Mimo 26 lat na karku Ferran Torres nadal jest napastnikiem-zagadką. Wraz z upływem czasu, sezon po sezonie, przenosił się ze skrzydła w okolice "dziewiątki". Z takim numerem będzie występował w Paris Saint-Germain, które wykupiło go z Barcelony za 45-50 milionów euro.
Nie da się ukryć, że w stolicy Katalonii wychowanek Valencii był niekochany. W styczniu 2022 roku ściągnięto go z Manchesteru City za 55 milionów. Przez cztery lata nie potrafiono przekonać się do niego w stu procentach. Władze klubu zawsze szukały alternatyw, napastnika o innej charakterystyce. W końcu pół roku później do Barcelony trafił starszy o 12 lat Robert Lewandowski.
Barcelona ubiła interes życia?
I to kapitan reprezentacji Polski w trakcie czteroletniego pobytu w zespołach Xaviego i Hansiego Flicka odgrywał kluczową rolę. Hiszpan nigdy nie potrafił zepchnąć go na dalszy plan. Oczywiście, w poprzedniej kampanii obaj "dzielili się" grą, czasami to Ferran wygryzał naszego rodaka z wyjściowej jedenastki, kiedy wchodził w intensywny, ale krótki okres dobrej formy. Jednocześnie 37-letni Lewandowski nie był na tyle słaby, żeby przykuto go do ławki rezerwowych.
Ferran Torres nie był, nie jest i nigdy nie będzie gwarancją jakości i goli. Zdarzają mu się kilkutygodniowe zrywy, kiedy jest najlepszą wersją siebie. Ale z niewyjaśnionych powodów, z meczu na mecz zwyczajnie się zacina. Tak było chociażby od 1 lutego do 10 kwietnia. Przez 15 spotkań Hiszpan nie trafił do siatki. Kiedy się odblokował, strzelił pięć goli w pięciu starciach, do tego dołożył asystę. W reprezentacji obserwujemy niemal identyczną sinusoidę.
4 czerwca 26-latek wpisał się na listę strzelców w sparingu z Irakiem (1:1), żeby zaliczyć osiem kolejnych meczów posuchy. Trafił jednak w najważniejszym momencie - w finale mistrzostw świata przeciwko Argentynie, dając reprezentacji Hiszpanii drugi puchar. Tym zapisał się w historii. Jego wartość rynkowa podskoczyła momentalnie.
Dlatego Barcelona nie mogła wymarzyć sobie lepszego momentu do jego sprzedaży. Jeszcze nie tak dawno temu Ferran Torres był wyceniany poniżej 30 milionów. Skoro i tak nie wiązano z nim przyszłości - nawet po odejściu Lewandowskiego do Chicago Fire, co w teorii powinno oznaczać, że nową "dziewiątką" zostanie wychowanek Valencii - zgarnięcie 50 milionów to transferowy majstersztyk.
Medal ma jednak dwie strony, ponieważ obecnie mistrzowie Hiszpanii zostali w kadrze bez żadnego typowego napastnika. Trwają intensywne prace nad ściągnięciem Juliana Alvereza z Atletico Madryt, jednak nikt nie gwarantuje, że ta operacja musi zakończyć się sukcesem. To tylko uwypukla fakt, że w Barcelona zwyczajnie nie chciała bohatera "La Roja" w swojej kadrze. Wolała pozyskane za niego pieniądze, które mają pomóc m.in. przy transferze Rodriego z City.
W Paryżu wcale nie musi być lepiej
W tym momencie można zadać sobie pytanie: Po co tak właściwie PSG podpisało kontrakt z nieregularnym Ferranem Torresem? Odpowiedź brzmi: Luis Enrique.
Trener obrońców tytułu Ligi Mistrzów nie jest przecież naiwny. Jeśli chciał mieć w swojej drużynie 26-latka, to z pewnością ma do tego powody. Byłemu już napastnikowi Barcelony nie można odmówić jednego - zaangażowania i walki. Przy zabójczym, natychmiastowym pressingu mistrzów Francji po stracie piłki cechy te są bardzo przydatne. Kiedy "niekochany" wcześniej Ferran zostanie obdarzony zaufaniem, może stać się prawdziwym żołnierzem Enrique, który przecież doskonale zna go z reprezentacji Hiszpanii.
- Zawsze mówiłem, że on jest dla mnie jak piłkarski ojciec. Kiedy miałem okazję z nim trenować w reprezentacji, zawsze wykazywał we mnie wielką wiarę. Możliwość ponownego trenowania z nim wypełnia mnie radością. Bardzo chcę już zacząć działać w tym projekcie. To trener, który dobrze wie, jak prowadzić zawodnika, jak go poznać, mocno wierzy w piłkarza, nawet kiedy on często sam w siebie nie wierzy. Wymaga od ciebie maksimum, co też jest bardzo dobre. Wie, jak wyciągnąć maksymalny potencjał - mówił nowy nabytek Paryżan o swoim nowym szkoleniowcu.
Ferran Torres przez długi czas był partnerem życiowym Siry Martínez, czyli córki Luisa Enrique. Para rozstała się w maju 2023 roku po niespełna dwóch latach związku, w przyjaznej atmosferze.
Wracając do piłki - chęci i pragnienia to jedno, rzeczywistość to drugie. 26-latek odszedł z Barcelony, ponieważ chciał grać pierwsze skrzypce, być pierwszym wyborem, nie przesiadywać na ławce. W Paryżu nie ma nic za darmo. Tamtejsza linia ataku jest kosmiczna: Kwaracchelia, Dembele, Doue, Barcola. PSG nie potrzebowało typowej "dziewiątki" w podstawowym składzie, aby zdobyć dwa puchary Ligi Mistrzów z rzędu. Ostatnio jednak zespół opuścili Randal Kolo Muani i Goncalo Ramos. Pierwszy za ponad 41 milionów przeszedł do Juventusu, drugi stał się zawodnikiem Milanu, odchodząc za 74 miliony. W ich miejsce przyszli Maghnes Akliouche (który wcale nie jest typowym środowym napastnikiem) kupiony z AS Monaco za 50 milionów i Ferran, który na każdym treningu będzie musiał udowadniać swoją wartość.
Jeśli Luis Enrique wznieci w nim ogień, Hiszpan ze swoimi atrybutami i postawią może być wartością dodaną do świetnie funkcjonującej drużyny PSG. Jeśli jednak 26-latek tak jak dotychczas będzie przeżywał wahania formy i nie będzie potrafił odnaleźć się w szybkiej grze kombinacyjnej, transfer może okazać się klapą.















