Reklama

Reklama

Żywoty równoległe Guardioli i Mourinho

Czy w ostatnim czasie coś bardziej nakręcało rozwój piłki niż antagonizm między Pepem Guardiolą i Jose Mourinho? Dziś z ławek Bayernu Monachium i Chelsea Londyn przekonują, że Superpuchar Europy to coś zupełnie innego niż kolejny odcinek ich osobistego konfliktu.

Przetłumaczona właśnie na polski książka Juana Carlosa Cubeiro i Leonor Gallardo jest w istocie hymnem dla piłki nożnej. Za pomocą przykładów wielkich postaci z historii autorzy próbują przekonywać, iż kołem zamachowym rozwoju świata jest rywalizacja dwóch sił wzajemnie sobie zaprzeczających. Jak idealizm Platona i materializm Arystotelesa stworzyły podstawy zachodniej filozofii, jak pozostający w sprzeczności Michał Anioł i Leonardo da Vinci dali wielki impuls rozwojowi sztuki, a William Szekspir i Miguel Cervantes literatury.

Już Plutarch z Cheronei, starożytny historyk, który studiował w Akademii Platona, ale był też kapłanem Apollina w wyroczni delfickiej napisał książkę "Żywoty równoległe", próbując pokazać historię Grecji i Rzymu przez pryzmat wodzów i liderów rywalizujących ze sobą. To właśnie on był autorem aforyzmu, że stado jeleni dowodzone przez lwa jest groźniejsze niż stado lwów dowodzone przez jelenia. Te donisłe tezy autorzy książki "Mourinho vs Guardiola" starają się odnieść do piłki nożnej. Z pozoru prostej rozrywki, gry, która jeśli wierzyć słowom Billa Shankly’ego przewyższyła znaczeniem kwestie życia i śmierci.

Zapewne nawet niegrzeszący skromnością Jose Mourinho i Pep Guardiola uśmiechną się na tak podniosłą wagę nadawaną ich rywalizacji. Bezdyskusyjny jest jednak fakt, że w ostatnich latach, gdy Real mierzył się z Barceloną setki milionów ludzi na ziemi wstrzymywało oddech. Wyścig był tak zapiekły i bezwzględny, że pozostawił po sobie tyle samo wzruszeń, co niesmaku. Guardiola wyznał kiedyś, że Mourinho jest tym, który wydobywa z niego najgorsze instynkty. Hiszpański dziennik "El Pais" nazywa obu "intymnymi wrogami".

Wspólną, przyjacielską przeszłość w Barcelonie, kiedy Pep był jeszcze piłkarzem, a Jose tłumaczem i pomocnikiem Bobby Robsona, pokryła gruba warstwa kurzu bitewnego. To Mourinho z piłkarzami Interu sprawili, iż w latach 2009-2011 kataloński "Pep Team" nie zdominował europejskiej piłki w sposób bezprecedensowy. Gdyby w półfinale Champions League 2010 roku Barca nie doznała sensacyjnej porażki, wywalczyłaby Puchar Europy trzy razy z rzędu.

Mourinho wyznał później, że pokonanie Katalończyków było znacznie większym dokonaniem, niż finałowy triumf nad Bayernem na Santiago Bernabeu 2-0. Przy okazji Portugalczyk oszczędził wtedy kibicom Realu tak upokarzającego doświadczenia, jak oglądanie triumfu największego rywala w najważniejszych rozgrywkach na ich stadionie.

"Mou" zasłużył na to, by posadzić go za sterami królewskiego klubu, nie przypuszczał jednak, iż madrycka część jego życiorysu okaże się aż tak bolesna dla obu stron. Nie ma jednak wątpliwości, że choć w Hiszpanii skłócił wszystkich ze wszystkimi, to on nauczył Real wygrywać z Barceloną. Problem polega na tym, że to nie okazało się warunkiem wystarczającym zdobycia "La Decima".

Katalońska prasa cytowała przyjaciół Guardioli zapewniających, iż latem 2012 roku Pep porzucił Barcelonę, by odpocząć od Mourinho. Jose ten konflikt wykończył już sezon później. Kiedy opuszczał Madryt prasa żegnała go nienawistnymi aforyzmami w stylu: "kto sieje wiatr, ten zbiera burzę". Obaj mają dziś nowych pracodawców, ale ich drogi znów się krzyżują w grze o Superpuchar Europy. Chelsea to jeden z kandydatów do zajęcia tronu po Bayernie, który Guardiola zastępując Juppa Heynckesa stara się utrzymać na szczycie.

Dzisiejszy mecz w Pradze ma znaczenie czysto prestiżowe. Ale już teraz zobaczymy namiastkę romantycznego Bayernu próbującego dominować przez posiadanie piłki, z pragmatyczną Chelsea żerującą jak sęp na błędach rywali. Mourinho mówi o dłuższym procesie odbudowy zespołu, ale ma już za sobą ligową wizytę na Old Trafford, gdzie "The Blues" ocalili remis. Portugalski trener eksperymentuje, ale nie za cenę porażek. To nie w jego stylu. Niemal to samo wynika ze słów Guardioli, że jego Bayern potrzebuje zwycięstw, by w spokoju mógł dokonywać zmian w sposobie gry zespołu.

Obaj liderują projektom długoterminowym, mając jednak świadomość, że każda porażka jest jak gruda ziemi usuwająca się im spod nóg.

Mourinho nie skłonił Romana Abramowicza, by bił rekordy transferowe. Ale wydał 37 mln euro na Williana, być może po to, by posadzić go na ławce. Chelsea uzbroiła się z przodu po zęby. Do Fernando Torresa i Demby Ba doszli Romelu Lukaku (wrócił z wypożyczenia) i Samuel Eto’o. A przecież miejsce w jedenastce jest tylko dla jednego napastnika, w dodatku w Manchesterze Mourinho ustawił drużynę z fałszywą dziewiątką.

Tego lata nastąpiło niewiarygodne skumulowanie gwiazd w drużynach ze szczytu. U europejskich gigantów ławki wycierać będą gracze wybitni. Ma to tę wadę, że jeśli Mourinho nie zdecyduje się oddać któregoś z napastników, wielbiciele Demby Ba obejrzą go przede wszystkim w Pucharze Ligi. Tak samo miłośnicy Mario Goetzego, na którego Bayern wydał 37 mln euro i Thiago Alcantary (25 mln). Młodzi geniusze muszą wygrać rywalizację z Robbenem, Riberym, Kroosem, lub Muellerem. Nidy wcześniej stwierdzenie, że o klasie zespołu świadczy ławka rezerwowych, nie wydawało się bardziej aktualne niż dzisiaj. Część problemów nadmiaru rozwiąże oczywiście zmęczenie i kontuzje.

Na serio batalia rozgorzeje w Champions League. Mourinho nie uniknie Guardioli, a Guardiola Mourinho, bo choć różni ich wszystko, ambicje mają takie same. Autorzy książki "Mourinho vs Guardiola" przypominają, że Jose i Pep noszą to samo imię i mają jednego patrona - świętego Józefa. Czy rzeczywiście bez nich futbol byłby dziś w zupełnie innym miejscu? Czy ci dwaj faktycznie mieli na siebie aż tak ogromny wpływ? Franz Kafka przekonywał, że nieograniczoną odwagą zaraża nas tylko prawdziwy antagonista.

Reklama

Dyskutuj o artykule z Darkiem Wołowskim

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje