Reklama

Reklama

Piotr Czaja: Nasza reprezentacja porusza się za mało bez piłki, a za dużo z piłką

Zadzwonił do mnie Jacek Gmoch, że chce mnie do reprezentacji wziąć. - Jacek, gdyby moja żona się o tym dowiedziała to odeszłaby ode mnie. Już wcześniej chciała żebym skończył granie. Mowy nie ma - wspomina Piotr Czaja. Od pół wieku dzierży rekord ekstraklasy, który ma szansę pozostać aktualnym przez... następne pół wieku.

Bramkarz Piotr Czaja nie przepuścił bramki w ekstraklasie przez 1005 minut z rzędu. Jest jedynym w dziejach polskiej piłki bramkarzem, który rozegrał więcej niż jeden mecz w reprezentacji i nie przepuścił ani jednego gola. Był trenerem reprezentacyjnych bramkarzy na dwóch mundialach. 

Reklama

Paweł Czado, Interia: Wiele pan przeżył, wiele widział, ale nigdy nie słyszałem żeby do jakiejkolwiek reprezentacji dostał się sportowiec, który... uprawiał inną dyscyplinę sportu. A tak zdarzyło się w pana przypadku!

Piotr Czaja: - Na mojej ulicy mieszkał trener piłkarski, już nieżyjący Eryk Tomik. Prowadził juniorów w Bobrku-Karbiu. Na podwórku stałem na bramce podczas meczów piłki nożnej choć jako junior zacząłem od uprawiania piłki ręcznej - właśnie w Bobrku-Karbiu, w tym samym klubie. Trener Tomik widział te mecze z okna naszego pokoju.

Miałem kumpla, który miał indywidualny trening bramkarski z trenerem piłki ręcznej. On mi wtedy zapowiedział: "ja ci teraz pokażę jak się broni". Ale ja byłem przekorny. "Nie, to ja ci pokażę, że będę lepszy" - powiedziałem sobie w duchu. Zawsze stałem na bramce gdy grał plac na plac. Podejrzewam, że trener Tomik musiał się przyglądać tej grze z okna.

Pewnego dnia podszedł do mnie i spytał czy nie zagrałbym w turnieju piłki nożnej na hali, gdzie wykorzystuje się bramki do piłki ręcznej. "Dam ci podwójną dietę" - powiedział. Pamiętam, że dieta było to 19,50 zł, czyli tyle ile czekolada. Zgodziłem się, choć podkreśliłem od razu, że z poważną piłką nożną nie mam nic wspólnego. Pojechaliśmy do Katowic na ten turniej. Dobrze się spisaliśmy. W trakcie, gdy nie robiłem parad, nie rzucałem się, grałem jak torman z piłki ręcznej. No i tak się stało, że rywale wszystko we mnie walili. Dobre miejsce zdobyliśmy.

Za jakiś czas do sekcji piłki nożnej w Bobrku przyszło dla mnie powołanie do kadry juniorów Śląska. Działacze się zdziwili. "Przecież my nie mamy takiego bramkarza". Zawołali trenera Tomika. On się uśmiechnął. "A to chłopak z piłki ręcznej".

Czyli dostał pan powołanie do drużyny piłkarskiej nie będąc piłkarzem nożnym. Nie znam drugiego takiego przypadku.

- Tak było (śmiech). Tomik wziął to powołanie, woła mnie i mówi: - Jedź do Chorzowa, do profesora Murgota [prowadzony przez niego Zryw był dwukrotnym mistrzem Polski juniorów, przyp. aut.]. Reprezentacja Śląska juniorów ma tam zagrać mecz.

Przyjechałem, podszedłem do Murgota.

- Proszę pana, miałem się tu zgłosić jako bramkarz, bo dostałem takie pismo - mówię.

A on na to: - A skąd ty jesteś? W jakim klubie grasz?

- A w Bobrku. W piłkę ręczną - odpowiadam zgodnie z prawdą.

Murgot się za głowę złapał. - Chopie, to musi być jakaś pomyłka, to przecież nie ta dyscyplina. A ty w bramce?

- W bramce i w polu, gdzie mnie postawią.

- Nie... Idź chopie... To nie tu...

Nie trzeba mi było mówić dwa razy. Nigdy nie pchałem się tam gdzie mnie nie chcieli. Zawinąłem się.

Wychodzę, a w tym czasie do Murgota podchodzi Bernard Kobzik. To był as, jego tam wszyscy znali, był w tym czasie zmiennikiem Huberta Kostki w Górniku Zabrze. "Trenerze, ja jestem chory, ja nie mogę dziś zagrać" - usłyszał Murgot.

Ja już byłem dwieście metrów dalej. Nagle słyszę: "Eeeeejjjj!" To profesor Murgot mnie wołał. Nawet nie wiedział wtedy, jak się nazywam!

Ale numer...

- "Chodź ino" - krzyczał. Wróciłem. "Ten nasz bramkarz nie może dziś jednak zagrać. Postoisz?" - spytał.

- Skoro jestem to postoję - odparłem.

Wyniku tamtego sprawdzianu nie pamiętam, ale chyba dobrze wypadłem, spodobałem się. Bramki mi nie umieli strzelić. Ale podczas tego meczu nie byłem tam wśród swoich. To nie było moje towarzystwo: nikt mnie nie znał, nikt ze mną nie zagadał. Nawet "do widzenia" nie było komu powiedzieć.

Traf sprawił, że na tym meczu był też trener Jerzy Nikiel, postać wielce zasłużona dla śląskiej piłki i dla GKS-u Katowice. Wtedy go nie znałem, ale szanuję go do dziś, był wspaniałym człowiekiem. Wtedy budował drużynę Rapid Wełnowiec, której miejsce potem przejął GKS. Szukał zawodników.

Za jakiś czas do klubu przyszło znowu powołanie, podpisane przez Nikiela, który prowadził też drużynę śląskich Orląt [juniorów starszych do 21 roku życia, przyp.aut.]. Znów wołają trenera Tomika. "Ja chcę tego chłopaka przekabacić żeby grał w piłkę nożną a nie ręczną" - stwierdził. Podpisałem mu zgłoszenie. Do niczego mnie nie zmuszał. "Jak będziesz chciał to przyjdziesz i pobronisz" - stwierdził.

Co było dalej?

- Pojechaliśmy na turniej do Rzeszowa. Znów broniłem dobrze. Trener Nikiel patrzy na mnie i pyta: Nie chciałbyś przyjść do Katowic? Nie byłem zdecydowany, przecież dopiero co zacząłem uprawiać piłkę nożną. Nie byłem nawet w pierwszym zespole Bobrka-Karbiu, tam chyba nawet początkowo nie wiedzieli, że mają takiego bramkarza. Pierwszym bramkarzem był tam zawodnik o nazwisku Peszke.

Miałem wtedy 17 lat , a wokół siebie ludzi, którzy mówili, że mam talent do piłki ręcznej. Byłem już przecież nawet w szerokiej kadrze reprezentacji Polski! Przez chwilę starałem się łączyć grę na dwóch frontach choć prawda taka, że początkowo na boisku do piłki nożnej nie traktowano mnie poważnie. Nawet gdy pierwszy bramkarz miał słabszy dzień, nikt nie patrzył w moim kierunku.

Pewnego dnia odbywał się jakiś mecz. Ściągnęli mnie na rezerwowego, choć właściwie nie miałem żadnej praktyki. Od czasu do czasu trener Tomik robił mi tylko trening bramkarski i tyle. "To ci się może kiedyś przydać" - powiedział. Miał rację. Stary kawaler, który całe życie poświęcił piłce nożnej...

Przegrywaliśmy do przerwy 0:3, Peszke zawalił dwa gole. Zespół prowadził trener Zygmunt Kulawik. Wściekł się. - Dawać tego rezerwowego - krzyczy. Kierownik drużyny podpowiada mu, że nigdy na dużym boisku nie grałem. - Obojętne czy przegram trzy czy dziesięć. Dawaj go - denerwował się Kulawik. To w przeszłości był dobry piłkarz [przedwojenny reprezentant Polski w barwach Śląska Świętochłowice i powojenny w barwach Polonii Bytom, przyp.aut.].

Wszedł pan na plac i...

 - I... widocznie miałem tę grajfkę [talent, zdolności do czegoś, przyp.aut.] do piłki, bo bardzo dobrze mi poszło! Na tym 0-3 stanęło, więcej bramek nie straciliśmy. Po meczu trener Kulawik podchodzi do mnie i tonem nieznoszącym sprzeciwu mówi: - Od jutra trenujesz u nas, z pierwszą drużyną.

- Ale ja gram też w Bobrku w piłkę ręczną.

- To będziesz trenował to i to! Jesteś w naszym klubie - warknął ostro.

Wskoczyłem więc na pierwszego bramkarza i grałem całą rundę. Choć w ostatnim meczu o wejście do III ligi złapałem kontuzję i całe lato byłem w gipsie - wyróżniałem się. Klub był pod opieką kopalni Bobrek i po linii zjednoczenia uznali, że lepiej żebym grał w drugoligowej Slavii Ruda Sląska. Chciał mnie też niezmiennie Jerzy Nikiel do Rapidu, ale działacze Bobrka uznali, że zwolnienie do Slavii mi dadzą a do Rapidu - nie. Do GKS-u ze Slavii poszedł bramkarz Jan Bem.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje