Reklama

Reklama

​Zarzynanie gwiazd w czasach pandemii

Pep Guardiola, Juergen Klopp, Zinedine Zidane, a ostatnio Ronald Koeman - trenerzy wielkich firm alarmują, że przeładowany, pandemiczny kalendarz spotkań zarzyna piłkarzy. Najgłośniej protestuje ten, który przegrywa?

- Nie mogę sobie nawet wyobrazić, że wciąż bierzemy udział w wyścigu po tytuł - powiedział Klopp po sensacyjnej porażce Liverpoolu z Burnley 21 stycznia. Po 66 ligowych meczach bez przegranej na Anfield Road - co jest klubowym rekordem, mistrz Anglii padł w starciu z drużyną rozpaczliwie bijącą się o ligowy byt.

Ciężkie nogi piłkarzy Liverpoolu

Reklama

To był jednak symptom głębszego kryzysu. 3 lutego sytuacja się powtórzyła, gdy obrońcy tytułu polegli u siebie z Brighton 0-1. Klopp miał na to jedno wytłumaczenie - przeładowany kalendarz spotkań, który sprawa, że zespół jest wypruty z energii.

Dlaczego inni nie są? - Bo kiedy my graliśmy na okrągło, Manchester City miał dwa tygodnie przerwy ze względu na COVID 19 - wypalił trener Liverpoolu.

Guardiola się zdenerwował. Słowa Niemca wypowiedziane tuż przed hitem ligowym Liverpoolu z Manchesterem City zabolały Katalończyka. - To kłamstwo, pogadam o tym z Juergenem, gdy się spotkamy na Anfield. Nie spodziewałem się po nim takich słów - mówił Pep.

Co więcej, on jako pierwszy już na początku sezonu alarmował, że kalendarz ery covidowej jest tak przeładowany, że piłkarze padają jak muchy.

Plagę urazów przeżywają obaj. Na początku cierpiał z tego powodu Katalończyk, bo Manchester City po 13. kolejce osunął się aż na dziewiąte miejsce w tabeli. Jak na klub o nieograniczonych możliwościach finansowych, to upadek na dno. Potem seria 10 zwycięstw wyniosła drużynę Guardioli na szczyt.

Zemsta była słodka. W niedzielę Pep wziął rewanż na Kloppie, którego zespół był ostatnio górą w pojedynkach z City. Wielkie zwycięstwo 4-1 na Anfield i aż 10 pkt przewagi w tabeli nad mistrzami - drużyna Guardioli przypomina teraz maszynę do wygrywania.

Nadal nie gra kontuzjowany lider Kevid de Bruyne, w jego buty wskoczył jednak Ilkay Guendogan. Niemiec zaliczyłby hat-tricka w starciu z Liverpoolem, ale przy stanie 0-0 przestrzelił karnego. Posłał piłkę wysoko nad bramką. Nie przeszkodziło to Manchesterowi zmiażdżyć rywala, który pół roku temu odebrał mu tytuł najlepszej drużyny na Wyspach.

Dziś Pep nie skarży się już na urazy i przeładowany kalendarz. Klopp nie skarżył się jesienią, choć z powodu ciężkiej kontuzji zerwania więzadeł w kolanie stracił swojego najważniejszego piłkarza Virgila van Dijka. 22 listopada Liverpool podejmował na Anfield bardzo mocny Leicester, a lista kontuzjowanych wyglądała tak: Jordan Henderson, Virgil van Dijk, Joe Gomez, Trent Alexander-Arnold, Thiago Alcântara, Mohamed Salah. Mimo wszystko drużyna Kloppa wygrała gładko 3-0, ustanawiając klubowy rekord 64 meczów ligowych bez porażki na Anfield. Poprzedni - 63 spotkania pochodził z lat 1978-1980 czyli okresu największej świetności "The Reds".

Kloppowi udało się nawiązać do sukcesów legendarnego Boba Paisley’a. Przez poprzednie dwa sezony piłkarze Niemca biegali jak charty na wyścigach. Grali z największą intensywnością na świecie, miażdżyli rywali: atak Mane-Firmino-Salah budził strach na całym kontynencie. W 2019 roku Liverpool potrafił rozbić Barcelonę 4-0 w półfinale Ligi Mistrzów i po 14 latach odzyskał Puchar Europy. Pół roku temu odzyskał tytuł w Anglii po trzech dekadach.

Czy ten szaleńczy bieg mógł trwać wiecznie? Teraz piłkarze Kloppa powłóczą nogami. Komentatorzy złoszczą się na transfer Hiszpana brazylijskiego pochodzenia Thiago Alcantary, który zwalnia grę drugiej linii. Ale tak naprawdę wszyscy na Anfield są wyczerpani. Z City zagrał atak Salah-Firmino-Mane i zdziałał bardzo niewiele.

Liverpoolowi pozostał tylko cień nadziei na obronę tytułu. Posypać musiałaby się drużyna Guardioli, a także dotrzymujący jej kroku Manchester United. Liverpool gra teraz wyjazdowy mecz z Leicester już bez marginesu na błąd. A przecież 17 lutego drużyna Guardioli zagra zaległy pojedynek z Evertonem i przewagę nad obrońcą tytułu może jeszcze powiększyć.

Plagi Madrytu i Barcelony

W Hiszpanii na przeładowany kalendarz nie żali się Diego Simeone. Choć trener Atletico Madryt ma aż sześciu graczy na kwarantannie z powodu zakażenia koronawirusem. To piłkarze ważni: Joao Felix, Yannick Carrasco, Mario Hermoso, Moussa Dembele, Hector Herrera i Thoma Lemar. Ale klub z Madrytu prowadzi w La Liga z przewagą siedmiu pkt, dziś gra z Celtą Vigo i ma jeszcze jeden mecz zaległy. Kadra jest szeroka, więc może nieobecnych uda się jakoś zastąpić? Nie ma zresztą wyjścia.

Za to trener Realu Zinedine Zidane jest w takiej sytuacji, że na najbliższy mecz ligowy z Getafe zostaje mu 12 zdrowych graczy. Sergo Ramos 21 dni pauzował z powodu bólu w kolanie, aż okazało się, że konieczna jest operacja i kolejne sześć tygodni przerwy. Mecze z Atalantą w Lidze Mistrzów Real zagra bez niego. Co jest bardzo złą nowiną - zwykle bez kapitana w tych rozgrywkach klub z Madrytu kompletnie sobie nie radził.

Lista urazów na Santiago Bernabeu jest długa, zaczynając od Edena Hazarda, który przechodzi w Madrycie prawdziwą gehennę kontuzji. Wydano na niego 100 mln euro i w dwa sezony zdobył dla Realu zaledwie cztery gole we wszystkich rozgrywkach. Prasa hiszpańska przypomina wypowiedź Jose Mourinho z czasów jego pracy w Chelsea. Portugalski trener przewidywał, że Belg zapłaci kiedyś drogo za liczbę kopniaków, którą przyjmuje od obrońców w Premier League. Dziś te słowa się spełniają, Hazard co tylko wyjdzie na boisko, schodzi z grymasem bólu. Dziennikarze z Madrytu komentujący to, co spotyka Belga raczej się złoszczą, niż współczują.

Zidane o kontuzjach mówi niewiele, za to na jednej z ostatnich konferencji prasowych stracił cierpliwość do dziennikarzy. - No powiedzcie mi w oczy, że chcecie mnie wyrzucić z klubu. Bo cały czas macie odwagę tylko gadać za moimi plecami - powiedział w uniesieniu. Ktoś skomentował, że Francuz domaga się czegoś czego w Realu nie ma i nigdy nie będzie, czyli szacunku dla trenera. Zizou zdobył z Królewskimi 11 trofeów, ale po każdym słabszym meczu zbiera cięgi. Po sezonie odejdzie z posady. I cięgi będą spadały na kogoś innego.

Chwalony Ronald Koeman jest teraz w innej sytuację od Francuza, choć Barcelona ma w ligowej tabeli dokładnie tyle samo punktów co "Królewscy". Katalończycy zaczynają grać lepiej, w nowym roku awansowali z szóstego na drugie miejsce w tabeli. Są w półfinale Pucharu Króla, ale Koeman się wścieka na przeładowany kalendarz. - Zarzynamy piłkarzy - powtórzył za Guardiolą. I wykrakał, bo w niedzielnym meczu z Betisem stracił swojego najlepszego obrońcę Ronalda Araujo.

Koeman dał odpocząć Leo Messiemu, Pedriemu i Frankie de Jongowi. Bo przed drużyną półfinał Pucharu Króla z Sevillą i 1/8 finału Ligi Mistrzów z PSG. Ale po 12 minutach starcia z Betisem Araujo zszedł ze skręconą kostką i trzeba było sięgnąć po De Jonga. Holender wykonał w meczu 82 podania, wszystkie celne! To pokazuje jego klasę. Koeman musiał też sięgnąć po Messiego i Pedriego, bo Barcelona przegrywała w Sewilli 0-1 do 59. minuty.

Chwilę wcześniej na boisko wszedł Messi i zaraz wyrównał. Poprowadził zespół do zwycięstwa 3-2 i po raz 207. od sezonu 2009-2010 wybrano go na piłkarza meczu w La Liga. W tym czasie rekordzistą Premier League pozostaje Eden Hazard wybierany na gracza meczu 62 razy, w Bundeslidze Marco Reus - 48 razy, w Ligue 1 Zlatan Ibrahimovic - 42 razy, w Serie A "Papu" Gomez" - 38 razy.

Z tej grupy tylko Reus gra do dziś w tej samej lidze i tym samym klubie - Borussii Dortmund. Pozostali zmienili pracodawcę i kraj.

Po meczu z Betisem kataloński "Sport" dał tytuł "Niespłacalny". To aluzja do niedawnych rewelacji w dzienniku "El Mundo", który ogłosił, że zarabiając ponad 555 mln euro w ostatnich czterech sezonach Messi rujnuje Barcelonę. Może i rujnuje, ale na boisku wciąż jest jej zbawcą. Gdyby doznał kontuzji...aż strach pomyśleć.

Dariusz Wołowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje