Reklama

Reklama

Wieszczycki: Na transfery nie mamy nawet miliona

- Szukamy piłkarzy z kartą na ręką, bo z wolnych strzelców można stworzyć nawet zespół na mistrzostwo Polski. Bezgotówkowe transfery to najlepsza droga, bo na wzmocnienia nie mamy nawet miliona złotych - mówi w wywiadzie dla INTERIA.PL Tomasz Wieszczycki, dyrektor sportowy ŁKS.

INTERIA.PL: Obecny skład wystarczy na Ekstraklasę?

Reklama

Tomasz Wieszczycki: Musimy się wzmocnić i to nie ulega wątpliwości. Ta drużyna pokazała w sparingach czy Pucharze Polski, że potrafi grać z zespołami z Ekstraklasy jak równy z równym, ale rotacja jest konieczna. Chcemy być coraz silniejsi, do tego potrzebujemy transferów.

Macie przeznaczony konkretny budżet na wzmocnienia?

- Kwoty, które wydajemy na nowych piłkarzy, są bardzo małe. Szukamy przede wszystkim zawodników wolnych, z kartą na ręką lub takich, którzy chcą pilnie zmienić klub. Nie jest tak, że mamy milion złotych i możemy kupić, kogo chcemy. Mamy do dyspozycji znacznie mniejszą sumę.

Właśnie w taki sposób zbudowaliście obecny zespół, który wywalczył awans. Na Ekstraklasę takie działania też wystarczą?

- Myślę, że tak. Z wolnymi strzelcami można by zdobyć mistrza Polski. Pieniądze nie są tutaj decydującym elementem. Trzeba mieć po prostu trochę szczęścia i wyczucia przy transferach, przewidzieć, kto wypali. To tak, jak z kobietą - jednemu podoba się taka, drugiemu jej koleżanka. Który wybrał lepiej, weryfikuje potem rzeczywistość.

Teraz, gdy awans jest już pewny, czekają was dziesiątki rozmów z obecnymi piłkarzami. Na dzień dzisiejszy tylko trzech z nich ma ważne umowy na przyszły sezon.

- Niech się pan nie martwi, poradzimy sobie. Prowadzimy kilkadziesiąt rozmów, nie tylko z naszymi zawodnikami. Pracy jest naprawdę sporo.

Jest szansa na wykupienie Jakuba Koseckiego z Legii?

- Robimy, co w naszej mocy. Nie było nas stać na transfer definitywny rok temu, więc teraz chyba też nie.

O jakiej kwocie mowa?

- Nie mogę powiedzieć. Odpowiedź wydaje się jednak jasna - rok temu, gdy Kosecki był anonimowy, nie mieliśmy wystarczająco pieniędzy, a teraz anonimem na pewno nie jest, więc jego wartość poszła w górę. W Łodzi się wybił i byłoby dla niego lepiej, gdyby został tu na dłużej. Będziemy go do tego przekonywać.

Rola klubu, który wypożycza piłkarza, promuje go, a potem oddaje, odpowiada wam również w Ekstraklasie?

- To kwestia dyskusyjna, ale raczej nie. Wcześniej potrzebowaliśmy zawodnika na daną pozycję o konkretnym profilu i umiejętnościach, a Kosecki spełniał kryteria. To było pewne ryzyko, ale się opłaciło, bo Kuba pomógł w awansie.

Jaki macie plan na letnie okienko transferowe?

- Chciałbym, żeby trafiło do nas pięciu nowych piłkarzy.

Na jakie pozycje poszukujecie zawodników?

- Nie jesteśmy Realem Madryt, nie mamy wyśmienitych nazwisk na wszystkie pozycje. Szukamy dobrych piłkarzy, pozycja nie ma znaczenia. Jeśli znajdziemy kogoś o bardzo wysokich umiejętnościach, to postaramy się, aby go dopasować do zespołu. Zawsze warto zwiększyć w drużynie rywalizację.

Jak blisko jest finalizacja rozmów z Markiem Saganowskim?

- Blisko. Myślę, że w najbliższym czasie ziści się to, o czym od pewnego czasu się mówi. Sam Marek w jednym z wywiadów przyznał, że chciałby wrócić do ŁKS, więc liczę, iż dotrzyma słowa. Cały czas jesteśmy w kontakcie, rozmawiałem z nim w czwartek i podpuszczałem "No, Maruś, to kiedy podpisujemy?". Wszystko jest na dobrej drodze.

Osmana Chaveza, podstawowego piłkarza Wisły Kraków, zaproponował wam jego menadżer. Czy to w ogóle możliwy temat?

- To dobry zawodnik, nie jakiś przeciętniak, ale finansowo jest poza naszym zasięgiem. Czasami apetyty piłkarzy spadają, można się targować, choć w tym przypadku będzie niezwykle ciężko.

Trener Andrzej Pyrdoł może być spokojny o swoją posadę? Jakiś czas temu mówiło się, że wolałby pan Rafała Ulatowskiego.

- Ja tego nie mówiłem, to był fakt medialny. Choć Rafałowi nie wyszło w Cracovii, to bardzo go cenię.

A co z Pyrdołem?

- Nie planujemy żadnych ruchów. Mamy dobry sztab trenerski, jestem z niego zadowolony, ale co przyniesie przyszłość, to się dopiero okaże.

Po wywalczeniu awansu problemem jest otrzymanie licencji na grę w Ekstraklasie. Nie boicie się, że będziecie zmuszeni grać w Bełchatowie, bo obecny obiekt nie zostanie dopuszczony do rozgrywek?

- Mamy takie obawy, ale liczymy, że uda się to inaczej rozwiązać. Nastąpił spory postęp w sprawie budowy nowego stadionu w Łodzi i jest to bardzo optymistyczny prognostyk. A Bełchatów to tylko plan awaryjny.

To byłby dla was duży problem?

- Na pewno niemały. Odpadają różnego rodzaju wpływy finansowe, na naszych meczach jest mniej kibiców, nie gramy na własnym stadionie. Myślę, że to miałoby spore znaczenie dla beniaminka.

Źle wygląda nie tylko obecny obiekt, ale i również płynność finansowa klubu.

- Jest to problem 90 proc. klubów w Europie. Polska nie jest wyjątkiem, bo zarówno Lech, jak i Legia mają zaległości finansowe. W ŁKS też jakieś są, ale - porównując do innych klubów - nie są one na tyle poważne, abyśmy nie otrzymali licencji.

O jakich konkretnie zaległościach mowa?

- Na pewno nie o tak dużych, jak donoszą media. To podstawowe kłamstwo, nadużywane przez dziennikarzy. Bardzo mi się to nie podoba, bo należałoby takie doniesienia zweryfikować u źródła. Kiedyś nie dostawałem pieniędzy przez osiem miesięcy, w ŁKS są to tylko dwa miesiące. Nie są to na tyle duże kwoty, żeby piłkarze mieli obrażać się na klub. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie wszelkie należności powędrują na konta zawodników, choć to nie ja wciskam "enter".

Rozmawiał: Piotr Tomasik

Dowiedz się więcej na temat: mistrzostwo Polski | 1. liga | ŁKS

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje