Reklama

Reklama

Rozbili Wisłę i Legię, dziś kopią w A klasie, czyli historia Górnika Wałbrzych

21 czerwca 1989 roku Górnik Wałbrzych opuścił Ekstraklasę. Nie wrócił do niej do dziś. Absolutny beniaminek był liderem jesieni, potem wszystko się posypało - Krzysztof Truszczyński mówi Interii o latach 80. Górnika Wałbrzych.

Maciej Słomiński, Interia: Zastałem pana w Wałbrzychu, ale miejsce urodzenia to Lidzbark Warmiński.

Krzysztof Truszczyński, były zawodnik Górnika Wałbrzych: - Moja sytuacja była podobna jak trenera Michniewicza. Mama wybrała się w wakacyjną podróż, dlatego urodziłem się na Warmii. Gdy miałem miesiąc wróciłem do Wałbrzycha.

Jaki był Wałbrzych pana młodości? Skupialiście się na szukania słynnego złotego pociągu?

- Moim zdaniem to bzdury. Po zajęciu Dolnego Śląska Armia Czerwona torturowała pojmanych Niemców, by coś z nich wyciągnąć. Szukali wszędzie, z okien Zamku Książ leciały książki, meble, wszystko. Gdyby ktoś coś wiedział, powiedziałby wtedy.

Reklama

Nie wszyscy byli mieszkańcy wyjechali od razu z tzw. "ziem odzyskanych".

- Jeszcze kilkanaście lat po wojnie zdarzało się spotykać Niemców. Kopalnie musiały pracować, a Polacy początkowo nie mieli kompetencji, by nimi kierować. Zostało wielu dotychczasowych zarządców.

Ostatnio robiłem wywiad o spadku z ligi warszawskiej Gwardii w 1983 roku (więcej TUTAJ!). Jej miejsce w I lidze zajął Górnik Wałbrzych.

- Gdy wróciłem do Wałbrzycha z gdańskiego Stoczniowca (więcej TUTAJ!) w 1980 roku nie było tu niczego. Włodek Ciołek i Henryk Janikowski (ojciec znanego zawodnika futbolu amerykańskiego, Sebastiana) poszli do Stali Mielec, Marek Pięta do Widzewa. Zaczynał dopiero młodziutki Leszek Kosowski. Z sezonu na sezon szło nam lepiej, wreszcie nasze pukanie do bram Ekstraklasy w 1983 roku zostało wysłuchane.

Czy awans do I ligi przełożyło się to na grubość portfela?

- Po awansie dostaliśmy wreszcie kontrakty. Kopalnie sypnęły groszem. Właściwie jedynym istotnym wzmocnieniem sportowym był powrót Ciołka z Mielca.

Co wam dodawali do jedzenia, że Górnik Wałbrzych, absolutny beniaminek na jesień gromił wszystkich i został mistrzem półmetka?

- Jeśli byśmy nie awansowali do I ligi, wielu z nich by w niej zagrało. Kosowski miał ofertę z Widzewa, ja z Górnika Zabrze i Lecha Poznań. Awansując do Ekstraklasy, mieliśmy zespół niesamowicie zgrany i na nią gotowy.

Jego gwiazdą był medalista mundialu, wspomniany Włodzimierz Ciołek.

- Postawił warunek, że jak w Wałbrzychu będzie liga, to wraca. Znałem się z nim od dzieciaka, wspólnie zdobywaliśmy mistrzostwo Polski juniorów. On W Górniku grał na "10", ja za jego plecami na "8". Rozumieliśmy się bez słów, starczyło spojrzenie.

W jednym z meczów na jesień Włodzimierz Ciołek strzelił cztery (!) bramki Wiśle Kraków. Wygraliście 5-1 z "Białą Gwiazdą".

- Wbrew pozorom ten mecz był wyrównany. Goście prowadzili 1-0 po bramce Andrzeja Iwana i nie zapowiadało się, że przegrają. Dwa karne Ciołka sprawiły, że Iwan po meczu sędziowanym przez sędziego Karolaka z Łodzi, gdy zobaczył auto na łódzkich blachach wziął nóż z restauracji i przebił Karolakowi wszystkie opony (śmiech). Z Legią wygraliśmy 4-1, a Włodek z wolnego dał "po widłach". To był piłkarski geniusz, mimo ledwie 167 centymetrów lewą nogą potrafił wiązać krawaty. Do dziś na orliku jest najlepszy.

Który z meczów był dla pana najbardziej pamiętnym tamtej jesieni?

- 3-0 na wyjeździe ze Śląskiem, w derbach regionu. Wałbrzych był zawsze w cieniu Wrocławia, a tu taki szok! Za nami pojechało 10 tysięcy wałbrzyszan!

Na wasze mecze na obiekt na Nowym Mieście chodziły tysiące widzów. Mówiło się o 30 tysiącach, ale mogło być nawet o dziesięć tysięcy więcej.

- Tego nie dało się policzyć, nie było kołowrotków, część wchodziła bokiem, na lewo. Działacze trochę tą frekwencją manipulowali, zaniżali ją. O to były nieporozumienia.

Byliście gwiazdami?

- Wiele dało się załatwić. Oczywiście Ciołek był gwiazdą najjaśniejszą. Kiedyś stojąc o kulach, czekał na przystanku na autobus. Z kontuzjowaną kończyną nie mógł prowadzić auta. Przejeżdżający milicyjny radiowóz, widząc, kto kwitnie na przystanku, odwiózł go do domu.

Co się stało zimą, że z pozycji lidera spadliście na zaledwie szóste miejsce na finiszu.

- Fatalne przygotowania. Byłem z Leszkiem Kosowskim na zgrupowaniu kadry olimpijskiej pod Akropolem. Tam trenowaliśmy najlżej w życiu, 40 minut i koniec. Przyjechaliśmy do Wałbrzycha, a tu pół metra śniegu. No nic, to jedziemy na obóz do Świnoujścia. A tam wszystko na klucz zamknięte. Działaczom nie w smak był nasz sukces, świeżo musieli zapłacić koszykarzom premie za mistrzostwo. W efekcie w 60. minucie meczów na wiosnę modliliśmy się o remis.

Na pocieszenie, Włodzimierz Ciołek został królem strzelców z 14 golami.

- Rzadko się zdarza by pomocnik zakładał strzelecką koronę. Po Włodku, z pomocników królem strzelców był Leszek Iwanicki z Motoru, a potem, wiele lat później, Adam Kompała z Zabrza. 

Z roku na rok zajmowaliście coraz niższe miejsca, ale i tak przez trzy sezonu dzierżyliście palmę pierwszeństwa na Dolnym Śląsku.

- No tak, ale co jest dzisiaj? Zagłębie Lubin i Śląsk Wrocław postawiły na szkolenie młodzieży, a my jesteśmy w A klasie. Szkoda gadać.

W 1988 roku Górnik cudem utrzymał się po barażach z Zagłębiem Lubin. Rok później ratunku nie było - ostatnie miejsce w lidze. Do dziś Wałbrzych nawet nie zbliżył się do Ekstraklasy.

- Odszedł Ciołek, zastąpił go Robert Warzycha. Gdy ten po górniczej linii poszedł do Zabrza, nie miał go kto zastąpić. Od początku widziałem, że Warzycha będzie grał w kadrze, chociaż był niezdyscyplinowany na boisku, kiwał się z całym światem. Przychodzili do nas piłkarze, którzy nie powinni grać w III lidze, a grali w I.

Pana spadek ominął, bo rok przed spadkiem zakończył pan granie.

- Niestety, kontuzja stawu skokowego. Kopalnie miały swoje problemy, zmniejszały finansowanie, waliła się komuna, kibiców coraz mniej, Górnik przestał kogokolwiek obchodzić. Transformacja przyniosła brak oświetlenia ulic, to kto by myślał o piłce?

A jak jest dziś?

- Górnik gra w A klasie na starym stadionie na Nowym Mieście. Gdy przymknie się w oczy można się przenieść w czasie.

Przez chwilę była w Wałbrzychu II liga.

- Kolos na glinianych nogach. W większości grali sprowadzeni z zewnątrz zawodnicy, skończyła się kasa, zniknęli jak kamfora. Klub został z 800 tysięcy złotych długu.

Może jest dla Górnika i Wałbrzycha jakiś promyk nadziei? 21 czerwca 1989 roku, gdy Górnik spadał z ligi, ostatnie, jak się wydawało, mistrzostwo dla Śląska zdobywał Ruch Chorzów. W poprzednim roku ta klątwa została przełamana i Piast Gliwice odzyskał tytuł dla górniczego regionu.  

- Wracają do ligi koszykarze, może wrócą i piłkarze? Mamy bardzo dobrego prezydenta, Roman Szełemej sprawił, że miasto wygląda inaczej niż kiedyś. Zaraz będziemy mieli obwodnicę. Może i na powrót Górnika do wielkiej piłki przyjdzie czas? Myśmy w latach 80. przetarli szlak. Czas na następców.

Rozmawiał Maciej Słomiński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne