Reklama

Reklama

W Ruchu Chorzów nie było lepszego od Bronisława Buli. "Gerard Cieślik mógłby za nim buty nosić”

Czyli wielkiego pijaństwa nie było?

Reklama

- Kiedyś był taki zawodnik Johan Cruyff, co po meczu miał obok siebie skrzynkę piwa, a jeszcze sto papierosów potrafił wypalić. Jednak na boisko walczył, jak każdy. Każdy ma jednak inny organizm. U nas tak to nie działało. Sporo się jednak gadało, że piją, bo człowiek się nie chował. Jak kibice prosili, to stanęliśmy, wypiliśmy z nimi to piwo. Nie mówiłem, że ja jestem wielki Bula i z wami nie wypiję.

Dlaczego nie grał pan za wiele w kadrze?

- Nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałem. Debiutowałem u Ryszarda Koncewicza, u Kazimierza Górskiego było mnie mniej. Ani na olimpiadę nie pojechałem, ani na te mistrzostwa. Na pewno problemem było to, że najlepszy trener Vican nie chciał, żeby nas powoływano. Prezes też nie chciał. To dotarło do trenera Górskiego i w końcu tylko Maszczyk pojechał na mundial.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź!

Miał pan pecha, że wtedy był Kazimierz Deyna?

- Pech raczej polegał na tym, że Deyna mieszkał blisko PZPN i grał w Legii. Przez coś takiego ciężko było się przebić. Nie mam jednak pretensji. On też nie miał łatwo. Pamiętam, że on miał problem z odnalezieniem się w grupie, był w drużynie samotny, na zgrupowaniach miał osobny pokój. Jednak był dobry. W sumie może to trochę moja wina, że bardziej nie zawalczyłem o kadrę, że nie pokazałem, że mi zależy.

Niedosyt musi pan też chyba czuć z tego powodu, że Ruch, który rządził w kraju, nie zwojował czegoś więcej w europejskich pucharach.

- Szkoda pucharów, bo można było dalej zajść. Teraz pamiętam tamte wyjazdy z tego, że mieliśmy ciężkie walizki. Braliśmy ze sobą kryształy, żeby je sprzedać i coś tam zarobić, bo w Ruchu z tym to akurat było słabo.

Tata mi mówił, że byłoby lepiej, jakby kapitanem był ktoś pokroju Henryka Kasperczaka. W Stali Mielec potrafił on zadbać o premie dla kolegów.

- Nie mieliśmy nikogo, kto potrafiłby pokłócić się z prezesami o kasę. Najlepszy byłby twój ojciec, ale on nie był Ślązakiem, więc jakbyśmy go wybrali, to mogłoby to zostać źle odebrane. Ktoś mógłby się obrazić. Szkoda, bo Marian miał charakter, walczył za czterech. Bez kapitana takiego, jak Kasperczak musieliśmy wygrywać wszystko, co się da, żeby to jakoś wyglądało. 

Z Ruchu odszedł pan?

- Za późno. Nie chcieli mnie puścić, jakby myśleli, że ja będę do pięćdziesiątki grał. Ustawili mnie w kolejce. Najpierw wyjechał Faber, później Marks, po nich przyszła moja kolej. Miałem już 33 lata. Pamiętam, że jak wyjeżdżałem to w nerwach. Wszystko załatwione, walizki spakowane, a wciąż jakieś problemy mi robili. W końcu się zdenerwowałem i przestałem na treningi chodzić. Wtedy puścili.

Gdzie?

- Do Francji, do Rouen. W sumie to wyjeżdżałem w ciemno, ale na miejscu pomógł Roman Jakubczak, były piłkarz Lecha Poznań. Zagrałem w trzech sparingach, przekonałem trenerów i potem próbowałem drużynie pomóc w walce o awans do pierwszej ligi. Na końcu zostałem nawet drugim trenerem, a zespół w końcu wszedł do najwyższej ligi. Pierwszy mecz w Rouen graliśmy w Paryżu. To było takie spotkanie, jak derby Ruchu z Górnikiem. Po Rouen przeniosłem się do trzeciej ligi, osiadłem nieopodal Lens. Żona już miała dość życia w rozjazdach. A tu gdzie mieszkamy teraz czuję się, jak w Chorzowie. To jest taka okolica, gdzie były kopalnie. Domy, w ogóle wszystko, jest takie samo, jak na moim ukochanym Śląsku.

A Ruch?

- Zakłóca mi na starość spokój. Widziałem, jak spadali coraz niżej i nie mogę tego zrozumieć. Dla mnie, jako dla byłego zawodnika jest to ciężkie przeżycie, wręcz tragedia. Może jednak kiedyś nadejdą lepsze dni. Na razie jednak jest źle, nawet stadionu z prawdziwego zdarzenia nie ma.

Jest ten, który pan pamięta.

- No tak, a inni mają nowoczesne obiekty. Nie ma stadionu, nie ma też zdolnej młodzieży, która kiedyś pchała się drzwiami i oknami. Chciałem na stulecie przyjechać, ale miałem kłopoty z sercem. Teraz koronawirus mnie blokuje. W końcu jednak przyjadę i zrobię trochę szumu. Może z twoim ojcem, może sam. A ty o żużlu piszesz?

Tak

- Waloszek to był mój idol.

Nie żyje.

- Szkoda, bo chodziłem na Śląsk i na ROW Rybnik też czasami. Wtedy to były czasy, to był żużel.



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama