Reklama

Reklama

Tajemnice Złotej Piłki. Wszystko, co chcielibyście o niej wiedzieć, a nie macie kogo zapytać

Wspaniałe triumfy, ale też bratobójcze pojedynki, zaskakujące rozstrzygnięcia i wielkie rozczarowania - w ciągu 62 lat historia Złotej Piłki dostarczała emocji nie mniejszych niż te na boisku. Rozstrzygnięcia plebiscytu zawsze były przedmiotem ostrych dysput, a nawet… ślepej furii niezadowolonych gwiazd. Wiele z tych opowieści jest nieznanych, więc przed dzisiejszym ogłoszeniem zwycięzcy zapraszamy w podróż za kulisy najbardziej pożądanej nagrody indywidualnej w świecie futbolu. Tam, gdzie nie ma reflektorów.

Złota Piłka to nagroda coraz mniej prestiżowa i nie zawsze "sprawiedliwa", również na dalszych miejscach? Takie głosy nieraz pojawiały się w ostatnich latach. Ale nie wierzcie tym gwiazdom, które twierdzą, że nie przywiązują wagi do zajętego miejsca. To nieprawda.

Do historii przejdzie już pewnie słynne stwierdzenie Roberta Lewandowskiego, który swoją 16. pozycję przed dwoma laty (po tym, jak został mistrzem i królem strzelców z Bayernem, a z kadrą doszedł do ćwierćfinału Euro) określił mianem "kabaretu". Od lat nikt ze światowej czołówki nie pozwolił sobie na bardziej sarkastyczne, publiczne skomentowanie wyników Złotej Piłki. Polak nie jest jednak jedynym graczem z Bawarii, któremu decyzja jury bardzo się nie spodobała. Thomas Mueller, wspierany przez klub, uznał, że brak redakcyjnej nominacji do "30" najlepszych jest wystarczającym powodem, aby zacząć z "France Football" zimną wojnę. Wszelkie podchody do rozmowy kończyły się zdecydowanym "nein".

Reklama

Główka Zidane'a. A nawet dwie. Żegnaj Złota Piłko!

Najciekawsze są jednak te historie, które niemal na ostatniej prostej doprowadziły do zmiany, wydawałoby się, pewnego laureata. W ostatnich dwóch dekadach zdarzyło się tak dwa razy. Gdy w roku 2000 Zinedine Zidane poprowadził Francuzów do mistrzostwa Europy, będąc w całym turnieju mocniejszym punktem drużyny niż nawet w wygranym dwa lata wcześniej mundialu, druga Złota Piłka stała przed nim otworem. A jednak jedna chwila słabości wpłynęła na głosy jurorów (podobnie jak sześć lat później na mundialu). "Zizou" pozbawił się szans na zwycięstwo, gdy pod koniec października stracił panowanie nad sobą i uderzył głową piłkarza HSV Kientza w mało znaczącym meczu Ligi Mistrzów. Skąd wiadomo, że ten gest zaważył na wynikach? Nazwisko Zidane'a nie pojawiło się w ogóle na ośmiu listach z oddanymi głosami, ale przede wszystkich około dziesięciu jurorów, którzy wskazali Francuza wśród pięciu najlepszych, otwarcie opatrzyło swoje typy komentarzem, że jego miejsce jest niższe niż byłoby bez epizodu w meczu z Hamburgiem. Ostatecznie Luis Figo wygrał 18 punktami.

O ile Zidane przegrał nagrodę w ostatniej chwili, Cristiano Ronaldo w 2013 roku przechylił szalę zwycięstwa z Messim dosłownie rzutem na taśmę. Mimo tego, że w lidze Barcelona osiągnęła 15-punktową przewagę nad Realem (obydwie ekipy odpadły w półfinale Ligi Mistrzów), a Argentyńczyk zdobył 12 goli więcej od Portugalczyka, języczkiem u wagi okazały się... baraże do mundialu. Ronaldo strzelił Szwedom cztery gole, dając głosującym kluczowe argumenty.

Zaciętych pojedynków do ostatniej chwili było dużo więcej. Gdy w 1956 roku Stanley Matthews jako pierwszy zasiadał w panteonie gwiazd, od Alfredo Di Stefano, opromienionego zwycięstwem z Reims w nowo utworzonym Pucharze Europy, dzieliły go zaledwie trzy punkty. Nie będzie nadmiernym nadużyciem, jeśli napiszemy, że w tym inauguracyjnym plebiscycie 41-letni wówczas (!) Brytyjczyk wygrał ze względu na zasługi niż osiągnięcia w danym roku. Bo czymże było wicemistrzostwo Anglii przy Pucharze Mistrzów Di Stefano?

Jacques Ferran, jedyny żyjący jeszcze pomysłodawca Złotej Piłki, przyznaje, że na jury niewątpliwie wpłynął Gabriel Hanot, szef działu piłkarskiego w L'Equipe i jeden z głównych autorów France Football. Często jeździł na Wyspy, widział Matthewsa w akcji, co więcej - opisywał go jako "genialnego klauna, Charliego Chaplina futbolu". Wobec nowej fali znakomitych zawodników Realu Madryt, trzeba było się spieszyć, aby jeszcze uhonorować Anglika... Takie były kulisy wyłonienia pierwszego laureata. Choć związana z tym historia też jest niecodzienna. Ogłoszenie wyników w świątecznym wydaniu wcale nie wiązało się z publikacją zdjęcia zwycięzcy na okładce. Lakoniczna informacja o wygranej Brytyjczyka pojawiła się zaledwie w dolnym rogu. Jedyny raz w historii.

Inne czasy, inne zwyczaje. Nikt nie wyobrażał sobie, że nagroda zyska taki prestiż.

Holenderska dominacja z... Milanem w tle

W początkowych latach wyróżnienie nie wiązało się z żadnymi dodatkowymi profitami. W 1961 roku Omar Sivori skarżył się, że finansowo nic nie zyskał, bo chwilę wcześniej przedłużył kontrakt, a o kolejnych negocjacjach z Juventusem nie było mowy.

Niecodzienna rywalizacja towarzyszyła rozstrzygnięciom w 1966 roku, w którym Anglicy wygrali mistrzostwa świata u siebie, ale wielką gwiazdą był król strzelców Eusebio (triumfator już przed rokiem), doprowadzając Portugalię do trzeciego miejsca. Złotą Piłkę przegrał z Bobbym Charltonem... jednym punktem. Co ciekawe, angielski dziennikarz, który podawał swoje typy, widział w najlepszej piątce trzech rodaków (Balla, Moore'a i Hursta), ale nie sira Bobby'ego!

Do prawdziwie bratobójczej walki doszło sześć lat później. Po zwycięstwie Niemców w Euro'72 Franz Beckenbauer, Gerd Muller i Gunter Netzer byli naturalnymi kandydatami do otrzymania wartościowej statuetki. Ostatecznie "Cesarz" wyprzedził rodaków dwoma punktami! Zresztą, to był pierwszy przypadek, gdy na podium znalazło się dwóch zawodników ex aequo, a przede wszystkim - gdy wszystkie trzy miejsca przypadły w udziale piłkarzom z jednej drużyny narodowej. Koledzy i rywale ze "squadra azzurra" - Gianni Rivera i Luigi Riva - też walczyli zacięcie w 1969 roku, ten pierwszy zyskał tylko cztery punkty więcej.

Niemcy jeszcze raz sprywatyzowali całe podium Złotej Piłki, choć różnice punktowe były już znaczne - w 1981 roku Karl-Heinz Rummenigge wyraźnie wygrał z Paulem Breitnerem, który z kolei nie dał szans Berndowi Schusterowi. Do podobnej kategorii, zwycięzców z jednej drużyny, trzeba zaliczyć trójkę graczy Milanu i Barcelony. W 1989 roku za Marco van Bastenem znaleźli się Franco Baresi i Frank Rijkaard, w 2010 - za Messim Andres Iniesta i Xavi.

Jednak absolutnie niezwykły wyczyn, najpewniej już nie do powtórzenia, zdarzył się w roku 1988. Marco van Basten, Ruud Gullit i Frank Rijkaard nie tylko razem wygrali Euro z Holandią, ale też byli najlepsi w Serie A w barwach Milanu. Jedyna taka trójka w dwóch wielkich drużynach.

Pretensje Platiniego i nagroda w... Muzeum Figur Woskowych

Zupełnie osobna historia to wydarzenia z roku 1977. Allan Simonsen, Kevin Keegan i Michel Platini walczyli jak równy z równym, a wszystko rozstrzygnęło się w dość nieprzyjemnej atmosferze. Wygrał Duńczyk (74 pkt) przed Anglikiem (71) i Francuzem (70). Problem w tym, że Platini nie mógł tego wybaczyć dziennikarzom FF, miał im za złe, że oddając głos na końcu (czyli znając wcześniejsze typy) nie umieścili go na pierwszym miejscu, co - jego zdaniem - pozwoliłoby mu wyprzedzić Simonsena. Jacques Ferran odbijał piłeczkę, że i tak nie zmieniłoby to wyników, bo przewaga Duńczyka była zbyt duża. Faktem jest, że przez długie lata relacje Platiniego z France Football były niezwykle chłodne. Nawet wówczas, gdy później trzykrotnie z rzędu (1983-85) jako pierwszy w historii zdobywał trofeum.

Co więcej, zażyczył sobie wtedy, aby Złota Piłka za rok 1984 została mu przyznana w słynnym Musee Grevin, na tle jego woskowej figury. Stało się według życzeń, ale... dopiero w kwietniu 1985. Trochę potajemnie, bez fanfar i bez... podziękowań. Zresztą, ten triumf Platiniego przeszedł do historii także z innego powodu. To był znakomity okres dla Francuza. Został mistrzem Włoch, najlepszym snajperem Serie A, zdobywcą starego dobrego Pucharu Zdobywców Pucharów, ale nade wszystko był kapitanem mistrzów Europy i strzelcem dziewięciu goli na tym turnieju w zaledwie pięciu meczach. Wszystkie te osiągnięcia - a szczególnie ostatnie, niespotykane - znalazły odbicie w wynikach Złotej Piłki. 128 punktów na 130 możliwych! Takiej dominacji nie było ani wcześniej, ani później, choć van Basten w 1988 był naprawdę blisko (129 pkt na 135). Platini tylko dla dwóch jurorów, z Portugalii i ze Szwajcarii, nie zasłużył na pierwsze miejsce, znajdując pogromców odpowiednio w... Ianie Rushu i Jeanie Tiganie.

Tutaj żadnej niespodzianki być nie mogło, ale w całej historii ich nie brakowało. W jaki sposób Luis Suarez (nie, nie ten...) nie wygrał z Denisem Lawem edycji 1964, gdy miał na koncie Puchar Mistrzów z Interem, Puchar Interkontynentalny oraz mistrzostwo Europy z Hiszpanią? To jedna z największych kontrowersji. Tym bardziej, że Law był dwa razy zawieszany na prawie miesiąc z powodów dyscyplinarnych i nie został nawet wybrany najlepszym Szkotem tamtego roku. Wytłumaczeniem - trochę naciąganym, to prawda - mogła być chęć "ukarania" przez jurorów catenaccio, defensywnej gry mediolańczyków pod wodzą "Maga" Helenio Herrery, a jednocześnie podkreślenie odrodzenia "Czerwonych Diabłów" po katastrofie lotniczej sprzed sześciu lat. Law był tego symbolem. Jak pisał wówczas "FF", Szkot stanowił "atrakcję numer jeden brytyjskiego futbolu. Jego obecność przyciągała dodatkowo 5000 widzów, a średnia na stadionie Manchesteru United, największa na Wyspach, podniosła się do 49 000, co było najlepszym wynikiem w historii klubu".

Faktem jest jednak, że sam Law nie rozumiał tego wyboru. "Siedziałem w domu, kiedy dowiedziałem się, że zdobyłem Złotą Piłkę. Na początku nie wierzyłem. Jak to możliwe? Ktoś musiał  popełnić błąd, źle policzyć... Byłem młody, miałem 24 lata, jeszcze nic nie osiągnąłem w piłce" - mówił szczerze Law.

Di Stefano wykluczony z rywalizacji!

Wiele kontrowersji wywołała też nagroda dla Kevina Keegana w 1978 roku. Anglik wygrał tylko dzięki dobrej grze w Hamburgu, choć nie brał udziału w największej sportowej imprezie roku - w argentyńskim mundialu! Sytuacja absolutnie unikalna, związana oczywiście z tym, że do 1995 roku premiowani byli jedynie gracze europejscy. Trzeci w kolejności, Holender Rob Rensenbrink skarżył się otwarcie po latach: - Już w 1976 roku uznawałem drugie miejsce za Beckenbauerem za niesprawiedliwe. W 1978 też bardziej zasługiwałem na Złotą Piłkę niż Keegan.

Tymczasem inny bohater tamtych mistrzostw, król strzelców Mario Kempes wygrałby pewnie w cuglach, gdyby tylko regulamin na to pozwalał. Tak jak wcześniej Pele, a później Maradona, którzy nie mogli być brani pod uwagę.

Zresztą, warto przypomnieć też inną perełkę regulaminową. W edycji 1958, wygranej przez Raymonda Kopę (to jedyny laureat polskiego pochodzenia), zwraca uwagę poważna absencja. Alfredo Di Stefano nie zagrał wprawdzie na szwedzkim mundialu, tak jak na żadnym innym, ale był kluczowym graczem Realu, który zdobył Puchar Mistrzów trzeci raz z rzędu (w finale z Milanem strzelił bardzo ważną, wyrównującą bramkę). Mimo to nie ma go wśród 26 cytowanych w tamtym roku zawodników. Jako zwycięzca poprzedniej edycji nie mógł bowiem ubiegać się o ponowny triumf. Taka zasada przetrwała jeden rok, a Di Stefano po raz drugi wygrał w... 1959 roku.

Oprócz gwiazd południowoamerykańskich, wśród triumfatorów Złotej Piłki brakuje niewątpliwie jednego nazwiska - Ferenca Puscasa. Węgier urodził się odrobinę za wcześnie (albo nagrodę wymyślono o kilka lat za późno), ale brakło mu również trochę szczęścia. Dzisiaj takie osiągnięcie jak cztery gole w finale Ligi Mistrzów automatycznie wywindowałoby go na sam szczyt, jednak w 1960 roku nawet to nie wystarczyło. Poczwórne trafienie w ciągu 26 minut w starciu z Eintrachtem w decydującym meczu Pucharu Europy okazało się za słabe przy osiągnięciu Luisa Suareza, który drugi raz z rzędu został mistrzem Hiszpanii z Barceloną, przerywając serię Realu.

Niemało szczęścia miał też wiele lat później Leo Messi. Gdy na lata 2010-2015 do France Football przyłączyła się FIFA, tworząc jedną nagrodę zamiast dwóch, Argentyńczyk ewidentnie skorzystał w pierwszej "wspólnej" edycji. Zasady bowiem diametralnie się zmieniały - głosowali nie tylko dziennikarze, jak dotychczas, ale również selekcjonerzy i kapitanowie drużyn narodowych. To dało mu wygraną w 2010 roku, bo gdyby głosowano po staremu wygrałby Sneijder przed Iniestą i Xavim. Podobne rozczarowanie jak Holender przeżył trzy lata później Franck Ribery, też na czele stawki według korespondentów FF. Dla Francuza był to ogromny cios, po którym długo nie mógł się podnieść.

Pytanie, które rozwaliło system: "A kiedy trzeba oddać tę nagrodę?"

Kilka niespodziewanych sytuacji było też w momencie przekazywania laureatom szczęśliwej wiadomości. Pavel Nedved zatrzymany dyskretnie po wyjeździe z treningu w pierwszej chwili myślał, że to żart zrobiony przez kolegę z Juventusu Ciro Ferrarę, Marco Van Basten od razu zaznaczył wysłannikowi FF, że na zdjęcia w domu nie ma szans, a w ogóle to nie ma czasu na dłuższą rozmowę niż 20 minut. Michael Owen nie do końca zdawał sobie sprawę z ważności nagrody, pomocny okazał się jego trener w Liverpoolu Gerard Houllier, ale bardziej wyborna była reakcja mamy angielskiego 22-latka. - A kiedy trzeba oddać tę nagrodę? - pytała dziennikarzy FF.

Dwa razy statuetka była przyznawana podwójnie. Lotharowi Matthaeusowi, bo ją... zgubił. George Best też, ale w tym przypadku odbyło się to pośmiertnie. Wyróżnienie odebrał jego syn Cullum. To też jedyny taki przypadek.

Przypomnijmy jeszcze jak Cristiano Ronaldo, podróżujący razem z sir Aleksem Fergusonem, mógł spóźnić się na odebranie swojej pierwszej nagrody (w 2008 roku), gdy ceremonia odbywała się na żywo w popularnym niedzielnym programie Telefoot. Z powodu mgły musieli lądować w Roissy, a nie w Bourget i wpadli do studia już po rozpoczęciu programu... Portugalczykowi tak spodobała się ta nagroda, że potem była jednym z motorów napędowych jego wyjątkowej kariery.

Zresztą, nie tylko jego. Lew Jaszyn, jedyny bramkarz w panteonie gwiazd przyznawał po latach, że po mundialu'62, gdy uznano go głównym winnym porażki radzieckiej ekipy, miał ochotę skończyć z futbolem. Ale znakomity mecz rok później na Wembley w drużynie FIFA przeciwko Anglii, a nade wszystkim zdobyta Złota Piłka dodała mu energii, aby przedłużyć karierę o osiem lat!

Czyli jednak nagroda France Football ma swoją wymowę.

Zawsze miała.

Remigiusz Półtorak

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL