Reklama

Reklama

Wojciech Kowalewski: Kiedyś grałem w Rosji przy minus 22 stopniach

Mieszkający w Suwałkach były piłkarz reprezentacji Polski Wojciech Kowalewski niemal całe życie spędził w zimnych miejscach. Grał m.in. w Moskwie, Doniecku i na Syberii. "Kiedyś kończyłem mecz przy minus 22 stopniach" - powiedział.

36-letni Kowalewski jest wychowankiem Wigier Suwałki. Występował także m.in. w Legii Warszawa, Szachtarze Donieck, Spartaku Moskwa, Iraklisie Saloniki i Sibirze Nowosybirsk.

Reklama

Najwięcej czasu spędził na wschodzie Europy. W 2002 roku trafił do Szachtara, a rok później do Spartaka, w którym występował do 2007. Później zaliczył jeszcze prawie rok gry w Sibirze.

"Akurat tak się fajnie składało, że mimo wielu lat w zagranicznych klubach okres Bożego Narodzenia mogłem spędzać w Polsce, według naszej tradycji. Miałem w tym czasie urlopy, bo tamte ligi nie grały" - wspomina 11-krotny bramkarz reprezentacji Polski. "Wyjątek zdarzył się w 2004 roku. Wówczas wznowiliśmy zajęcia w Spartaku już 18 grudnia. Na Wigilię wróciłem do domu, ale w drugi dzień świąt musiałem stawić się w Moskwie" - dodał.

Reprezentowanie rosyjskich czy ukraińskich klubów oznacza długi okres świąteczno-noworoczny. Najpierw w Polsce, a później za wschodnią granicą.

"Tam święta trwają od Nowego Roku praktycznie do 10 stycznia. Administracyjnie ten okres to paraliż kraju. Najważniejszy, kilka dni przed prawosławnym Bożym Narodzeniem, jest 1 stycznia. Właśnie wówczas przychodzi Dziadek Mróz, jest "jołka", wręcza się prezenty. Czasami piłkarskie urlopy w Rosji kończyły się, o ile pamiętam, 5-6 stycznia, więc koledzy z drużyny obchodzili święta już na zgrupowaniach" - przyznał Kowalewski.

Angaż w rosyjskiej lidze wiąże się również z ekstremalnymi warunkami do gry, zwłaszcza przed nadejściem wiosny. Na przykład na Syberii.

"W Sibirze występowałem w 2010 roku, ale tamtejsze zimno poznałem już kilka lat wcześniej. W lutym 2007, jako zawodnik Spartaka, grałem w Nowosybirsku mecz 1/8 finału Pucharu Rosji. Z powodu mrozu pod znakiem zapytania stała nasz podróż samolotem. Warunki do lądowania były bardzo trudne, nie mówiąc już o grze w piłkę. Ostatecznie jednak dolecieliśmy, a gospodarze odśnieżyli boisko i mogliśmy wystąpić na sztucznej, podgrzewanej murawie. Jak ktoś zmierzył, zaczynaliśmy mecz przy minus 18 stopniach, a kończyliśmy przy minus 22" - powiedział były bramkarz.

"Padający śnieg rozpływał się na murawie, ale po chwili marzł i tworzył bryłki lodu. Niektórzy bardzo boleśnie to odczuli. Kontuzji kolana doznał wówczas reprezentant Rosji Roman Pawluczenko, który upadł na jedną z takich bryłek. Pamiętam, że strasznie zmarzłem. Prawie nic nie czułem. Po meczu ratowałem się jak mogłem, nawet przy pomocy... koniaku, zresztą podobnie jak moi koledzy" - dodał.

Zimno i chłód nie opuszczały polskiego bramkarza nawet w Grecji.

"Trudno w to uwierzyć, ale bardzo zmarzłem w Salonikach. Gra w temperaturze dwóch stopni powyżej zera, ale w połączeniu z dużą wilgotnością i silnym wiatrem od morza nie należy do przyjemności" - przyznał Kowalewski, któremu zresztą chłody i mróz towarzyszą od dziecka. Wychował się w Suwałkach, tam również mieszka obecnie.

"Wiadomo, jakie są zimy w naszym mieście. Polski biegun zimna, klimat trochę podobny do tego w Nowosybirsku. W mijającym roku śnieg padał jeszcze pod koniec kwietnia. Jak widać, zimno nigdy nie było mi obce" - zakończył były golkiper reprezentacji Polski.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje