Reklama

Reklama

Real - Barcelona: Wojna dopiero się zaczyna

Piłkarze Villarreal byli zdumieni, gdy zobaczyli skalę tragedii, jaką był dla ich rywali z Realu remis na El Madrigal. Nawet oni nie mieli świadomości, że najlepszy trener świata i jego piłkarze stoją przed wyzwaniem swojego życia?

Nie wiem, czy 22-letni John McEnroe mógł czuć się podobnie, kiedy w 1981 roku stawał na przeciwko Bjoerna Borga? Szwed wygrał pięć poprzednich finałów Wimbledonu, był w światowym tenisie hegemonem i kandydatem na gracza wszech czasów. A może podobnie czuli się wcześni rywale Mike Tysona, który zmiatał ich z ringu w pierwszych rundach? Porównanie do amerykańskiego zabijaki jest dla drużyny Pepa Guardioli niezbyt zaszczytne, oddaje może jednak skalę trudności przy pokonaniu jej. Kiedyś to z pewnością nastąpi, Mourinho, Ronaldo i spółka chcieliby jednak tu i teraz.

Reklama

"Zachowywali się jakby przegrali finał Champions League" - wyznał jeden z graczy Villarreal, kiedy Pepe, Ronaldo, Ramos biegali po zakamarkach El Madrigal wrzeszcząc o złodziejstwie, którego dopuścił się sędzia. Gospodarze opowiadali, że rozwścieczeni gracze z Madrytu wtargnęli do ich szatni, by wykrzyczeć im swoją krzywdę w twarz. Omal nie doszło do ogólnej bijatyki: padły oskarżenia i przekleństwa. "Wyglądało, jakby ten remis był dla nich jakąś życiową tragedią" - powiedział jeden z graczy Villarreal.

W odwieczną rolę Barcelony wciela się Real

Ciekawe, że nawet rywale z Primera Division nie bardzo zdają sobie sprawę, jak bardzo Mourinho i jego piłkarzom dopiekła katalońska dominacja. Jeszcze nigdy w historii Real Madryt nie żył w tak głębokim kompleksie swojego rywala. Częściej to Barca płakała po porażkach i atakowała sędziów opowiadając o spiskach. Teraz w odwieczną rolę Katalończyków wcielają się "Królewscy".

A przecież szczęście było już tak blisko. Po ubiegłym roku, gdy Mourinho z Ronaldo znów musieli patrzeć jak Leo Messi i jego kumple zgarniają wszystkie najważniejsze trofea. Nastał rok 2012, zdawało się przełomowy. Kiedy przewaga Realu w lidze wzrosła do 10 pkt, klub z Madrytu zaczął oddychać spokojnie, oddechem zwycięzców. Mourinho zdawał się być tylko o krok od zrealizowania życiowego marzenia. Z tak trudnym jak zdetronizowanie Katalończyków jeszcze się nie spotkał. Nawet, gdy w 2004 roku wygrywał Champions League z niedocenianym Porto, ani gdy w 2010 pokonywał Guardiolę w półfinale, by potem sięgnąć z Interem po główne trofeum.

Sprawa tytułu mistrzowskiego ciągle otwarta

Skala rozpaczy i frustracji po remisie w Vila-Real jest miarą ambicji i pragnienia, jakim żyją "Królewscy", by "dopaść" Katalończyków. Sześć punktów przewagi to wciąż dużo, wciąż Real zależy od siebie, a Barca musi liczyć na jego potknięcia, ale Mourinho bardzo się obawiał chwili, kiedy w wyścigu po mistrzostwo w rywalach odrodzą się nadzieje. Takim odrodzeniem był właśnie remis Realu z Villarreal. Kataloński "Sport" na okładce poinformował czytelników; "Wygramy tę ligę".

Oczywiście radość w Katalonii i frustracja w Madrycie są przedwczesne. Nikt nie powiedział, że Real musi przegrać na Camp Nou, a jeszcze potknąć się w innym meczu. Nikt nie zagwarantuje, że Barca wygra 10 spotkań do końca sezonu. Ale jednak sprawa tytułu, która wyglądała na zamkniętą, znów jest otwarta.

Emocje są skrajne. Skoro najlepszy trener na świecie nazwał "sk..." arbitra meczu z Villarrealem, bo podyktował dyskusyjny rzut wolny przeciw jego drużynie w 82. min gry, to znaczy, że posunie się do wszystkiego. To co stało się w Vila-Real może się więc powtórzyć, także w Lidze Mistrzów. Komu pierwszemu puszczą nerwy Mourinho, czy może jednak Guardioli, który niewątpliwie znalazł się pod presją. W nieoficjalnych rozmowach Pep przyznawał ponoć kilka razy, że taktyka "Mou" atakowania sędziów, przyniosła w tym sezonie wiele pożytku Realowi. Który następny odważy się podyktować wolnego, w końcówce spotkania przy stanie 1-0 dla "Królewskich"?

"Kraść, tylko kraść i kraść"

Spiskową teorię po meczu z Villarreal poparł Guti. Napisał na twitterze, że rozumie Ronaldo, który wykrzykiwał: "kraść, tylko kraść i kraść". Część madryckich mediów też podziela ten pogląd. Zdaniem największego dziennika w Hiszpanii ("Marca") Paradas Romero zasłużył na ocenę zero, w dzienniku ukazały się sugestie, że od dawna sprzyja Barcelonie. To wszystko jest jeszcze jednym dowodem, jak wielkie jest pragnienie przełamania dominacji katalońskiej. Wojna się jeszcze nie skończyła, ona się właściwie dopiero zaczyna. I będzie narastać do Gran Derbi na Camp Nou, a potem może nawet finału Champions League na Allianz Arena. Chyba, że jej kres położą Bayern, Milan, lub Chelsea.

Dyskutuj o artykule z Darkiem Wołowskim

Reklama

Reklama

Reklama