Reklama

Reklama

​Wojciech Kowalewski: Jednym wojna, drugim matka

W prawosławną wigilię Bożego Narodzenia, wieloletni bramkarz Spartaka i Szachtara, Wojciech Kowalewski przybliża świąteczny klimat u słowiańskich braci ze Wschodu.

Maciej Słomiński, Interia: Na moskiewskiej ulicy podczas mistrzostw świata w roku 2018 zrobiłem minisondaż na temat najbardziej znanych Polaków i znalazł się pan na podium obok Barbary Brylskiej i generała Jaruzelskiego.

Reklama

Wojciech Kowalewski, były bramkarz reprezentacji Polski: - Zacne grono (śmiech). Przez te kilka lat spędzonych w Spartaku stałem się w miarę rozpoznawalny, więc może stąd taki wynik ankiety. W aklimatyzacji w Moskwie bardzo pomogły mi doświadczenia, które wcześniej zdobywałem w Szachtarze Donieck, w tym dobra znajomość języka rosyjskiego. Pochodzę z Suwałk, przez ulicę miałem bazar, na którym handlowali Białorusini i Litwini, język rosyjski towarzyszył mi od zawsze. Paradoksalnie, najgorsze oceny w historii mojej edukacji miałem z rosyjskiego i przysposobienia obronnego. To były czwórki.

Dziś mamy wigilię prawosławnego Bożego Narodzenia. Jak wyglądają święta w Rosji?

- Święta prawosławne kojarzą mi się z obozami przygotowawczymi przed drugą częścią sezonu. 6-7 stycznia najczęściej byliśmy już na zgrupowaniach. Świąteczne akcenty ograniczały się do złożenia życzeń przy posiłku. Nie ma wielkiej różnicy między świętami katolickimi i prawosławnymi świętami Bożego Narodzenia.

W końcu jesteśmy słowiańskimi braćmi.

- Głównym świętem w kalendarzu rosyjskim jest Nowy Rok, czyli tak jak u nas sylwestrowy wieczór przechodzący płynnie do noworocznego śniadania. Jest to święto najbardziej celebrowane. To wówczas w rosyjskich domach pojawia się choinka, wtedy z prezentami przychodzi "Died Maroz" (Дед Мороз), czyli nasz święty Mikołaj.

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź!

Zostajemy na Wschodzie. W biografii Grzegorza Króla pt. "Przegrany" jest fragment o tym, jak zaproponowano mu grę w Szachtarze Donieck. Nawet nie chciało mu się sprawdzać na mapie, gdzie to jest. Oferenci pojechali kawałek dalej, z Wronek do Grodziska Wielkopolskiego, gdzie Mariusz Lewandowski podobnych dylematów nie miał. Przyjął ofertę i mimo różnych humorystycznych sytuacji, jak wypłata w reklamówce, nie żałuje. Pan też podjął ryzyko i w 2002 r. wyjechał do Donbasu.

- Gdy pojechałem na Ukrainę, od Mariusza Lewandowskiego wiedziałem mniej więcej czego się spodziewać. Nie chciałem odchodzić z Legii Warszawa, dobrze się w tej drużynie czułem, chciałem z nią zdobyć mistrzostwo kraju i dopiero wtedy odejść. Niestety, sytuacja finansowa klubu i bardzo korzystna oferta nie pozostawiły wyboru. To był moment, w którym moje dziecięce wyobrażenie o czystości sportu, zderzyło się ze sportem profesjonalnym, w którym rządzą pieniądze. Miałem duży problem, by to zaakceptować, ale po rozmowie z ówczesnymi władzami i trenerem Legii górę wzięła sportowa ambicja. Drużyna Szachtara była w przebudowie, w maju 2002 r. traciliśmy bodaj siedem punktów do Dynama Kijów na pięć kolejek przed końcem, w warunkach ukraińskich to przepaść. Dodatkowo byliśmy w przededniu finałowego meczu o puchar kraju, właśnie z Dynamem. Widziałem w telewizji jak Legia zdobywa tytuł, w którym ja też miałem udział. Trudny moment. Myślałem: co ja tu robię?

I co pan robił?

- W finale w obecności 81 tysięcy widzów zagrałem zaledwie 14 minut, gdyż przy wyniku 1-0, w niefortunnej interwencji zderzyłem się ze słupkiem i rozciąłem głowę. Powiedziałem, że nie zejdę z boiska, opatrzyli mnie, w międzyczasie mój lekarz klubowy dwa razy prawie tracił przytomność. Widząc jego minę, wiedziałem, że coś jest ze mną nie tak. Okazało się, że miałem dziurę w przedramieniu, nadziałem się na hak od słupka. Finał wygraliśmy, 3-2 po dogrywce. Mnie po zejściu z boiska 45 minut zszywali w szatni.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama