karnym i zgrał ją do Bernardo Silvy. Portugalczyk oddał intuicyjny strzał i posłał piłkę obok bezradnego bramkarza Liverpoolu.
Końcówka tego spotkania była absolutnie szalona. W 91. minucie Alisson sfaulował w polu karnym Nunesa i obejrzał żółtą kartkę. Po chwili Erling Haaland wykorzystał "jedenastkę" i tym samym dał swojej drużynie prowadzenie. Liverpool miał jeszcze tylko kilka minut, aby odzyskać remis.
Czasu Liverpoolowi już jednak zabrakło. Nie udało się zdobyć gola, więc Manchester City, w wyniku szalonego zwrotu akcji, wygrał hit Premier League 2:1 i wywiózł z Anfield trzy bardzo cenne punkty.
Tuż przed ostatnim gwizdkiem doszło jednak do kuriozalnej sytuacji. Erling Haaland biegł do bezpańskiej piłki, która zmierzała wprost do pustej bramki Liverpoolu. Ścigał się z nim Szoboszlai.
Piłkarza w wyścigu używali nie tylko nóg, ale również rąk. Szarpali się, a jako pierwszy zrobił to Szoboszlai. Sędzia po wideoweryfikacji uznał, że cofnie gola i przyzna Manchesterowi City rzut wolny, a Szoboszlaia wyrzuci z boiska.
W następnej kolejce Premier League Manchester City podejmie londyńskie Fulham. Liverpool natomiast zmierzy się na wyjeździe z Sunderlandem, czyli z rewelacją bieżącego sezonu w angielskiej elicie.












