Stan wrzenia w "przedwczesnym finale". Kontuzja Bednarka, później fatalny błąd w polu karnym. Lizbona eksplodowała
Po niezwykle emocjonującej batalii z Benfiką gracze FC Porto zdołali dotrzeć do półfinału tegorocznej edycji Taca de Portugal. Tam czekało na nich kolejne, piekielnie ciężkie zadanie. Na ich drodze stanął bowiem Sporting Lizbona, a więc jednak z niewielu ekip z krajowego podwórka, która w tym sezonie może realnie konkurować ze "Smokami". Dwumecz między tymi ekipami rozpoczął się od bardzo brutalnego spotkania, zakończonego wynikiem 1:0. O losach pierwszego z dwóch półfinałowych starć zdecydował bowiem rzut karny. Na boisku pojawili się wszyscy "Biało-czerwoni" gracze, choć swój występ przedwcześnie zakończyć musiał Jan Bednarek.

FC Porto jest obecnie najlepiej dysponowaną ze wszystkich portugalskich ekip. Drużyna ta zajmuje 1. miejsce w ligowej tabeli, a jej przewaga nad wiceliderem wynosi 4 "oczka". Dotychczas w ligowych rozgrywkach wykręciła ona imponujący bilans: 21 zwycięstw, 2 remisów oraz 1 porażki.
Niemniej, mecze pucharowe bardzo często rządzą się swoimi prawami. "Smoki" przekonały się o tym, kiedy to w ćwierćfinale przyszło im się zmierzyć z odwiecznym rywalem - Benfiką. "O Claasico" zakończyło się wówczas minimalnym zwycięstwem FC Porto, a największym bohaterem tego meczu został Jan Bednarek.
Gol Polaka otworzył FC Porto drogę do półfinałowego starcia, w którym to "Smoki" trafiły na Sporting Lizbona. Dwumecz między tymi ekipami spokojnie można określić mianem przedwczesnego finału pucharowych rozgrywek.
Brutalna gra w pierwszej połowie hitu. Ucierpiał nawet Bednarek
W wyjściowym składzie FC Porto znalazł się tego dnia jedynie Jan Bednarek. Jakub Kiwior i Oskar Pietuszewski rozpoczęli natomiast mecz na ławce rezerwowych.
Do pierwszej spornej sytuacji doszło już w 3. minucie. Wówczas Alberto Costa znalazł się w polu karnym Sportingu. Chciał przyjąć górną piłkę, jednak został uprzedzony przez golkipera rywali. Mimo upadku defensora Porto, arbiter uznał, że to on dopuścił się przewinienia.
W 8. minucie wspomniany wcześniej Costa upadł na murawę, sygnalizując ból. Chwilę później przy poszkodowanym pojawiła się ekipa medyczna, która sprawdziła, czy piłkarz FC Porto jest zdolny do gry. Na szczęście Portugalczyk mógł powrócić na plac boju.
Po pierwszym kwadransie ciężko było wskazać jednoznacznego faworyta tej rywalizacji. Obydwie ekipy miały swoje okazje, lecz w kluczowych momentach najczęściej zawodziło wykończenie.
W miarę upływu czasu nie zmieniała się natomiast jedna rzecz - poziom agresji zawodników. Wiele starć kończyło się bolesnymi zderzeniami. Niestety, tego typu sytuacja nie ominęła również Jana Bednarka. W 25. minucie polski defensor padł na murawę po kontakcie z rywalem. W tym przypadku również wymagana była interwencja służb medycznych. Polak powrócił do gry, a chwilę później na murawę padł jeden z jego kolegów - Pepe. On również był w stanie kontynuować grę. To przewinienie przelało jednak czarę goryczy. Arbiter postanowił ukarać żółtym kartonikiem Geny'ego Catamo.
Niestety, tuż przed końcem regulaminowego czasu pierwszej połowy znów mogliśmy obserwować cierpienie Jana Bednarka. Polak znów podniósł się o własnych siłach, jednak tym razem trener postanowił dokonać zmiany. Miejsce swojego rodaka zajął Jakub Kiwior.
Ilość przerw w grze spowodowała, że sędzia doliczył aż 10 minut do pierwszej połowy. W tym czasie doszło do ostrej wrzawy po faulu, który omal nie zakończył się czerwonym kartonikiem dla Alberto Costy. Ostatecznie defensor ustrzegł się drugiego napomnienia, skutkującego wyrzuceniem z gry. Żółtą kartkę dostał natomiast Morten Hjulmand, który zbyt żywiołowo domagał się ukarania obrońcy Porto. Brutalna gra nie przełożyła się jednak na otwarcie wyniku spotkania. Do przerwy na tablicy wciąż widniał bezbramkowy remis.
Rzut karny odmienił losy pierwszego półfinału. Nie pomógł nawet Pietuszewski
Druga połowa rozpoczęła się od fenomenalnego uderzenia Alana Vareli. Piłka zmierzała wprost w światło bramki, jednak ostatecznie odbiła się od słupka. Rotacja sprawiła jednak, że futbolówka powróciła na plac gry. Był to jednak spory sygnał ostrzegawczy dla nieco rozkojarzonej defensywy Sportingu. Nieustępliwość po obu stronach ponownie spowodowała festiwal fauli, choć w tej połowie zwarcia były już nieco łagodniejsze.
W 59. minucie doszło jednak do prawdziwego przełomu. Sporting przeprowadził niezwykle składną akcję, w której nie udało im się jednak wykorzystać stuprocentowej sytuacji. Futbolówkę dobijać próbował jeszcze Hjulmand, lecz przeszkodził mu w tym Seko Fofana. Piłkarz FC Porto przekroczył jednak przepisy, a co gorsza, zrobił to we własnym polu karnym. Sędzia nie miał innego wyjścia - musiał podyktować rzut karny. Ten na bramkę zamienił natomiast Luis Suarez.
W okolicy 70. minuty Francesco Farioli postanowił sięgnąć po Oskara Pietuszewskiego, w którym upatrywał możliwości odwrócenia losów rywalizacji. Nastolatek z kraju nad Wisłą od samego początku dwoił się i troił, jednak defensywa gospodarzy była przygotowana na popisy młodego gwiazdora rywali. Ostatnie minuty meczu przypominały natomiast prawdziwe bicie głową w mur. Zawodnicy FC Porto próbowali bowiem wszystkiego, aby doprowadzić do wyrównania stanu rywalizacji. Po pięciu doliczonych minutach wyrok był jednak jasny - Sporting Lizbona zwyciężył pierwszy półfinałowy mecz Taca de Portugal wynikiem 1:0.
To jednak nie koniec przygody "Smoków" w zmaganiach krajowego trofeum. FC Porto będzie miało bowiem okazję odwrócić los rywalizacji w rewanżu, który odbędzie się już 22 kwietnia.












