Reklama

Reklama

Reprezentant pójdzie w kamasze?

"Po przyjeździe do Łodzi poszedłem do Wojskowej Komendy Uzupełnień i się załamałem. Okazuje się, że ani mój trzyletni kontrakt ze Steauą Bukareszt, ani status reprezentanta kraju, mi nie pomogą i grozi mi wcielenie do wojska" - powiedział w "Przeglądzie Sportowym" Paweł Golański.

"Mijający rok był dla mnie bardzo udany. Przeniosłem się do dobrego klubu, poznałem smak Ligi Mistrzów, Polska awansowała do finałów mistrzostw Europy, gdzie ma fajną grupę. Pewnie, mogłem grać więcej, ale jak zwykle dopadło mnie kilka kontuzji" - stwierdził Golański.

Reklama

"Z wyjazdu do Bukaresztu też jestem zadowolony. Nauczyłem się tam pokory i cierpliwości. W Steaule, nawet po bardzo dobrym meczu, nie jesteś pewien gry w kolejnym. Liczy się każdy trening, na którym musi być walka. Zwłaszcza teraz, gdy Gheorghe Hagiego zmienił Marius Lacatus. Hagi lubił techniczną grę, Lacatus wymaga pełnego zaangażowania. Nie pozwala nawet rozmawiać na treningach czy żalić się po faulu. Tylko praca, praca, praca. Ale ja się cieszę, bo to uczy właściwego podejścia do zajęć. Jeśli wyjadę gdzieś na zachód, nie będę już zaskoczony" - podkreślił.

"Trochę żałuję, że sezon w Rumunii się skończył. Grałem w ostatnich czterech meczach. Chwalono mnie. Milo pożegnał mnie przed świętami Gigi Becali, właściciel klubu. Wcześniej trochę na mnie narzekał, ale potem wraz z moim powrotem do zdrowia coraz lepiej mnie oceniał" - zakończył Golański.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje