Reklama

Reklama

Trener Górski nie dał im pograć. Skończyło się na olimpijskim srebrze

Dziś wieczorem na Maracanie olimpijski finał w turnieju piłki nożnej. O godzinie 22.30 Brazylijczycy grają z Niemcami. Dla „Canarinhos”, którzy trzykrotnie przegrywali mecz o złoty medal, to szansa na pierwszy triumf. Niemcy już raz wygrali turniej olimpijski. W 1976 roku w finale igrzysk w Montrealu NRD pokonało Polskę 3-1.

Do Kanady drużyna prowadzona przez Kazimierza Górskiego leciała po pewne wydawałoby się olimpijskie złoto. Cztery lata wcześniej w Monachium, zaczął się przecież biało-czerwony marsz na szczyty światowego futbolu. Olimpijskie złoto zostało potem przebite trzecim miejscem podczas X mistrzostwach świata na boiskach w Niemczech Zachodnich w 1974 roku. 

Do Montrealu trener Górski ponownie zabrał największe gwiazdy: Kazimierza Deynę, Grzegorza Latę, Andrzeja Szarmacha, który został zresztą królem strzelców montrealskiej Olimpiady, a także Jana Tomaszewskiego, Henryka Kasperczaka czy Jerzego Gorgonia. 

Reklama

Koniec ery Orłów Górskiego

Na początku biało-czerwonym szło jednak, jak po grudzie. W grupie C najpierw zremisowali ze słabiutką Kubą 0-0, a potem wygrali z Iranem 3-2. Potem było już lepiej. W ćwierćfinale pogrom Korei Północnej 5-0, a w meczu o finał wygrana z Brazylią 2-0, po dwóch trafieniach niezawodnego Szarmacha. W spotkaniu o złoto czekała jedenastka NRD. 

Z książki "Igrzyska Olimpijskie 1976", Wydawnictwa Sport i Turystyka. "Na mecz finałowy czekaliśmy z wielką niecierpliwością i w radosnym podnieceniu. W piątek 30 lipca bohaterami olimpijskich zmagań byli polscy siatkarze. W sobotę 31 lipca oczarował wszystkich miłośników sportu rewelacyjny mistrz skoku wzwyż - Jacek Wszoła. To były polskie dni, liczono więc ogólnie i na sukces polskich piłkarzy". 

Tymczasem piłkarski finał przebiegał z goła nieoczekiwanie. Niemcy ze Wschodu już po kwadransie prowadzili 2-0 po trafieniach Hartmuta Schade i Martina Hoffmanna. Fatalny mecz rozgrywał "człowiek, który zatrzymał Anglię" czyli Jan Tomaszewski. W 19 minucie między słupkami zastąpił go rezerwowy Piotr Mowlik. Zdobyty w drugiej połowie przez Grzegorza Latę gol kontaktowy niewiele już zmienił. NRD ostatecznie wygrało 3-1 i sięgnęło po złoto. 

W Polsce drugie miejsce przyjęto, jak wielką porażkę. Był to też koniec przygody z kadrą trenera Górskiego. - Za Oceanem spędziliśmy miesiąc. Już w trakcie turnieju zaczęły pojawiać się plotki, że po igrzyskach trener Górski rozstanie się z reprezentacją. To nie sprzyjało atmosferze. Trener stawiał na doświadczonych zawodników. "Z nimi zacząłem i z nimi skończę" - mówił. Nie było wielu zmian, rotacji składem. Nie dano nam pograć, a szkoda, bo starsi mogliby wtedy odpocząć. Dla mnie ten turniej wiązał się głównie z kontrolą antydopingową. Po każdym meczu, to mnie losowano do badania - wspomina dziś Jan Beniger. 

Ówczesny napastnik Ruchu Chorzów, obok Romana Ogazy, Henryka Wieczorka czy Henryka Wawrowskiego, był jedną z kilku nowych twarzy w zespole. Zagrał jednak tylko w grupowym meczu z Iranem.  

Z medalem na dyskotekę

- Miałem zastrzeżenia i pretensje, że tak to się potoczyło. Szkoda, że nie dano nam więcej pograć. Może wtedy byłoby inaczej. Zresztą nasz potencjał był taki, że z każdym byliśmy w stanie wygrać. Co do feralnego meczu z NRD, to zlekceważyliśmy rywala. Byliśmy pewni łatwego zwycięstwa. Tak się jednak nie stało. Po przyjeździe do Polski potraktowano nas, jak przegranych, jakbyśmy nie przewieźli żadnego medalu. Teraz taki wynik potraktowano by, jako wielki sukces - podkreśla Beniger, który jeszcze dziś ożywia się na wspomnienie igrzysk w Montrealu. 

- Kto nie był w wiosce olimpijskiej, nie doświadczył tego, jaka tam panuje atmosfera, to nie do końca zdaje sobie sprawę czym są igrzyska. To wspaniała impreza. Idziemy na stołówkę, a tam nasz mistrz w boksie Jerzy Rybicki. Tak poobijany, że nie idzie go poznać. Na zawodach kibicowaliśmy też innym naszym zawodnikom, jak choćby Jackowi Wszole, a na dyskotekę szliśmy w rozpiętych koszulach i z naszymi srebrnymi medalami zawieszonymi na szyi. Wszyscy tak robili. To było coś wspaniałego! Nawiązywały się znajomości, sympatie. Podczas ceremonii wziąłem medal od Niemca i udawałem, że z nim uciekam. Nie chciał się zamienić krążkami - mówi z uśmiechem 64-letni Jan Beniger, który teraz ściska kciuki za powodzenie innych polskich sportowców. 

Kto jest jego faworytem do wygrania dzisiejszego finału? - Brazylia. Nie zdobyła jeszcze nigdy złotego medalu, a w składzie ma kilku niezłych zawodników z Neymarem na czele. Coś też grają podczas tego turnieju - podkreśla srebrny medalista z Montrealu. 

Autor: Michał Zichlarz

Dowiedz się więcej na temat: Kazimierz Górski | Piotr Mowlik | Jan Tomaszewski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje