Reklama

Reklama

W Ruchu Chorzów nie było lepszego od Bronisława Buli. "Gerard Cieślik mógłby za nim buty nosić”

- To najlepszy piłkarz w historii Ruchu Chorzów. Nawet Gerard Cieślik mógłby za nim buty nosić – przekonuje mnie ojciec Marian Ostafiński. – Tata przesadza. Gerard był lepszy. Ja to jakbym miał powiedzieć, komu Ruch zawdzięcza tytuły w latach 70. to bym twojego tatę wymienił – odpowiada Bronisław Bula.

Dariusz Ostafiński, Interia: Dzień dobry panie Bronku.

Bronisław Bula, były piłkarz Ruch Chorzów: Cześć junior. Co u ciebie słychać. Ile ty masz teraz lat? Dzieci masz?

Lat prawie pięćdziesiąt, dzieci dwójka.

- A ja cię pamiętam, jak z ciebie był taki mały knefel. No dobra, ale mów, czego chcesz.

O wywiad chciałbym prosić. Tata mówi, że Bula to był najlepszy piłkarz w historii Ruchu. Lepszy od Gerarda Cieślika. Cytuję: Cieślik mógłby za Bronkiem buty nosić.

- Tata przesadza. On był lepszym piłkarzem ode mnie. Dzięki niemu mistrza Polski zrobiliśmy.

Reklama

Teraz to pan przesadza. Ojciec twierdził, że nikt nie potrafił zagrać piłki tak jak pan. Zawsze na nos. Takiego piłkarza Ruch nie miał według taty ani wcześniej, ani później.

- Nie porównujmy, bo nie można. Natomiast dużo musiałem pracować nad tym, żeby rzucać takie podania na nos. Nie wiem, czy to ci tata mówił, ale to były czasami takie zagrania na 40, 50 metrów. Nie miałby jednak Ruch pożytku z tych moich podań, jakbyśmy nie mieli świetnych napastników: Marxa czy Fabera. Oni byli szybcy, potrafili strzelić bez przyjęcia.

Jak to się zaczęło?

- Jak byłem mały, to grałem z kolegami na placu. Nie mieliśmy normalnej piłki do nogi, ale taką do tenisa. To dzięki niej wyrobiłem sobie technikę. Żonglerka taką piłką, to była sztuka. A na placu grał nie byle kto, bo był tata od Jurka Wyrobka, a jeszcze Piotrek Drzewiecki, obrońca Ruchu, też wtedy z nami grał. To była paka z Chorzowa-Batorego, która później zamieniła plac na Cichą i duże boisko.

W Ruchu największe sukcesy osiągnęliście z trenerem Michalem Vicanem. Słyszałem od ojca, że pan nie był fanem szkoleniowca, który dla wielu jest legendą.

- On nie był złym trenerem, ale mnie nie pasowały te jego zajęcia. Kazał nam nosić ciężkie kamizelki, biegać z nimi. Ważyłem 50 kilo, ta kamizelka dziesięć. Czułem się fizycznie zajechany. Vican nie robił indywidualnych treningów, tylko wszystkich wrzucał do jednego worka. Jednym to nie przeszkadzało, inni nie mieli siły w meczu biegać. Według mnie Vican był dobry na te dwa, trzy lata, nie więcej. Zresztą, jak kończył, to graliśmy o utrzymanie.

Zanim jednak odszedł, Ruch był najlepszą drużyną w kraju.

- Taką nie do zdarcia. Dwa lata robiliśmy mistrza i Puchar Polski, jak chcieliśmy. Wygrywaliśmy, jak chcieliśmy. Twój tata mnie chwali, a ja powiem, że wtedy mieliśmy dobrą obronę z Ostafińskim, Wyrobkiem i Drzewieckim. Marian to trzymał w ryzach, tam ciężko było przejść.

Pana specjalnością były asysty.

- Cieszyłem się z każdego podania, które kolega z drużyny zamieniał na bramkę. Dla mnie to była duża przyjemność, większa niż kiedy ja sam strzeliłem. Od tego byli Marx, Herman, Faber i inni. Pamiętajmy jednak, że Ruch to nie był Bula, czy inny zawodnik. To była cała drużyna złożona z walczaków i takich, co grali bardziej technicznie. Fajnie się razem uzupełnialiśmy.

Byliście śląskim zespołem.

- Tak i to też był ewenement, że jedynym gorolem, czyli człowiekiem spoza Śląska, był Marian. Dobrze jednak, że go ściągnęli ze Stali Rzeszów, bo nam brakowało takiego twardego obrońcy w środku pola. Muszę ci powiedzieć, że próbowałem twojego ojca nauczyć śląskiej gwary, ale to mi się nie udało. To był jednak wspaniały czas, dużo razem przeszliśmy jako koledzy i cała drużyna. Pamiętam te słynne wyjazdy do jednej i drugiej Ameryki. W Stanach graliśmy na boisku do bejsbola. Herman stał na górce, a ja mu centrowałem i on gole głową strzelał. To było coś. Każdy mecz na Ruchu też był przeżyciem, bo my graliśmy dla ludzi, dla publiczności.

Słyszałem, że choć na boisku stanowiliście monolit, to poza nim już tak nie było. Na piwo chodzili tylko Bula, Maszczyk, Bon i Ostafiński. Gdzie byli pozostali?

- Różne grupy były, ale to wynikało też z tego, że tam kilka pokoleń było. Najważniejsze jednak, że na boisku się trzymaliśmy. A poza nim mieliśmy taką swoją ulubioną restaurację w Chorzowie, co nazywała się Goplana. Tam chodziliśmy na piwo, ale przede wszystkim gadaliśmy o piłce, o tym, co możemy poprawić, żeby być lepszym zespołem. Tak było.

Czyli wielkiego pijaństwa nie było?

- Kiedyś był taki zawodnik Johan Cruyff, co po meczu miał obok siebie skrzynkę piwa, a jeszcze sto papierosów potrafił wypalić. Jednak na boisko walczył, jak każdy. Każdy ma jednak inny organizm. U nas tak to nie działało. Sporo się jednak gadało, że piją, bo człowiek się nie chował. Jak kibice prosili, to stanęliśmy, wypiliśmy z nimi to piwo. Nie mówiłem, że ja jestem wielki Bula i z wami nie wypiję.

Dlaczego nie grał pan za wiele w kadrze?

- Nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałem. Debiutowałem u Ryszarda Koncewicza, u Kazimierza Górskiego było mnie mniej. Ani na olimpiadę nie pojechałem, ani na te mistrzostwa. Na pewno problemem było to, że najlepszy trener Vican nie chciał, żeby nas powoływano. Prezes też nie chciał. To dotarło do trenera Górskiego i w końcu tylko Maszczyk pojechał na mundial.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź!

Miał pan pecha, że wtedy był Kazimierz Deyna?

- Pech raczej polegał na tym, że Deyna mieszkał blisko PZPN i grał w Legii. Przez coś takiego ciężko było się przebić. Nie mam jednak pretensji. On też nie miał łatwo. Pamiętam, że on miał problem z odnalezieniem się w grupie, był w drużynie samotny, na zgrupowaniach miał osobny pokój. Jednak był dobry. W sumie może to trochę moja wina, że bardziej nie zawalczyłem o kadrę, że nie pokazałem, że mi zależy.

Niedosyt musi pan też chyba czuć z tego powodu, że Ruch, który rządził w kraju, nie zwojował czegoś więcej w europejskich pucharach.

- Szkoda pucharów, bo można było dalej zajść. Teraz pamiętam tamte wyjazdy z tego, że mieliśmy ciężkie walizki. Braliśmy ze sobą kryształy, żeby je sprzedać i coś tam zarobić, bo w Ruchu z tym to akurat było słabo.

Tata mi mówił, że byłoby lepiej, jakby kapitanem był ktoś pokroju Henryka Kasperczaka. W Stali Mielec potrafił on zadbać o premie dla kolegów.

- Nie mieliśmy nikogo, kto potrafiłby pokłócić się z prezesami o kasę. Najlepszy byłby twój ojciec, ale on nie był Ślązakiem, więc jakbyśmy go wybrali, to mogłoby to zostać źle odebrane. Ktoś mógłby się obrazić. Szkoda, bo Marian miał charakter, walczył za czterech. Bez kapitana takiego, jak Kasperczak musieliśmy wygrywać wszystko, co się da, żeby to jakoś wyglądało. 

Z Ruchu odszedł pan?

- Za późno. Nie chcieli mnie puścić, jakby myśleli, że ja będę do pięćdziesiątki grał. Ustawili mnie w kolejce. Najpierw wyjechał Faber, później Marks, po nich przyszła moja kolej. Miałem już 33 lata. Pamiętam, że jak wyjeżdżałem to w nerwach. Wszystko załatwione, walizki spakowane, a wciąż jakieś problemy mi robili. W końcu się zdenerwowałem i przestałem na treningi chodzić. Wtedy puścili.

Gdzie?

- Do Francji, do Rouen. W sumie to wyjeżdżałem w ciemno, ale na miejscu pomógł Roman Jakubczak, były piłkarz Lecha Poznań. Zagrałem w trzech sparingach, przekonałem trenerów i potem próbowałem drużynie pomóc w walce o awans do pierwszej ligi. Na końcu zostałem nawet drugim trenerem, a zespół w końcu wszedł do najwyższej ligi. Pierwszy mecz w Rouen graliśmy w Paryżu. To było takie spotkanie, jak derby Ruchu z Górnikiem. Po Rouen przeniosłem się do trzeciej ligi, osiadłem nieopodal Lens. Żona już miała dość życia w rozjazdach. A tu gdzie mieszkamy teraz czuję się, jak w Chorzowie. To jest taka okolica, gdzie były kopalnie. Domy, w ogóle wszystko, jest takie samo, jak na moim ukochanym Śląsku.

A Ruch?

- Zakłóca mi na starość spokój. Widziałem, jak spadali coraz niżej i nie mogę tego zrozumieć. Dla mnie, jako dla byłego zawodnika jest to ciężkie przeżycie, wręcz tragedia. Może jednak kiedyś nadejdą lepsze dni. Na razie jednak jest źle, nawet stadionu z prawdziwego zdarzenia nie ma.

Jest ten, który pan pamięta.

- No tak, a inni mają nowoczesne obiekty. Nie ma stadionu, nie ma też zdolnej młodzieży, która kiedyś pchała się drzwiami i oknami. Chciałem na stulecie przyjechać, ale miałem kłopoty z sercem. Teraz koronawirus mnie blokuje. W końcu jednak przyjadę i zrobię trochę szumu. Może z twoim ojcem, może sam. A ty o żużlu piszesz?

Tak

- Waloszek to był mój idol.

Nie żyje.

- Szkoda, bo chodziłem na Śląsk i na ROW Rybnik też czasami. Wtedy to były czasy, to był żużel.



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje