Szpakowski na ostrym zakręcie. Pobierał 600 zł. Teraz odsłania kulisy koszmaru
Dariusz Szpakowski to kawał historii Telewizji Polskiej. Przez ponad cztery dekady pracy w niej zasłużył na miano legendy mikrofonu. Jego zawodowy szlak bywał jednak kręty i ciernisty. W 2002 roku "Szpak" znalazł się w matni. Został odsunięty od stanowiska komentatorskiego na kilkanaście miesięcy. O tym, z jak wielką szamotał się wówczas traumą, opowiada szczerze w wydanej właśnie autobiografii.

Tuż po finałach World Cup 2002 Dariusz Szpakowski wyjechał z rodziną na wakacje. Siły regenerował w Juracie, korzystając z nadmorskiego klimatu. To tam dopadła go wiadomość, która okazała się zawodowym koszmarem.
Odebrał telefon od jednego ze znajomych z poleceniem, by natychmiast zajrzeć do najnowszego numeru "Gazety Wyborczej". Zamieszczono w niej wywiad z nowym szefem sportu w TVP, Januszem Basałajem. Wymowa materiału była klarowna: kończy się era Szpakowskiego.
Dariusz Szpakowski na aucie. Kilkanaście miesięcy udręki. "Daj mi żyć"
Legendarny komentator wkrótce rzeczywiście został odsunięty od mikrofonu. Nie usłyszał powodów takiego ruchu. Nie zwolniono go oficjalnie, trwał w zawieszeniu, w nieznośnym niebycie. Długich kilkanaście miesięcy.
O emocjach, jakie towarzyszyły mu w tamtych dniach, opowiada szczerze w wydanej pod koniec października autobiografii pt. "Wita państwa Dariusz Szpakowski", spisanej przez Przemysława Rudzkiego.
"Mam 600 złotych gołej pensji, podstawy. A my dopiero co postawiliśmy dom, pakując w niego oszczędności życia. W obecnej sytuacji nie mamy go nawet za co wykończyć, choćby po to, żeby komuś wynająć" - wspomina Szpakowski.
"Znajomi pomagają, jak tylko mogą: załatwiają mi różne chałtury, żebym miał z czego żyć. Szybko się orientuję, na kogo można liczyć w trudnych chwilach, a kto ogląda się jedynie na siebie" - czytamy dalej.
W tym czasie jego miejsce zajął red. Basałaj, który wcześniej - jak czytamy - miał przekonywać kierownictwo publicznego nadawcy, że dzięki pożegnaniu Szpakowskiego "stacja zyska wizerunkowo".
Legendarny komentator, mający już wtedy na koncie pięć skomentowanych mundiali, próbował walczyć o odzyskanie pozycji. Spotkanie twarzą w twarz z Basałajem nie przyniosło jednak rezultatu.
To fragment rozdziału zatytułowanego "Zawodowa śmierć":
"- Janusz, tej piłki jest naprawdę dużo. Wystarczy dla nas wszystkich. Daj mi żyć.
Ale on prowadzi podwójną grę. Odsyła mnie do prezesa, którego sekretarka powtarza jak mantrę: - Niech pan tutaj nie przychodzi, bo prezes pana i tak nie przyjmie".
Co ciekawe, kilka lat wcześniej Szpakowski otrzymał propozycję pokierowania redakcją sportową Canal+. Odmówił wówczas grzecznie. Ale chciał pomóc. Zaproponował trzech innych kandydatów. Wskazanymi przez niego byli Andrzej Person, Zdzisław Ambroziak i... Janusz Basałaj. Ten ostatni dostał posadę.
Szpakowski drugiej szansy już nie dostał. Kiedy w TVP z dnia na dzień stał się niepotrzebny, zdesperowany próbował zmienić pracodawcę. Zderzył się jednak za ścianą.
"Dzwonię do Eurosportu. Słyszę jednak, że dostali odgórne polecenie, żeby mnie nie przyjmować. Próbuję skontaktować się z Canal+. 'Szpaka nie bierzemy'. Jakby ktoś postanowił, że uśmierci mnie zawodowo. Nie umiem tego inaczej odebrać" - wspomina 74-letni dzisiaj sprawozdawca.
Na antenę wrócił dopiero wiosną 2004 roku, po zmianie władz TVP. Jego udrękę zakończył Jan Dworak, który na stanowisku prezesa zarządu zastąpił Roberta Kwiatkowskiego. Później nikt nigdy nie wpadł już na pomysł, by Szpakowskiego odsuwać na boczny tor.
Dzisiaj zagadką pozostaje jedynie, czy usłyszymy niepodrabialny głos również przy okazji przyszłorocznego mundialu w USA, Meksyku i Kanadzie. Katar miał być ostatnim czempionatem w karierze. Ale coraz trudniej w to uwierzyć również bohaterowi tej historii.













