Reklama

Reklama

Raymond Domenech: Zbyt długo byłem selekcjonerem Francji

W 2010 roku Raymond Domenech ze stanowiskiem selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Francji rozstawał się w atmosferze skandalu. W rozmowie z PAP-em 61-letni szkoleniowiec przyznał, że za swój największy błąd uważa pełnienie tej funkcji aż sześć lat.

Domenech reprezentację objął w 2004 roku po nieudanych dla "Trójkolorowych" mistrzostwach Europy w Portugalii. Dwa lata później Francja dotarła do finału mistrzostw świata w Niemczech, w którym po rzutach karnych przegrała z Włochami.

W kolejnych turniejach kadra Domenecha radziła sobie znacznie gorzej. Zarówno w Euro 2008, jak i MŚ 2010 nie zdołała przejść fazy grupowej. W dodatku podczas mundialu w RPA piłkarze zbuntowali się przeciw szkoleniowcowi i odmówili wyjścia na trening. W ten sposób zareagowali na usunięcie z drużyny Nicolasa Anelki, który w przerwie meczu z Meksykiem znieważył w szatni Domenecha.

Reklama

Trener odchodził w niełasce, zajmując wysoką pozycję w rankingu najbardziej nielubianych Francuzów. Odsunął się w cień, ale w końcu przerwał milczenie publikując książkę "Straszliwie sam. Mój dziennik", w której odsłania kulisy swojej selekcjonerskiej pracy.

Polska Agencja Prasowa: Co skłoniło pana do napisania tej książki?

Raymond Domenech: - Przez sześć lat pracy z reprezentacją prowadziłem dziennik. Miałem w komputerze ponad cztery tysiące zapisanych stron, z którymi nie wiedziałem co zrobić. To była taka surowa materia. Później pomyślałem sobie, że inni na mój temat napisali i powiedzieli bardzo dużo. Niektóre rzeczy były nieprecyzyjne, niektóre nieprawdziwe, więc teraz czas na przedstawienie mojej wersji. Po tym wszystkim co się wydarzało musiałem iść dalej. Nie byłem jednak w stanie bez napisania tej książki.

Wyłania się z niej raczej smutny obraz futbolu: zapatrzeni w siebie piłkarze, szukający taniej sensacji dziennikarze.

- Proszę sobie odpowiedzieć na pytanie: dlaczego świat piłki nożnej miałby być inny od pozostałych światów? Świat futbolu jest odzwierciedleniem społeczeństwa. Trudno jest więc oczekiwać, że będą w nim tylko rzeczy pozytywne. Istnieje niepisane prawo zgodnie z którym pewne rzeczy z naszego środowiska nie powinny trafiać do szerokiego odbiorcy. Przyznaję, że pisząc tę książkę przekroczyłem granicę wyznaczoną przez to prawo.

Co jest najtrudniejsze w pracy selekcjonera?

- To, że trzeba zarządzać grupą ludzi, z którymi jednocześnie chcesz się przyjaźnić. Trudno to pogodzić. Trzeba też cały czas kontrolować relacje między poszczególnymi jednostkami, bo nawet zwykłe niedomówienie może urosnąć do niesamowitych rozmiarów. To właśnie brak komunikacji między piłkarzami mocno przyczynił się do tego, co stało się w RPA. Cały czas trzeba trzymać rękę na pulsie. Boisko to nie szachownica, a piłkarze to nie pionki, które po prostu można rozstawić. Każdemu zawodnikowi trzeba przydzielić taką funkcję, którą będzie chciał wykonywać.

Czy pana relacje z dziennikarzami rzeczywiście były aż tak trudne? Może jednak były jakieś wyjątki?

- Niestety nie było. Nawet jeśli prywatnie z którymś się znałem i miałem dobre relacje, to w momencie kiedy ja wracałem do funkcji selekcjonera, a on dziennikarza, to ta relacja stawała się kiepska. Wokół reprezentacji wytworzyła się zła atmosfera i w dodatku wszyscy podążyli za nią owczym pędem. Kiedy w rozmowach z mediami mówię o szkoleniu młodzieży, o rodzicach, którzy wiele poświęcają, aby ich pociechy mogły trenować, to nie wzbudza to ich zainteresowania. Natomiast jeżeli tylko wypowiedziałbym się krytycznie o jakimś piłkarzu to od razu byłoby wielkie bicie piany w mediach. Dlatego trudno jest mi chwalić postępowanie dziennikarzy.

Wiedząc to, co teraz, których piłkarzy nie zabrałby pan na mundial w RPA?

- Myślę, że moje problemy z mediami wynikały też częściowo z tego, że na podobne pytania odpowiadałem w jeden sposób - nie zajmuję się gdybaniem, to strata energii. Albo się coś robi, albo nie. Wybrałem tych, a nie innych piłkarzy, bo uznałem ich wtedy za najlepszych.

Rozumiem, proszę w takim razie powiedzieć, co uważa pan za swój największy błąd w trakcie pracy z reprezentacją?

- To że trwałem na stanowisku sześć lat. Jestem tego pewien. Powinienem był spokojnie pomyśleć o swoim wizerunku. Należało odejść we wrześniu 2006 roku po meczu eliminacyjnym do mistrzostw Europy z Włochami, który wygraliśmy w Paryżu 3-1. Gdybym tak zrobił być może prowadziłbym teraz Real Madryt. Najlepszy moment na odejście, to ten, w którym wszystko świetnie działa. W takich okolicznościach z reprezentacją Niemiec po mundialu w 2006 roku rozstał się Juergen Klinsmann.

Dlaczego pan wtedy nie ustąpił?

- Żeby tak postąpić na pierwszym miejscu trzeba cały czas stawiać swój wizerunek. Wtedy nie przegapi się odpowiedniego momentu. U mnie przeważyła chęć piastowania tego stanowiska i czynienia z reprezentacją kolejnych kroków.

Od pana odejścia minęły trzy lata, ale gra reprezentacji Francji nie uległa poprawie...

- Nic się nie zmieniło, bo wciąż grają ci sami zawodnicy. Czekamy na piłkarzy, którzy będą prezentowali tak wysoki poziom, jak Michel Platini czy Zinedine Zidane.

Czy we Francji w ostatnim czasie poważnie brano pod uwagę możliwość zatrudnienia zagranicznego szkoleniowca?

- Nie, to mało prawdopodobny scenariusz. Zatrudnienie obcokrajowca równałoby się z otwartym ogłoszeniem, że francuscy trenerzy są słabi i się do niczego nie nadają. To byłby cios prosto w twarz dla całego środowiska szkoleniowego.

W Anglii była podobna dyskusja i w końcu zdecydowano się na Szweda Svena-Goerana Erikssona...

- I nie przyniosło to oczekiwanego skutku. Myślę, że podobnie jak we Francji, taki wariant nie przeszedłby również w Hiszpanii i we Włoszech. Portugalczycy łaskawszym okiem patrzą tylko w stronę Brazylijczyków.

W latach 70. sam grał pan w reprezentacji. Jak bardzo zmienił się klimat wokół drużyny narodowej od tamtego czasu?

- Przede wszystkim mieliśmy święty spokój. Nie było wobec nas żadnych oczekiwań, bo nie mieliśmy szans na sukces. Wszystko zaczęło się od lat 80. i generacji Platiniego, a potem nadeszło pokolenie Zidane'a. Narobili społeczeństwu apetytu i teraz wszyscy Francuzi uważają, że powinniśmy tylko wygrywać. Presja jest więc nieporównywalna. W tym czasie nastąpił też olbrzymi rozwój mediów. W moich czasach towarzyszyło nam dziesięciu dziennikarzy, którzy razem z nami podróżowali, jedli obiady, a wieczorami chodziliśmy wspólnie na piwo. Teraz przy reprezentacji akredytuje się 150 dziennikarzy.

Czy ma pan jeszcze jakieś marzenie związane z pracą w futbolu?

- Lubię budować. Bardzo ekscytującym byłoby tworzenie klubu niemal od podstaw, z całą kulturą piłki nożnej, aby on odpowiednio funkcjonował.

Jak Alex Ferguson w Manchesterze United?

- Tak, albo Guy Roux w Auxerre.

Którego z obecnie grających piłkarzy na świecie wyjątkowo pan ceni?

- Przede wszystkim Wayne'a Rooneya. Jest niesamowity, prawdziwy parowóz, lider. Walczy do samego końca na całej długości i szerokości boiska. Nieważne czy jest chory, kontuzjowany, czy martwy. Takie cechy wyjątkowo mi imponują, to dla mnie profil idealnego piłkarza. Serce mi się raduje, gdy widzę jego grę.

Która reprezentacja może się okazać "czarnym koniem" przyszłorocznych mistrzostw świata?

- Być może Kolumbia. Jednak tej reprezentacji już nie raz wróżono taką rolę, a ostatecznie okazywało się, że z Ameryki Południowej i tak liczą się przede wszystkim Brazylia i Argentyna.

Ostatnio dużo się mówi o mundialu w 2022 roku, którego gospodarzem będzie Katar i wysokich temperaturach panujących w tym kraju latem.

- Moim zdaniem nie będzie potrzeby rozgrywania mundialu zimą. Wizytowałem jeden ze stadionów i klimatyzacja działała rewelacyjnie. Temperatura podczas meczów nie będzie więc problemem. Widzę za to inne zagrożenie. W samej Dausze ma być aż sześć stadionów, co oznacza, że do tego miasta zjedzie większość kibiców. Nie jest tajemnicą, że fani różnych reprezentacji lubią ze sobą rywalizować nie tylko przekrzykując się na trybunach.

Rozmawiał Wojciech Kruk-Pielesiak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje