Reklama

Reklama

Rio Mavuba. Niezwykłe losy chłopca z wojennej Angoli

Ta historia miała prawo nie wydarzyć się nigdy. Ale jednak tamtej nocy, 8 marca 1984 roku, wszystko działo się naprawdę. Było ciemno i przeraźliwie zimno. Pierwszy krzyk rozdarł ciszę gdzieś na Atlantyku, na zachód od wybrzeża Afryki. Płakał nowo narodzony chłopiec. Dzisiaj znany jako Rio Mavuba.

 "W Angoli, tak jak w innych krajach Afryki, jest bardzo dużo różnych nacji, różnych etnicznych ugrupowań, plemion itd. Był to jeden z powodów wybuchu wojny domowej. Rozpoczęła się walka, chaotyczna, bezwzględna, która przeraziła całą Europę. Kiedy wszyscy uciekali z Angoli, ja tam pojechałem. Były tam takie sytuacje, że człowiek właściwie wiedział, że nie będzie już żył. I każdego dnia mówiło się z ulgą: - O, jeszcze jeden dzień z życia mam za sobą, jeszcze jeden mnie czeka. Ale już nie więcej...".

O wyprawie do trawionej ogniem wojny Angoli pisał w ten sposób Ryszard Kapuściński. Bratobójcze walki wybuchły tam w 1975 roku i trwały ponad ćwierć wieku. Wedle szacunków ONZ 1,8 mln ludzi musiało opuścić swoje domy. A działania wojenne na zawsze zmieniły życie 4 mln osób. Jedną z nich był Rio Antonio Zoba Mavuba, syn Angolki.

Reklama

W wielkim sekrecie

- Tak naprawdę nigdy nie chciałem znać tej historii - mówi dzisiaj Rio Mavuba. - Wiem tylko, że urodziłem się na statku, który pewnej nocy w wielkim sekrecie wyruszył w rejs z zachodniego wybrzeża Afryki.

Ziemią obiecaną miała się okazać Francja. Wraz z rodziną i innymi uciekinierami dotarł do portu w Marsylii. Tam wyrobiono mu pierwszy dokument tożsamości. Z jedną niespotykaną adnotacją: "Born at sea". Urodzony na morzu.

To dobra kobieta była

Zamieszkali w Bordeaux, niemal 100 kilometrów od brzegu Atlantyku.

- Na początku wszystko układało się dobrze - wspomina Rio. - Było tam wiele różnych narodowości, głównie ludzie z krajów Afryki południowej. Miasto było otwarte dla obcokrajowców i chętnie ich przyjmowało. Ale kiedy miałem dwa lata, umarła moja mama. Mój ojciec ponownie się ożenił. Mnie i moje liczne rodzeństwo wychowywała macocha.

To musiała być dobra kobieta. Wzięła pod opiekę w sumie dwanaścioro dzieci. Rio nie pamięta, jak matka układała go do snu. Kiedy nieco dorósł, wieczorami do łóżka zabierał piłkę i zasypiał przy niej. Przy tej samej, za którą biegał przez cały dzień.

Najlepsi z dzielnicy

- W piłkę graliśmy na osiedlu codziennie - pamięta Jean Mavuba, jego o cztery lata starszy brat. - A co niedzielę organizowaliśmy mecze z udziałem najlepszych chłopaków z dzielnicy. Rio koniecznie chciał grać z nami. Tłumaczyłem mu, że jest sporo młodszy i może stać mu się krzywda. Ale on nie chciał tego słuchać. Powiedziałem mu w końcu: "Ok, ostrzegałem cię. Inni nie będą dla ciebie grzeczni tylko dlatego, że jesteś mniejszy. Możesz zagrać, ale nie przychodź potem do mnie płakać".

Różnica wieku nie była jednak dla Rio żadnym problemem. Nie bał się gry kontaktowej i radził sobie w twardych starciach z silniejszymi przeciwnikami.

Kres chłopięcych lat

Kiedy miał 12 lat, został sierotą. Po długiej chorobie zmarł jego ociec Ricky, który kiedyś też był piłkarzem. Z reprezentacją Zairu pojechał nawet na mundial do RFN w 1974 roku.

Śmierć taty zabiła w dorastającym Rio chłopca. Musiał szybciej stać się mężczyzną. Żeby poradzić sobie z kolejnym ciosem od losu, poświęcił się piłce bez reszty.

- Od początku prezentował wyższy poziom od swoich rówieśników - opowiada Fabrice Duluc, który jako opiekun grup młodzieżowych Mavubę juniora prowadził w Girondins Bordeaux przez cztery lata. - Trudno było nie dostrzec jego boiskowej inteligencji. Wiedział, jak się ustawić, żeby skutecznie zaatakować i był zawsze tam, gdzie trzeba było bronić. Kiedy do nas przyszedł, właściwie poza zasadami gry nie musieliśmy go niczego uczyć.

Mijały lata, a Rio zyskiwał coraz większy szacunek w oczach trenerów i klubowych partnerów. Wiedział, że debiut w Ligue 1 to tylko kwestia czasu. Doczekał się tego w sezonie 2003/04 jako 19-latek. We francuskiej elicie grał łącznie przez 14 lat, nie licząc półrocznego epizodu w hiszpańskiej Primera Division w trykocie Villarreal FC. Najwięcej ligowych występów - aż 282 - zaliczył dla Lille OSC. Nie zdumiewa fakt, że zapracował tam na rangę kapitana zespołu.

- Ojciec nauczył nas, żeby nigdy się nie poddawać - wspomina Jean. - Rio zawsze miał mentalność zwycięzcy. Zaciskał pięść i brnął przed siebie. Wiedziałem, że jeżeli komuś z nas się uda, to właśnie jemu.

Tak długo był... nikim

Mógł wybrać grę dla drużyny narodowej Angoli lub Demokratycznej Republiki Konga (dawniej Zair). W 2004 roku został jednak powołany do reprezentacji Francji i zdecydował się bronić trójkolorowych barw. Przyznano mu obywatelstwo tego kraju, co oznaczało, że po 20 latach życia przestał być bezpaństwowcem.

Pierwszy mecz w kadrze rozegrał 18 sierpnia 2004 roku przeciwko Bośni i Hercegowinie - w selekcjonerskim debiucie Raymonda Domenecha. Niemal równocześnie zaczął przygodę z francuską młodzieżówką, szybko adoptując na swoje ramię kapitańską opaskę. - Tak, on zawsze miał w sobie to coś - mówi Duluc. - Był po prostu urodzonym liderem...

40 lat później

Na udział z reprezentacją Francji w dużym turnieju czekał 10 długich lat. Selekcjoner Didier Deschamps w 2014 roku zabrał go na mundial do Brazylii. I już w pierwszym meczu grupowym - przeciwko Hondurasowi w Porto Alegre - pozwolił mu zagrać przez 25 minut. Spełnił się tym samym sen Rio. Zawsze marzył o tym, żeby wystąpić w finałach mistrzostw świata - jak jego ojciec. Doświadczył tego dokładnie cztery dekady po nim.

Potem okazało się, że to był ostatni rok jego przygody z kadrą "Tricolores". Zaliczył dla niej w sumie 13 gier. Trzy lata później nieoczekiwanie przeszedł z Lille do Sparty Praga i tam - po rozegraniu jednego sezonu - ogłosił zakończenie kariery. Zaraz potem został ekspertem francuskiej telewizji.

***

Bez piłki nie wytrzymał jednak długo. Ponownie założył dres i stał się zawodnikiem amatorskiego klubiku FCE Marignac-Arlac, występującego na piątym poziomie rozgrywkowym. Namawiany przez przyjaciół wydał biografię, jeszcze raz wracając gdzieś na środek pogrążonego w mroku oceanu...

Łukasz Żurek 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje