Reklama

Reklama

​Rafał Siemaszko: Wycisnąłem 1000 procent

Kariera Rafała Siemaszko powoli zmierza do kresu, zresztą sam mówi o niej jako o "przygodzie". Niepotrzebna skromność?

Maciej Słomiński, Interia: Co by pan powiedział gdyby dekadę temu usłyszał od kogoś, że będzie miał na koncie Puchar Polski i dwukrotnie Superpuchar?

Reklama

Rafał Siemaszko, zawodnik Sokoła Ostróda: - Gdyby ktoś dekadę temu przewidział co przeżyję, dostałby po głowie za zbyt brutalne wkręcanie mnie i mało śmieszne żarty. Niedawno, do niższej klasy rozgrywek odchodził z Sokoła jeden kolega, na pożegnanie mówiłem mu: zobacz jak się potoczyła moja przygoda z piłką. Rób swoje, nigdy nie wiadomo co szykuje dla nas los.

W Ekstraklasie na dobre zagościł pan koło trzydziestki. Wcześniej, przez jakiś czas łączył pan pracę fizyczną z grą w III-ligowym Orkanie Rumia. 

- Gdy pracowałem na stoczni trener Jarosław Kotas zabierał mnie po drodze z przystanku i te 20-25 minut ładował do głowy, że powinienem postawić tylko na piłkę. Był taki okres wakacyjny, gdy na pewien czas dałem sobie spokój z futbolem w ogóle. Przez miesiąc starałem się zarobić ile mogłem na stoczni, pracowałem po 10-12 godzin dziennie, razem w miesiącu wyszło 310 godzin.

Kiedy zdecydował się pan postawić tylko na futbol?  

- Gdy w Orkanie dorzucili trochę większe pieniądze, takie które wystarczyły na przeżycie miesiąca. Wcześniej po ośmiu godzinach fizycznej, ciężkiej pracy, w domu na szybkości się przebierałem i jechałem na trening. Nie było to łatwe.

Wspomniany trener Kotas jest dziś dyrektorem w II-ligowym Sokole Ostróda, którego jest pan zawodnikiem. Była szansa zostać w Arce Gdynia po spadku z Ekstraklasy?

- W ostatnim sezonie zagrałem ledwie dziewięć razy w lidze. Nie dałem na boisku wielu argumentów. Z drugiej strony na treningu nie byłem gorszy od tych co grali. Gdy przyszedł trener Mamrot rozmawiałem z nim indywidualnie aż 40 minut. Koledzy z szatni śmiali się, że będę "synkiem trenera". Tak się nie stało. Gdy media podały, że rozstaję się z Arką, jeden znajomy zajmujący się biznesem stoczniowym zaproponował mi pracę technologa. W razie czego fach w ręku mam (śmiech).

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź!

Co pan czuje, gdy dziś czyta, że Arka sprowadza starszego od pana Pawła Sasina?

- Właściciel ma prawo do swojej polityki. Uważam, że piłka to biznes jak każdy inny i ten kto rządzi musi się liczyć ze zdaniem swoich klientów, czyli kibiców. Trzeba działać tak, by kibice gdy będą mogli wrócili na trybuny. Trzymam kciuki za Arkę i za jej awans. Nie będzie to łatwe zadanie.

Który okres gry w Arce był dla pana najlepszy?

- To na pewno pierwszy sezon po awansie do Ekstraklasy 2016/17. Sprawiliśmy sensację zdobywając Puchar Polski, utrzymaliśmy się w lidze, ja zdobyłem 11 bramek. Najlepsza szatnia w jakiej byłem. Trudności w walce o utrzymanie dodatkowo nas scaliły. Byliśmy zdeterminowani i wszyscy wiosłowaliśmy w jednym kierunku. Zmiana trenera jest zawsze przykra i dla drużyny i dla szkoleniowca, ale akurat Leszek Ojrzyński przyszedł w odpowiednim momencie, tchnął w nas odpowiedniego ducha i udało się. Zresztą gdyby nie zwolniony w trakcie rozgrywek trener Grzegorz Niciński, nie przyszedłbym z Chojniczanki do Arki Gdynia w 2015 r. Utrzymanie w tamtym sezonie i Puchar Polski to wspólne dzieło obu trenerów, tak uważam.

A co pan czuł, gdy trener Ojrzyński odchodził, latem 2018 r.?

- Cała drużyna czuła smutek, trener Ojrzyński był odpowiednią osobą na odpowiednim stanowisku, była świetna atmosfera w szatni, byliśmy jednością. Przyszli nowi właściciele, dużo się wtedy pozmieniało, mieli inny pomysł na drużynę. Zrobiono rewolucję w składzie, a starczyło dodać 2-3 piłkarzy do dotychczasowej ekipy i moglibyśmy śmiało walczyć o miejsce w ósemce.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje