Reklama

Reklama

Sergio Levinsky: Kopciuszki spoza Europy dają radę w światowej piłce

​Statystyki są jednoznaczne: odkąd Klubowe Mistrzostwa Świata są organizowane przez FIFA, w dwunastu przypadkach na piętnaście edycji, konkurencję wygrały europejskie kluby (tylko w 2005, 2006 i 2012 wygrały drużyny z Ameryki Pd.). Z roku na rok zwiększa się też różnica w wielkości budżetów, jakimi dysponują jedne i drugie zespoły. Do niedawna można by odnieść wrażenie, że maleją szanse na poważną rywalizację - pisze w swym najnowszym felietonie Sergio Levinsky.

W ostatnich KMŚ, które rozegrano w Katarze, stało się coś odwrotnego. Tak w półfinale z Rayados de Monterrey (Meksyk), a przede wszystkim w finale z Flamengo (Brazylia), wielki  Liverpool Juergena Kloppa - aktualny zwycięzca Champions League i lider Premier League, który w 18 meczach tego sezonu stracił punkty tylko przez jeden remis, miał ogromne problemy z pokonaniem tego egzotycznego przeciwnika. Między innymi dlatego, że Brazylijczycy grali w zupełnie inny sposób niż Europejczycy. Po raz kolejny wróciła debata: dokąd zmierza elitarny, światowe futbol?

Reklama

Klopp, jeden z najlepszych trenerów świata (po wielkich sukcesach w Borussii Dortmund, doprowadził Liverpool do trzech finałów europejskich, dwóch Ligi Mistrzów i jednego finału Ligi Europejskiej), w Katarze, aroganckim tonem,  pozwolił sobie na stwierdzenie, że nigdy dotąd nie widział meczu rozgrywanego przez Rayados de Monterrey, rywali Liverpoolu w półfinale i że bardziej zależało mu na Pucharze Ligi Angielskiej niż na Klubowych Mistrzostwach Świata, ale musiał wypełnić zobowiązania.

Jednak Klopp szybko zdał sobie sprawę, że z nieznanym przeciwnikiem nie poradzi sobie, wystawiając tylko rezerwowych zawodników, mimo że to jego drużyna dominowała na boisku. I szala przeważyła na rzecz Liverpoolu dopiero, kiedy na murawie pojawili się niemal wszyscy członkowie pierwszego składu (bez Virgila van Dijka i Georginia Wijnalduma). W finale zaś dopiero dogrywka meczu zdecydowała o zwycięstwie "The Reds", którzy po raz pierwszy w historii klubu wygrali to właśnie trofeum.

Zarówno Rayados, jak przede wszystkim Flamengo, zagrali mecze na najwyższym poziomie, dostosowując się do klasy rywala. Przebieg tych spotkań zachęca do analizy, czy rzeczywiście drużyny europejskie i południowoamerykańskie dzieli tak duża różnica jak się powszechnie uważa. Podczas rozgrywek poprzedniego formatu Pucharu Interkontynentalnego między 1960 a 2004 drużyny Ameryki Południowej wygrały 22 razy a europejskie - 21 razy. Układ sił zmienił się dopiero w ostatniej dekadzie, kiedy to Boca Juniors z Argentyny wygrali dwa razy, resztę zaś - zespoły ze Starego Kontynentu.

Nic nie dzieje się przez przypadek: w 1995 roku zaczęto wprowadzać w życie prawo Bosmana, ponadto europejskie kluby zostały zwolnione z klauzul ograniczających zatrudnianie obcokrajowców z paszportami UE. Dochodziło do sytuacji - przykładami są Inter Mediolan albo Arsenal Londyn, w których w skład drużyn wchodzili wyłącznie piłkarze urodzeni w innych krajach.

Jeśli dodamy, że prawo do wolnego transferu objęło także zawodników Afryki i Ameryki Południowej z paszportami europejskimi, różnica między składami klubów z Europy i innych kontynentów stawała się coraz większa. Co widać było w rozgrywkach Klubowych Mistrzostw Świata od 2005, kiedy to bardzo wzrosły budżety europejskich klubów i wyemigrowali do nich najważniejsi gracze Ameryki Południowej.

FIFA powiadomiła już, że w 2021 roku Klubowe Mistrzostwa Świata, które będą odbywać się co cztery lata, zostaną rozegrana między 24 zespołami w Chinach. Sposób klasyfikacji do turnieju budzi jednak polemikę. Powiadomiono bowiem, że w turnieju będą mogły wziąć udział również drużyny uczestniczące w Lidze Europejskiej i Pucharze Ameryki Południowym (jej odpowiedniku za oceanem) - czyli zespoły, które w tabelach ligowych zajmują czwarte, piąte i szóste miejsca, czyli nie tylko te, które mają najwięcej zasług na swoim koncie i awansowały do Champions League czy Copa Libertadores (Pucharu Wyzwolicieli Ameryki) - najważniejszych turniejach na obu kontynentach. Bez wątpienia to one mają większe szanse na wygranie Mistrzostw i to ich klubami rządzi wszechwładny marketing.

Coraz częściej można zaobserwować, że za decyzjami FIFA nie stoi sportowa logika tylko czysta komercja i uleganie presji możnych i wpływowych.

Jeśli większą siłę mają wielkie ligi narodowe, dzięki sile TV i innych sponsorów albo wsparciu gospodarek ich zamożnych krajów, teraz FIFA “studiuje" możliwość, żeby ligi dwóch albo trzech krajów mogły się połączyć i wspólnie uczestniczyć w rozgrywkach.

Narodowe Federacje UEFA, pod presją Europejskiego Stowarzyszenia Klubów (ECA), wyraziły zgodę na powstanie trzeciego turnieju europejskiego - Ligi Narodów UEFA, aby zawodnicy nie musieli ulegać “wirusowi FIFA" i rozgrywać na całym świecie towarzyskich spotkań. FIFA nie chce teraz dyskutować, czy siła najpotężniejszych klubów świata jest większa od reprezentacji ich krajów, tylko szuka sposobu na przywłaszczenie sobie Ligi Światowej, która obejmie wszystkie reprezentacje na planecie. A wszystko opiera na stwierdzeniu “jest jak jest", bez próby debatowania nad bardziej sprawiedliwymi rozwiązaniami albo szukaniem sposobów na zmniejszenie ogromnych, istniejących różnic.

Mimo tego wszystkiego i pod niewątpliwym przywództwem w Europie i na świecie Liverpoolu, wciąż istnieją kluby takie jak Rayados czy Flamengo, które - mając niższej budżety dzielnie walczą z potęgami i udowadniają, że mają równe szanse, tak jak to się stało w Katarze. Szczęśliwie nikomu nie udało się dotąd zmienić podstawowej reguły gry: po gwizdku rozpoczynającym mecz, na murawie mierzy się ze sobą jedenastu przeciwko jedenastu zawodników.

Sergio Levinsky

Dowiedz się więcej na temat: Juergen Klopp | Flamengo Rio de Janeiro | Liverpool FC

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje