Reklama

Reklama

Skąd oni się biorą? Zwariowani prezesi klubów piłkarskich

Wsiadł na białego konia, przeparadował przez Madryt i wykąpał się w jacuzzi wypełnionym szampanem. Nie, on nie zwariował. On po prostu był właścicielem mistrza Hiszpanii, który miał władzę, pieniądze i fioła na punkcie futbolu. A takich jak Jesus Gil w świecie piłki było znacznie więcej. Np. Silvio Berlusconi z Milanu życzył swym piłkarzom śmierci!

Na podstawie życia byłego prezesa Atletico Madryt, można nakręcić film gangstersko-dramatyczny z wątkami komediowymi. No bo jak poważnie traktować człowieka, który zaprasza dziennikarzy do siebie na wywiad i udziela go siedząc w jacuzzi wypełnionym szampanem i kręcącymi się wokół modelkami?

"Mam nadzieje, że moi piłkarze się rozbiją"

Reklama

Często się uśmiechał, brał życie jak żart, ale do formy żartu - często niesmacznego - potrafił sprowadzić wszystkich wokół. Gdy jego piłkarze przegrali mecz, Gil mówił dziennikarzom, że ma nadzieję, iż samolot z nimi na pokładzie zaraz roztrzaska się o ziemię.

Jeszcze trudniej mieli z nim trenerzy, których zwalniał w przerwie meczu lub podczas audycji radiowej, w której był gościem. Do szkoleniowców zresztą zbytnio się nie przywiązywał, bo w ciągu sześciu lat wymienił... 19, czyli jeden pracował średnio mniej niż cztery miesiące.

Gil w futbolu działał i tak mniej kontrowersyjnie niż w biznesie. Dzięki łapówkom wykupywał całe miasta, stawiał ogromne apartamentowce, walczył o władzę. A jak ktoś już mu się dobrał do skóry, to na chwilę lądował w więzieniu, by szybko się z niego wywinąć.

Kibice Atletico zapamiętają go jednak za 1996 rok, bo dzięki jego pieniądzom drużyna po 19 latach zdobyła mistrzostwo Hiszpanii, a do tego dołożyła jeszcze puchar. Gil wziął oba trofea w ręce, wsiadł na białego konia, przeparadował przez Madryt, a na końcu wykąpał się w fontannie.

Prezes z loży masońskiej

Aż tak ekscentryczny nie był Silvio Berlusconi, były właściciel włoskiego AC Milan. Pompował w klub wielkie pieniądze, stworzył z niego europejskiego hegemona, ale ciągnęły się za nim też gierki polityczne (był nawet premierem Włoch) i obyczajowe. Więcej - ekscentryczny Włoch był nawet członkiem loży masońskiej!

W końcu okazało się, że emocje na boisku to było dla Berlusconi za mało, więc głośno zrobiło się o imprezach w jego willi w towarzystwie kobiet, które nazywano "Bunga-bunga".

Gdy jego była żona na tej podstawie wniosła o rozwód, Berlusconi musiał płacić jej... dwa miliony euro alimentów miesięcznie!

Kas Bin Ladenów w Premier League

Berlusconiego stać było na wiele, podobnie jak Abdullaha bin Musa’ada bin Abdul Aziza, który został właścicielem angielskiego Sheffield United. Tyle że pieniądze saudyjskiego księcia pochodziły z mocno kontrowersyjnego źródła, a mianowicie od rodziny Bin Ladenów.

To właśnie krewni jednego z najbardziej znanych terrorystów naszych czasów pożyczyli mu pieniądze na zakup klubu. Co więcej, książę nie próbował tego nawet ukrywać, a każdemu, kto źle mówił o jego kontrowersyjnych przyjaciołach, był w stanie wydłubać oczy.

- To dobra rodzina - mówił o krewnych zamachowca na World Trade Center. - Zazwyczaj jestem tolerancyjny, ale gdy mówi się źle o rodzinie Bin Laden, czuję się urażony - dodał Abdullah.

Prezes z wykształceniem gimnazjalnym

W polskiej piłce aż takich oryginałów nie było, ale tylko w ostatnich latach wokół Ekstraklasy kręcili się ludzie szemranego pochodzenia. Choćby Jakub M., który w nie do końca jasny dziś sposób owinął sobie wokół palca ważnych ludzi i przejął od Tele-Foniki Wisłę Kraków.

Szkopuł w tym, że M. to lawirant, jakich mało. Podrobił nawet świadectwo ukończenia szkoły średniej, by dostać się na studia. A to oznacza, że właścicielem 13-krotnego mistrza Polski był człowiek z wykształceniem... gimnazjalnym!

Później była sprawa o wyłudzanie podatku VAT, pranie brudnych pieniędzy, działalność w grupie przestępczej i kradzieże. Im dalej dziennikarze grzebali, tym bardziej byli przerażeni. Nie ma się jednak co dziwić, skoro mówimy o człowieku, którego maksyma życiowa brzmi: "Życie jest jak rower - nie kręcisz, nie jedziesz".

M. w końcu oddał udziały w Wiśle, ale trafiły one w jeszcze gorsze ręce, bo zarząd z tamtych czasów ma już zarzuty wyprowadzenia z klubu milionów złotych. Ci sami ludzie na odchodne próbowali jeszcze wsadzić na stołek prezesa tajemniczego Vannę Ly, inwestora z Kambodży, o którym legend powstało więcej niż o smoku wawelskim, a na końcu okazał się on i tak podstawionym przebierańcem.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje