Reklama

Reklama

Pele. Mija 40 lat od ostatniego meczu króla futbolu

"Nazywam się Ronald Reagan. Jestem prezydentem USA. Ty nie musisz się przedstawiać, bo wszyscy wiedzą, kim jest Pele". Gdyby dziś prezydent Stanów Zjednoczonych powitał tak - przykładowo - Messiego, na nikim nie zrobiłoby to większego wrażenia, ale za czasów Reagana nie było powszechnego internetu, gry FIFA, a "soccer" był w USA obiektem szydery. Pelego znał jednak każdy.

Są chwile, które choć krótkie i z pozoru ulotne, decydują o całym życiu. Kto wie, czy dla Edsona Arantesa do Nascimento takim wydarzeniem nie był widok łez ojca po przegranych przez Brazylię mistrzostwach świata w 1950 roku. Porażka z Urugwajem w decydującym meczu w obecności 200 tys. widzów na Maracanie była dla Brazylijczyków tragedią narodową. Mały Edson obiecał ojcu, że pomści hańbę i zdobędzie dla niego Puchar Świata. Zdobył trzy! Jako jedyny w historii.

Strzelał gole, zarabiał fortunę dla klubu i budował legendę

Praktycznie przez całą karierę związany był z jednym klubem - Santosem. Wypatrzył go były reprezentant "Canarinhos" Waldemar de Brito, który po zakończeniu gry w piłkę zajął się poszukiwaniem młodych talentów. Sprowadził młodzieńca do Santosu, dla którego w ciągu kolejnych 18 lat zarobił niewiarygodne wręcz, jak na ówczesne czasy, pieniądze.

Reklama

Nie chciał przenosić się do Europy, bo 60 lat temu nawet największe kluby nie płaciły jeszcze szalonych kwot swoim gwiazdom. Pele nie cierpiał z tego powodu, bo Santos zrobił z niego najlepiej opłacanego sportowca świata.

Szefów klubu było na to stać, bo dzięki Pelemu zbijali fortunę. Każdy chciał zobaczyć niesamowitego Brazylijczyka w akcji. Czemu więc na tym nie zarobić? Terminarz rozgrywek zostawiał wiele czasu na mecze towarzyskie, a udział w nich Pelego gwarantował pełne trybuny. Santos jeździł więc w tournée, podczas których rozgrywał mecze co dwa dni, zarabiał fortunę, a przy tym tworzył legendę króla futbolu.

I tak Pele trafił do Polski. 25 maja 1960 roku rozegrał mecz na Stadionie Śląskim z reprezentacją Polski szykującą się do igrzysk olimpijskich. 130 tysięcy fanów oglądało, jak Pele czarował i strzelił dwa gole, a Santos wygrał 5-2.

Jeden sposób na geniusza

Pele był wirtuozem, który z piłki nożnej uczynił sztukę. Po prostu geniusz! Kreatywny, szybki, perfekcyjny technicznie, a przy tym silny przy wzroście 173 cm. Niesamowita zwinność i wspaniały drybling w połączeniu z wizją gry i boiskową inteligencją sprawiały, że rywale byli bezsilni.

Trudno się dziwić ich frustracji. Ona jednak rodzi agresję. Pele wielokrotnie przekonał się o tym na własnej skórze. Tak było na mistrzostwach świata w 1962 roku w Chile, gdzie z powodu kontuzji po brutalnym faulu rozegrał tylko dwa mecze. Sytuacja powtórzyła się cztery lata później w Anglii, gdzie znaleźli się kolejni brutale, którzy ostrymi faulami wyłączyli go z gry. Brazylia odpadła wtedy w fazie grupowej, a Pele stracił okazję zdobycia trzeciego tytułu z rzędu.

Nie zachwiało to jednak jego legendą. Nie mogło być inaczej, skoro wszystko w piłce przychodziło mu z tak niesamowitą łatwością. Debiutował w Santosie w wieku 15 lat i od razu strzelił gola. W pierwszym sezonie został królem strzelców. Zdobywał bramki jak na zawołanie i prowadził zespół po kolejne trofea.

Jako 17-latek zadebiutował w reprezentacji i także strzelił gola, choć akurat wtedy Brazylia przegrała z Argentyną 1-2. Rok później pojechał na mistrzostwa świata, a ponieważ "Canarinhos" zawodzili, trener Vicente Feola zagrał va banque i wystawił do gry Pelego, a ten strzelił zwycięskiego gola w ćwierćfinale, hat-tricka w półfinale i kolejne dwa w finale, dzięki czemu Brazylia po raz pierwszy zdobyła Puchar Świata.

1283 bramki, 92 hat-tricki i 8 goli w meczu

Pele łamał bariery. W 1961 roku strzelił 110 goli w 74 meczach. Zaliczył 92 hat-tricki, w 31 meczach zdobył cztery gole, sześć spotkań kończył z pięcioma bramkami, a 21 listopada 1964 roku wpakował Botafogo aż osiem goli.

W sumie zdobył 1283 bramki w 1363 oficjalnych meczach i został wpisany do Księgi Guinnessa jako najlepszy strzelec. Goli byłoby więcej, gdyby nie miał oporów przed wykonywaniem rzutów karnych. Rzadko do nich podchodził, bo uznawał ten sposób zdobywania bramek za "tchórzliwy".

W jednym nie przebił ojca, który w jednym meczu strzelił pięć goli głową. Licznik Pelego zatrzymał się na czterech.

W 1974 roku ogłosił, że zawiesił buty na kołku, ale władze New York Cosmos skusiły go, aby pomógł w promocji piłki nożnej w USA. Gdy zaczynał w 1975 roku średnia widownia na meczach ligowych wynosiła 7,5 tysiąca, a gdy kończył już 13,5. Ostatni oficjalny mecz rozegrał 1 października 1977 roku. Po jednej połowie rozegrał w barwach Cosmosu i Santosu.

Później próbował swoich sił jako dyrektor Santosu, minister sportu, zagrał w filmie "Victory", zbijał fortunę występując w reklamach światowych marek, angażował się w prace organizacji charytatywnych. W życiu prywatnym nie wszystko mu wychodziło - rozwody, rodzinny dramat, gdy syn trafił do więzienia. Zachował jednak optymizm i choć kilka lat temu stacja CNN podała nawet informację, że zmarł, to do dzisiaj promuje piłkę nożną jak mało kto.

Co pewien czas rozpalają się spory o to, czy rzeczywiście był najlepszym piłkarzem w historii. Odpowiedzią na to pytanie może być decyzja Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, który ogłosił Pelego najlepszym sportowcem XX wieku. Kapitalnie podsumował go inny wielki zawodnik - Ferenc Puskas: "Największym piłkarzem w historii był Di Stefano. Nie uznaję Pelego za piłkarza. On jest ponad tym".

Mirosław Ząbkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy