Reklama

Reklama

Rumunia - Jugosławia 4-6 w el. MŚ'78. Niezwykły mecz w Bukareszcie

Wieczór przed meczem goście spędzili w cyrku, ale to i tak nic w porównaniu z tym, co czekało ich na boisku. Jak to w bałkańskim kotle sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie. 43 lata temu odbyło się niezwykłe spotkanie eliminacji MŚ Rumunia - Jugosławia.

Kiedyś było inaczej. Do eliminacji piłkarskich MŚ`78 w Argentynie w strefie europejskiej zgłosiło się ledwie 31 państw. Broniący tytułu Niemcy z Zachodu kwalifikowali się automatycznie, a każda z cztero lub trzyzespołowych grup była właściwie tzw. grupą śmierci. Z każdej z nich do argentyńskich finałów, przysypanych tonami confetti, miała awansować zaledwie jedna drużyna. Dodatkowo zwycięzca ostatniej z grup, tej nr 9 (Węgry, ZSRR, Grecja), by zagrać w mundialu, musiał w barażu pokonać zespół południowoamerykański.

Grupa 8

Reklama

Bardzo ciekawie zapowiadała się rywalizacja w grupie nr 8, do której los przydzielił Hiszpanię, Rumunię i Jugosławię. Ci ostatni świeżo przeżyli klęskę u siebie na Euro, gdzie zajęli miejsce tuż za podium. Byłby to sukces, gdyby nie to, że startowały... cztery zespoły. Hiszpanie nie byli taką siłą, jaką stali się w XXI wieku. Wówczas na o wiele wyższym poziomie grały ich drużyny klubowe. Co prawda reprezentacja Hiszpanii wygrała kadłubowe ME w roku 1964, jednak spośród dziesięciu wcześniej rozegranych mundiali, miała na koncie udział jedynie w czterech (1934, 50, 62, 66).

Z kolei Rumunia brała udział we wszystkich trzech mundialach przedwojennych (w tym inauguracyjnym w Urugwaju w 1930 r., na który dopłynęła statkiem razem z reprezentacjami Belgii i Francji), a potem dopiero w roku 1970.

Mundialowe kwalifikacje zaczęły się w październiku 1976 w Sewilli, gdzie na ogromny Ramon Sanchez Pizjuán przybyło ledwie 19 tysięcy widzów, by oglądać w akcji gospodarzy i Jugosłowian. Skończyło się zgodnie z przewidywaniami (Hiszpanie nigdy nie przegrali tu meczu), a spotkanie rozstrzygnął w 86. minucie, urodzony w afrykańskiej Ceucie Pirri, skutecznie egzekwując rzut karny.

Potem Rumunia pokonała w Bukareszcie Hiszpanię 1-0 po samobójczej bramce Benito w 6. minucie. Następnie w Dzień Zwycięstwa, 8 maja w Zagrzebiu, Jugosławia uległa Rumunii 0-2 po golu m.in. generała (przez większą część kariery zawodniczej służył wiernie swojej armii, broniąc barw wojskowej Steauy Bukareszt, więc okazji do awansów nie brakowało) Anghela Iordanescu i na półmetku sytuacja prezentowała się następująco:

1. Rumunia 4 3-0

2. Hiszpania 2 1-1

3. Jugosławia 0  0-3

Ekscentryk nad Tamizą

Jugosłowiańscy włodarze, widząc sytuację w tabeli, stracili cierpliwość i Ivana Toplaka zastąpił trenerski triumwirat: Marko Valok/Stevan Vitolić/Gojko Zec. Z kadrą pożegnali się piłkarze stanowiący przez lata o jej sile: Branko Oblak, Dragan Dzajići Josip Katalinski. Prawdziwa rewolucja.

Jak pisałem kiedyś Towarzysz Tito wręcz zachęcał do wyjazdów za granicę, wiedząc, że "Jugol" na obczyźnie będzie do kraju przysyłał pieniądze, które zostaną wydane w ojczyźnie. Zaskakujące, że wielu ówczesnych reprezentantów Jugosławii wylądowała nad Tamizą.

Najbardziej ekscentrycznym z jugosłowiańskich graczy w ojczyźnie futbolu był bez wątpienia bramkarz Petar Borota. Serb często we własnym polu karnym stosował drybling (!), lub gdy miał wybijać piłkę, najpierw odbijał ją o własną poprzeczkę. Kilka razy został zaskoczony przez napastników, którzy wyprowadzającego piłkę Borotę, zachodzili od tyłu i strzelali do "pustaka". Tak było, gdy jego Partizan grał w pucharowym meczu z Dreźnie, podobnie w derbach ze Zvezdą na zaśnieżonym stadionie JNA (Jugosłowiańskiej Narodnej Armii).

Wreszcie Borota, w marcu 1979 roku, za 70 tysięcy funtów został sprzedany do Chelsea, która inaczej niż dziś, broniła się przed spadkiem. W debiucie jugosłowiański bramkarz zaimponował i wybronił bezbramkowy remis z Liverpoolem, ale potem londyńczycy wciąż przegrywali i ostatecznie spadli z ligi. Mimo to Borota został wybrany najlepszym graczem Chelsea w roku 1981. Został również kapitanem drużyny i idolem kibiców.

4-6

Po tym przydługim wstępie zmierzamy do sedna i niezwykłego meczu Rumunia - Jugosławia w Bukareszcie. Goście wystawili skład zestawiony jedynie z graczy kopiących piłkę w kraju, w którym ujęli tylko dwóch piłkarzy obecnych podczas majowej porażki w Zagrzebiu. Jugosłowianie nie spodziewali się sukcesu, wieczór przed meczem spędzili relaksując się i oglądając przedstawienie cyrkowe.

Cyrk dział się również nazajutrz na boisku. Borota, grając jeden z zaledwie czterech meczów w reprezentacji, nawet nie interweniował, dał się zaskoczyć już w 2. minucie po strzale z dystansu w wykonaniu Iosifa Vigu. Przed upływem dziesiątej minuty mogło być nawet 4-0, ale jak to Bałkanach sytuacja nagle zmieniła się i to diametralnie. To "Plavi" wyszli na prowadzenie zaledwie kwadrans później. Najpierw do wyrównania doprowadził 22-letni Safet Susić, a zaraz potem swą jedyną bramkę w reprezentacji zdobył Drazen Muzinić.

Trzy lata później menedżer Norwich, John Bond zapłacił za Muzinicia rekordowe wtedy dla “Kanarków" 300 tysięcy funtów. Mimo zatrudnienia tłumacza, który podczas meczu przekazywał mu wskazówki, Muzinicowi szło jak po grudzie. Aż wreszcie kolega klubowy Justin Fashanu wypalił: "Nie kupiliśmy Muzinicia, a chyba jakiegoś mleczarza".

Wróćmy do meczu Rumunia-Jugosławia. Defensywa gości nie popisała się, bo na przerwę to Rumuni schodzili z prowadzeniem 3-2, po golach, które, po trafieniu Vigu, dorzucili chyba najbardziej znani członkowie tamtego zespołu: Iordanescu i Laszlo Boloni. Ten drugi, jak nazwisko wskazuje, był Węgrem z pochodzenia, prawie całą karierę spędził w ASA Targu Mureș (po węgiersku: Marosvasarhely), u jej schyłku dla Steauy nie trafił karnego w finale Pucharu Europy 1986.

Na początku drugiej połowy znów Susić wziął sprawy w swoje ręce, a właściwie nogi. Najpierw kiwnął kilku obrońców i umieścił piłkę w siatce, by potem dystansowym, płaskim strzałem wyprowadzić swoją drużynę na prowadzenie 4-3 i skompletować hat-trick. Dla publiczności to było jak trzęsienie ziemi, podobne do tego, które przeżyli mieszkańcy Bukaresztu w marcu 1977 roku.

To jednak nie był koniec emocji. Cios szedł za cios! Dudu Georgescu (zdobywca ponad 200 goli dla Dinama Bukareszt, czterokrotny król strzelców ligi rumuńskiej z rzędu w latach 1975-78 i dwukrotny zdobywca "Złotego Buta") głową doprowadził do wyrównania. Rumuni musieli wygrać, by liczyć się w walce o awans.


Nie udało się. Po bramkach Aleksandara Trifunovicia i Zorana Filpovicia (urodzony w Titogradzie, dziś Podgoricy, prawnik, wychował m.in. Nemanję Vidicia i prowadził Czarnogórę, gdy graliśmy z nią w eliminacjach MŚ 2014) to goście wyjeżdżali zwycięscy i z nadzieją na awans do Argentyny. Świadkiem niezwykłego widowiska był selekcjoner "Albicelestes" Cesar Luis Menotti.

- To był najbardziej szalony mecz w jakim grałem - mówił jugosłowiański obrońca Nenad Stojković. Rozegrał ponad 500 spotkań w lidze rodzimej i francuskiej oraz ponad 30 w kadrze. Wie co mówi.

Po meczu w Bukareszcie tabela przedstawiała się następująco:

1. Hiszpania 3 4 3-1

2. Rumunia 4 4 7-8

3. Jugosławia 3 2 6-7

13.11.1977 r., Stadion Ghencea w Bukareszcie, widzów: 35.000

Rumunia - Jugosławia 4-6 (3-2)

Bramki: Vigu 2, lordanescu 40, Boloni 43, Georgescu 68 - Susić 18, 56, 63, Muzinić 18, Trifunović 78, Filipović 84.

Rumunia: Moraru (Steaua) - Cheran (Dinamo), Satmareanu (Dinamo) (46’ Dobrau (Dinamo), Sames (Steaua), Vigu (Steaua) - Dumitru (Steaua) - (65’ Romila (Poli Iasi), Boloni (Targu Mures), Iordanescu (Steaua) - Crisan (Univ. Craiova), Dudu Georgescu (Dinamo), Zamfir (Steaua). Trener: Stefan Covaci / Stefan Kovacs.

Jugosławia: Borota (Partizan) - Boljat (Hajduk), Stojković (Partizan), Muzinic (Hajduk), Hatunic (Partizan) - Nikolic (Crvena zvezda) (60’ Zajec (Dinamo Zagrzeb), Trifunović (Partizan) Susic (FK Sarajewo), Filipović (Crven zvezda), Surjak (Hajduk) - Zungul (Hajduk) (60’ Vukotic (Partizan). Trenerzy: Marko Valok/Stevan Vitolic/Gojko Zec.

Co było potem?

W ostatnim meczu grupowym Jugosławia potrzebowała dwubramkowego zwycięstwa z Hiszpanią na belgradzkiej Marakanie, by pojechać na mundial do Argentyny.  Rywale mieli ze sobą rachunki do wyrównania - zagrali w barażu o udział w poprzednich mistrzostwach w roku 1974. Wtedy we Frankfurcie Jugosławia wygrała 1-0. Teraz było odwrotnie. "Plavi" przegrali 0-1, po bramce w 71. minucie urodzonego w Argentynie Rubena Cano, i to podopieczni Ladislao Kubali pojechali do Argentyny.

Po tej przegranej jugosłowiańska komisja selekcjonerska została rozwiązana, a drużynę prowadził już samodzielnie Stevan Vitolić. Poprowadził zespół w dwóch meczach towarzyskich. W jednym z nich, z Włochami, jako zmiennik zagrał Petar Borota.


Po zakończeniu kariery Borota nie spoczął na laurach. Zarabiał na życie, malując abstrakcyjne obrazy (!?), chwalone nawet przez krytyków (!). Aż trafił do więzienia, gdy okazało się, że obrazy, które - jak zapewniał - malował, w rzeczywistości okazały się skradzione (!). Mieszkał i zmarł w Genui (pomocną rękę wyciągnął do niego trener Sampdorii, Vujadin Boskov).

Maciej Słomiński



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje