Przed samym startem pierwszych w historii rozszerzonych Klubowych Mistrzostw Świata trudno było ocenić, jaki realnie jest ich prestiż i jakie mogą mieć znaczenie w przyszłości. Po tym, co już wydarzyło się na amerykańskich boiskach śmiało można jednak stwierdzić, że żadna drużyna nie przyjechała za ocean, aby potraktować tę imprezę, jak letni turniej towarzyski. Jest wręcz odwrotnie. Po europejskich gigantach widać, jak ważna jest dla nich ta impreza.
Boniek wprost o wydarzeniach ze zjazdu PZPN-u. Tak opisał Kuleszę, mocne słowa
Nie wszyscy będą mogli jednak zagrać o tytuł. W finale są ledwie dwa miejsca, a faworytów do gry o mistrzostwo turnieju było przed startem rywalizacji pięciu. Mowa o: Paris Saint-Germain, Bayernie Monachium, Realu Madryt, Interze Mediolan oraz Manchesterze City. Tych dwóch ostatnich ekip już w USA nie ma, bo niespodziewanie przegrały swoje mecze 1/8 finału. Francuski zespół zmierzy się z niemieckim w walce o półfinał, a Real Madryt zdaje się powoli rozumieć koncepcję gry proponowaną przez Xabiego Alonso.
Real Madryt w ćwierćfinale Klubowych Mistrzostw Świata. Pewny występ Marciniaka
"Królewscy" w fazie grupowej musieli radzić sobie bez jednej ze swoich największych gwiazd, a więc Kyliana Mbappe. Francuz trafił nawet do szpitala, ale szybko z niego wyszedł. Doskonale zastąpił go wychowanek - Gonzalo Garcia. Wicemistrzowie Hiszpanii oprócz nieobecności Mbappe musieli radzić sobie z poważnymi niedoskonałościami w swojej grze, które zostały jeszcze po erze Carlo Ancelottiego. To wszystko przełożyło się na konieczność walki o pierwsze miejsce w ostatnim meczu z RB Salzburg. "Los Blancos" wygrali 3:0 i do 1/8 finału z Juventusem podchodzili w bardzo dobrych nastrojach, już z Mbappe w kadrze meczowej.
Rywalizacja rozpoczęła się dla Realu bardzo nerwowo. Wydawało się, że Vinicius wypracował znakomitą okazję dla Trenta Alexandra-Arnolda, ale Anglik w dogodnej sytuacji stracił piłkę, a Juventus, a konkretnie Randal Kolo Muani fatalnie zmarnował sytuację sam na sam z Thibaut Courtois. To było pierwsze ostrzeżenie od "Starej Damy". W 30. minucie rywalizacji pierwszą naprawdę groźną akcją popisali się "Królewscy".
Nagłe wieści, kolejny "cios" dla Milika. Wielkie rozstanie coraz bliżej
Piłka trafiła pod nogi wbiegającego w pole karne Jude'a Bellinghama. Anglik kopnął w stronę bramki, ale doskonale nogą zainterweniował golkiper Juve. Już w doliczonym czasie gry Michele Di Gregorio ponownie został zatrudniony. Tym razem zrobił to Federico Valverde strzałem z dystansu. Ostatecznie ta część rywalizacji zakończyła się bezbramkowym remisem.
Druga połowa rozpoczęła się od mocnego akcentu. Tym był strzał Fede Valverde z bliska, ale tuż obok słupka bramki Juventusu. Tym razem to "Królewscy" wysłali ostrzeżenie przeciwnikowi. Z każdą kolejną minutą Real podkręcał tempo. Pojawiało się coraz więcej strzałów. Ostatecznie przyniosło to zamierzony efekt już w 54. minucie. Doskonałą wrzutkę w pole karne "Juve" posłał Trent, a tam najwyżej wyskoczył Gonzalo Garcia i głową wykończył akcję, otwierając wynik meczu.
Od tego momentu ataki Realu jeszcze bardziej się nasiliły, ale momentami wręcz wybitnie zachowywał się bramkarz Juventusu, który na etapie 78. minuty miał na swoim koncie aż dziewięć skutecznych parad i wiele z nich było naprawdę wybitnych, takich, których nie powstydziłby się nawet Wojciech Szczęsny, którego Włoch jest następcą. Bramkarz zwykle jednak gola nie strzeli, co potwierdziło się w tej sytuacji. Juventus najlepsze okazje na bramkę w tym spotkaniu miał na początku pierwszej połowy. W drugiej na boisku panowali piłkarze Alonso, którzy wygrali 1:0 i w nocy polskiego czasu dowiedzą się, z kim powalczą o półfinał.












