Przepychanki i czerwona kartka. Dwa gole w finale Pucharu Polski. Oto triumfator
Były spektakularne oprawy z obu stron, w tym jedna niedawno zakazana na meczu reprezentacji. PGE Narodowy w Warszawie wypełnił się szczelnie, a kibice zrobili znakomitą atmosferę. Na boisku piłkarze Rakowa i Górnika nie stworzyli spektakularnego widowiska, ale emocji nie brakowało, zwłaszcza pod sam koniec, gdy do akcji musiał wkroczyć sędzia po brutalnym faulu na Lukasie Podolskim. Ostatecznie dwa gole przesądziły o triumfie Zabrzan.

Prawdziwie piłkarskie święto stworzyli na trybunach PGE Narodowego w Warszawie kibice Rakowa Częstochowa i Górnika Zabrze. Przed meczem nie było wrogości między fanami obu drużyn, a na trybunach - jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego - zaprezentowano efektowne oprawy z obu stron. Częstochowianie przygotowali nawet oprawę, która wcześniej była... zakazana na meczu kadry.
Nie wszyscy jednak na czas zasiedli na trybunach stadionu. Podobnie jak w poprzednich latach bramy otwarto zaledwie dwie godziny przed meczem i przez słabą przepustowość na bramkach niektórzy fani z "poślizgiem" oglądali mecz na żywo.
Do sobotniego popołudnia Raków i Górnik ciągle były w grze o dwa tytuły. Po meczu na PGE Narodowym już tylko jedna drużyna będzie miała szanse na podwójną koronę: Puchar Polski i mistrzostwo kraju.
Z trybun spotkanie na żywo obserwował prezydent RP, Karol Nawrocki. Sam mecz rozpoczął się spokojnie. Żadna z drużyn nie chciała się otworzyć i zbyt szybko stracić bramki. Wrażenie bardziej poukładanej taktycznie drużyny sprawiał jednak Raków. Do czasu.
Finał Pucharu Polski. Rzut rożny rozegrany po mistrzowsku
Po półgodzinie gry piłkarze Górnika Zabrze perfekcyjnie rozegrali rzut rożny. Obrońcy Rakowa kompletnie zaspali. Nie upilnowali przy krótszym słupku Roberto Massimo, a Niemiec nie miał problemów z umieszczeniem głową piłki w bramce rywali. Górnik objął prowadzenie 1:0, a część trybun na PGE Narodowym zwariowała z radości.
Ci, którzy liczyli, że Zabrzanie pójdą za ciosem, mogli się srogo rozczarować. Do końca pierwszej połowy wynik już się nie zmienił, a na boisku więcej było "kopaniny" i przerywania gry przez sędziego niż płynnych akcji z obu stron.
Emocje jak na grzybach i nagle przyspieszenie. Decydujący cios
Kluczowa dla losów finału była 65. minuta spotkania. Wcześniej z boiska, podobnie jak pod koniec pierwszej połowy, wiało nudą. Spektakularnych akcji było jak na lekarstwo. Nagle obrońcom Rakowa urwał się jednak Maksym Khlan. Zawodnik Górnika wpadł z piłką przy nodze w pole karne rywali i pewnym strzałem pokonała bramkarza.
Zabrzanie objęli prowadzenie 2:0 i nie oddali go już do końca. Ich kibice z minuty na minutę świętowali na PGE Narodowym coraz głośniej, natomiast na twarzach fanów z Częstochowy, co nie uszło uwadze realizatora transmisji, pojawiły się łzy.
Nerwy puściły. Brutalne wejście w Podolskiego. Czerwona kartka
Raków próbował jeszcze strzelić kontaktowego gola, by załapać się na emocje w samej końcówce spotkania. Nic z tych prób jednak nie wyszło, chociaż pod sam koniec zrobiło się bardzo gorąco. Doszło do przepychanek między piłkarzami obu drużyn, a interweniować musiał arbiter.
Bramkarz Górnika teatralnym upadkiem sugerował, ze został uderzony przez Diabę-Fadigę. Z kolei Częstochowianie uważali, że symuluje i domagali się drugiej żółtej kartki dla bramkarza. Sędzia nie wyciągnął jednak żadnego kartonika. Musiał to zrobić jednak kilka minut później, gdy brutalnie zaatakowany został Lukas Podolski, a czerwoną kartkę obejrzał Jonatan Braut Brunes.
Po tym nieodpowiedzialnym faulu na boisko znów się zagotowało. Doszło do przepychanek, a arbiter pokazał jeszcze kilka żółtych kartek. Wynik nie uległ jednak już zmianie i Zabrzanie po raz siódmy w historii klubu, ale pierwszy raz od 54 lat, mogli cieszyć się z Pucharu Polski.
Zobacz również:














