Reklama

Reklama

Piotr Grzelczak: Wirus zamknął stolicę

Piłkarskie losy rzuciły Piotra Grzelczaka, byłego napastnika Widzewa, Lechii, Jagiellonii i Górnika Łęczna aż do Kazachstanu. To kraj graniczący z Chinami, gdzie zaczęła się pandemia koronawirusa.

Dobrze nam się rozmawiało z Piotrem Grzelczakiem, jednak w pewnym momencie on grzecznie przeprosił, musiał już uciekać. U nas był dopiero wieczór, u niego prawie północ. Polskę i Kazachstan dzielą cztery godziny różnicy czasowej, a nasze stolice cztery tysiące kilometrów. Inny świat, jednak obie federacje należą do UEFA. 

Reklama

Maciej Słomiński, Interia.pl: Czy w Kazachstanie, tak jak w Polsce, życie zatrzymało się przez wirusa?

Piotr Grzelczak, piłkarz FK Atyrau: - Mieliśmy rozpocząć rozgrywki ligowe 4 kwietnia. Na razie start ligi został przełożony na 15 kwietnia. Nikt nie wie, czy ten termin zostanie dotrzymany. Na razie mamy unikać skupisk ludzi i trenować indywidualnie.

Piłka jest ważna, ale pytam o inne dziedziny życia. Toczy się normalnie?

- Szkoły, kina, teatry i większość sklepów jest zamknięta. Otwarte są galerie, przed wejściem do nich mierzą temperaturę. Nie mam nic przeciwko temu. Jest takie przysłowie: strzeżonego Pan Bóg strzeże. Jestem za tym żeby dbać o innych i o siebie. Żeby każdy był odpowiedzialny. Tylko wtedy będzie można zapanować nad problemem.

Czy ludzie na ulicach chodzą w maskach?

- Mniej więcej połowa chodzi. Ja jestem w tym szczęśliwym położeniu, że Atyrau znajduje się na granicy europejskiej i azjatyckiej części Kazachstanu, w pobliżu ujścia do Morza Kaspijskiego. Im bliżej granicy z Chinami tym gorzej.

Jaka jest sytuacja w części azjatyckiej?

- Wiem tyle co z internetu. Dwa największe miasta - Ałmaty (blisko granicy z Chinami) i stolica Nur-sułtan zostały zamknięte.

Jeszcze rok temu stolica nazywała się Astana.

- Piękne miasto, bardzo nam się z żoną podobało. Niestety teraz moja lepsza połowa jest w Polsce. Nie wiem, kiedy się zobaczymy w obecnej sytuacji. Zostaje komunikacja przez internet. Moja żona jest dla mnie największym wsparciem chociaż dzieli nas szmat drogi. Kiedyś zostałem wypożyczony z Lechii na pół roku do Polonii Warszawa. To był czasy prezesa Króla. W Warszawie miałem zarabiać połowę tego co w Gdańsku, ale i tak nie zobaczyłem z tego, ani grosza. Spotkałem za to moją żonę, miłość mojego życia. To kolejny dowód, że pieniądze nie są w życiu najważniejsze.

W poprzednim sezonie zaliczyłeś z FK Atyrau spadek z ligi.

- Przyszedłem pod koniec sierpnia ubiegłego roku. Sytuacja w tabeli była bardzo trudna, walczyliśmy do końca, ale w ostatniej kolejce przegraliśmy z Kajratem Ałmaty 1-2 i spadliśmy.

Coś trafiłeś z woleja?

- Robiłem co mogłem. W ośmiu meczach, cztery razy trafiłem do siatki.

W lidze kazachskiej gra kliku piłkarzy znanych polskim fanom.

- W tym meczu, o którym mówiłem bramkę dla Kajrata zdobył Gieorgij Żukow, który teraz gra w Wiśle Kraków. Na ławce siedział Konrad Wrzesiński, a teraz doszedł do nich jeszcze Jacek Góralski. Problem w tym, że Ałmaty dzieli od Atyrau około trzech tysięcy kilometrów, czyli tyle ile z mojej rodzinnej Łodzi do Madrytu. Po tym ogromnym kraju przemieszczamy się samolotami.

W twojej drużynie FK Atyrau gra Alex Bruno, znany z Widzewa, klubu którego jesteś wychowankiem. Z RTS wyszedłeś, jesteś jego kibicem, więc zapewne tam chciałbyś skończyć karierę.

- Nie wiem co życie przyniesie. Nigdy nie myślałem, że będę grać w Kazachstanie, a teraz tu jestem. Taki zawód. Gra się tam gdzie ciebie chcą, a nie tam gdzie ty chcesz.

Jak byś porównał poziom ligi kazachskiej do naszej Ekstraklasy?

- Różnica jest taka, że w Kazachstanie jest mniejsze zainteresowanie kibiców, mniej ludzi przychodzi na mecze niż w Polsce. Sportowo, poziom jest zbliżony. Chociaż Astana nieźle sobie radziła w poprzednim sezonie rozgrywek Ligi Europy, czego nie da się powiedzieć o naszych zespołach, których tam w ogóle nie było.

Jakie masz cele sportowe na ten sezon?

- To chyba oczywiste, powrót do najwyższej ligi.

Wreszcie pytanie, od którego powinienem zacząć: czy pokazujesz chłopakom z drużyny swą bramkę strzeloną Barcelonie?

- Nie musiałem, ten gol ciągnie się za mną i tak już chyba będzie do końca życia (śmiech)!

Rozmawiał Maciej Słomiński



Dowiedz się więcej na temat: Piotr Grzelczak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje