Reklama

Reklama

Paulina Chylewska i Marcin Feddek: Gramy w jednej drużynie

Jedna z najlepszych dziennikarek sportowych i czołowy komentator piłkarski. Brzmi jak gotowy przepis na zawodową wojnę, a to szczęśliwe małżeństwo z osiemnastoletnim stażem. Dziennikarce Polsatu, Paulinie Chylewskiej od dziecka pisana była medialna kariera. Tańczyła, występowała w młodzieżowych programach telewizyjnych i choć zawsze była wysportowana oraz aktywna, to zawodowo sportem zajęła się trochę przez przypadek. Jej ówczesny szef, Sławomir Zieliński wysłał młodą dziennikarkę o delikatnej urodzie do redakcji sportowej. Jednym z pierwszych zadań była gala boksu.

Wspominała później, jak martwiła się, że krew ochlapie jej biały garnitur. Poradziła sobie znakomicie a praca przy najważniejszych wydarzeniach sportowych stała się jej pasją. Dyscypliny olimpijskie, skoki narciarskie, tenis. Te dziedziny nie mają dla Pauliny tajemnic. Zna się też oczywiście na piłce nożnej ale tu prawdziwym ekspertem jest jej mąż, Marcin Feddek. Kocha futbol, bo sam był piłkarzem i wie o tym sporcie wszystko. Trener Andrzej Strejlau powiedział o nim, że "umie czytać grę". Niewielu to potrafi. Kiedy nie komentuje meczów w Polsacie i nie pisze książek o piłce, ogląda z żoną piłkarskie spotkania. Zdarza się, że na oddzielnych telewizorach, żeby uniknąć zbyt żarliwych dyskusji. O wspólnym życiu i pracy Paulina i Marcin opowiedzieli w rozmowie z Interią.

Reklama

- Razem żyjecie, razem pracujecie... Jest Wam z tym trudniej czy łatwiej?

Marcin: Trudno było nam, kiedy pracowaliśmy razem w telewizji publicznej.

Paulina: Wszystkie konflikty, trudne sprawy rozstrzygaliśmy w domu. Przyszedł moment, że nas to zaczęło męczyć. Mieliśmy poczucie, że nic innego w naszym domu się nie dzieje tylko pracujemy. Bez sensu!

Marcin: Nie chodziło nawet o to, że ciągle pracowaliśmy, tylko o to, że wszystko, co działo się w redakcji przynosiliśmy do domu. Ta sama grupa znajomych, te same problemy... Właściwie ciągle o tym rozmawialiśmy. Poza tym wtedy byliśmy na podobnej stopie zawodowej, robiliśmy te same rzeczy.

Paulina: Teraz przede wszystkim dom jest domem.

Marcin: Bo są dzieci.

Paulina: Życie siłą rzeczy toczy się wokół nich. Jest też Gerrard - nasz pies rasy maltańczyk. Imię nieprzypadkowe, bo Steven Gerrard to jeden z ulubionych piłkarzy Marcina. Sytuacje do rozwiązania dotyczą teraz wcale nie pracy, tylko tego co się dzieje tu, w domu. Długo pracowaliśmy osobno, w dwóch różnych firmach w związku z tym mieliśmy takie momenty, kiedy tak bardzo nie angażowaliśmy się nawzajem w swoje sprawy zawodowe. Ta zawodowa rozłąka nam się przydała, a teraz od prawie czterech lat pracujemy znowu razem i jest już zupełnie inaczej niż kiedyś.

Marcin: Przede wszystkim robimy różne rzeczy nawet pracując przy jednej transmisji. Paulina prowadzi studio, ja albo komentuję mecz, albo robię analizy taktyczne w które Paulina nie ingeruje. Jej zajęciem jest prowadzenie studia i ewentualnie dyskusja z nami. Czasem wynikają z tego zabawne sytuacje, kiedy na meczach Paulina, "wchodzi wirtualnie na stadion" i rozmawiamy ze sobą. Tak jak było ostatnio w Bergamo. Zapytała mnie czy bym postawił na Atalantę a ja odpowiedziałem wprost, że gdybym zastawił cały nasz majątek, to może by coś z tego było.

Paulina: A ja na to: "Nie ma mowy!"

Marcin: To było na żywo, na antenie, więc zdarza się, że widzowie są świadkami takich naszych miłych małżeńskich wymian zdań. Ale jeśli pracujemy przy jednym meczu, to gramy w jednej drużynie i wspieramy się wzajemnie.

Paulina: Mogę liczyć na silne ramię męża. Kiedy mówię: "Słuchaj, a ten zawodnik, w tym meczu to co właściwie zagrał?". Marcin odpowiada: "Rany, no! Oglądałaś i nie widziałaś?".

Marcin: Tak jest. Jeśli wiemy, że jakiś mecz będziemy robić wspólnie - na przykład ja komentuję a Paulina prowadzi studio, w weekend siadamy i oglądamy mecze, żeby się przygotować. Nie ma taryfy ulgowej. Mówię: "Nie obejrzysz, nie będziesz wiedziała". Czasem trzeba się rozejść do innych telewizorów, bo Paulina ma swoje zdanie, a ja swoje.

Paulina: I tylko nasze dzieci przychodzą i mówią: "O rany, znowu mecz oglądacie i się kłócicie?"

- Naprawdę oglądacie mecze na dwa telewizory?

Marcin: Różnie bywa. Szczególnie, kiedy oglądamy mecz przy którym nie pracujemy. Taki, który nas po prostu interesuje. Wówczas dochodzi do różnych rozbieżności. Na przykład - czy był spalony? Ja mówię: "Nie."

Paulina: A ja: "No pewnie, że był spalony! Ty, ekspert, nie widziałeś?"

Marcin: Z Pauliną nie można na spokojnie oglądać meczów, bo jest za bystra. Wtrąca się, jest mądrzejsza od trenerów. Jak każdy. Jak 37 milionów selekcjonerów w naszym kraju (śmiech).

- Ten "spalony" to jest legenda i stereotyp. Podobno żadna kobieta nie wie co to jest?

Paulina: Dlaczego ma nie wiedzieć? Oczywiście, że wie.

Marcin: Piłka nożna to jest naprawdę prosta gra, tylko czasami trzeba zapytać. Ktoś raz wytłumaczy i to wszystko. Przepisy tak naprawdę nie zmieniły się w znaczący sposób od lat, od kiedy zaczęto w tę grę grać w Anglii. Oprócz VAR, który się pojawił niedawno, czyli analiz wideo, nie ma zbyt wiele rewolucyjnych nowości.

- Powiedziałeś, że trzeba zapytać. Gdybym miała zapytać to Paulinę czy Marcina?

Paulina: Proszę bardzo! Do wyboru!

- Nie spieracie się o to, kto jest większym ekspertem? Czy macie wyraźny podział specjalizacji?

Paulina: Tu sprawa jest jasna i nie ma dyskusji. Jeśli chodzi o piłkę nożną to ekspertem jest Marcin. Dla mnie na pewno jednym z najlepszych w naszym kraju - (do Marcina) zobacz jak ci kadzę. Ale mój mąż ma też wyjątkową umiejętność co potwierdził kiedyś trener Andrzej Strejlau. Powiedział, że Marcin widzi na boisku więcej niż większość komentatorów. Świetnie czyta grę. Natomiast jeśli chodzi o sporty olimpijskie, skoki narciarskie, tenis to gdybyś chciała się czegoś dowiedzieć, warto lepiej przyjść do mnie niż do mojego małżonka.

Marcin: Łączy nas jeszcze żużel.

Paulina: To druga dyscyplina, którą się wspólnie interesujemy

Marcin: Oboje pochodzimy z Bydgoszczy. Wychowaliśmy się "na Gollobach". Tomek to nasz kolega, przyjaciel. Zawsze mu kibicowaliśmy. Ja także bardzo długo komentowałem żużel. To dyscyplina, którą oboje bardzo lubimy i kiedy tylko mamy wolny czas jedziemy na Narodowy, na Grand Prix.

- Dziennikarze sportowi także wolny czas spędzają często na trybunach. Z Wami jest tak samo?

Paulina: Oczywiście, że tak. To jest o tyle ciekawe, ale trudne jednocześnie, że bycie na bieżąco ze wszystkim co się dzieje w dzisiejszych czasach jest właściwie niemożliwe. Kiedyś policzyliśmy, że gdybyśmy chcieli śledzić samą tylko piłkę nożną bez żadnych wyjątków, to musielibyśmy codziennie oglądać co najmniej jeden mecz, a w weekendy gdybyśmy usiedli w południe, skończylibyśmy o 22.00.

Marcin: Zdarza mi się w weekend obejrzeć siedem meczów. To jest nasza praca i to ją też ułatwia, bo obecnie można obejrzeć właściwie każdy mecz z najważniejszych lig. Dziesięć czy dwadzieścia lat temu to było niemożliwie, a na Ligę Mistrzów - przy której teraz pracujemy w Polsacie - czekało się, jak na święto. W niemal każdy wtorek i środę mamy kilka transmisji Champions League, a gdy przychodzą mecze rewanżowe, to musimy pamiętać okoliczności w jakich padły gole i jak prezentowali się poszczególni piłkarze. To naprawdę duże wyzwanie, bo jakakolwiek pomyłka nie wchodzi w grę.

Paulina: Ale jak tylko mamy wolny czas kombinujemy - są jakieś zawody lekkoatletyczne? To pojedziemy zobaczyć. Zabieramy dzieciaki i jedziemy.

Marcin: Albo Grand Prix na żużlu.

Paulina: Albo pada pytanie: "Co dzisiaj jest? Sobota? Niedziela? Na Służewcu chyba są jakieś wyścigi". I jedziemy zobaczyć.

Marcin: Wolny czas spędzamy aktywnie - rower albo rolki z dzieciakami. Kiedy było otwarte lodowisko na PGE Narodowym, często tam bywaliśmy. Dziewczynki uwielbiają jeździć na łyżwach. No i przede wszystkim narty. Teraz ogranicza nas pandemia, ale mimo wszystko udało nam się na tydzień wyjechać i wszyscy byli szczęśliwi.


- Jeździliście w Polsce, czy za granicą?

Marcin: W Polsce. Nie ryzykowaliśmy wyjazdu za granicę. Ja akurat jestem ozdrowieńcem, ale Paulina nie, wiec różnie to mogło się skończyć. W kraju warunki może nie były takie, jak w Alpach ale trochę poszusowaliśmy.

- Dziewczynki podzielają wasza pasje do sportu?

Paulina: Do uprawiania tak. Każdą aktywność, którą proponujemy przyjmują z entuzjazmem. Obie tańczą też w Warsztatowej Akademii Musicalowej, a młodsza córka jest ponadto uczennicą szkoły muzycznej i gra na fortepianie. To jest jej druga pasja, poza tańcem, i tak samo ważna.

- Zainteresowanie tańcem jest u was rodzinne?

Paulina: Trochę tak, bo ja w końcu też tańczyłam przez wiele lat.

Marcin: A ja grałem w piłkę. I co? Żadna z nich nie gra.

- Ale ja przeczytałam, że poznaliście się, bo świetnie tańczyłeś. Paulina zaprosiła cię na studniówkę.

Paulina: To prawda.

Marcin: Ale to ją zaprosili do "Tańca z gwiazdami", a nie mnie.

Paulina: (do Marcina) Wszystko przed tobą. Z tą studniówką było tak, że wcześniej w ogóle się nie znaliśmy. Wiedziałam, że Marcin istnieje, że jest synem koleżanki mojej mamy i jest ode mnie starszy. Wiedziałam też, że bardzo dobrze tańczy. Ale skąd ja wiedziałam, że on dobrze tańczy to do dzisiaj nie wiem.

Marcin: Od koleżanek, które chodziły na dyskotekę. My graliśmy w piłkę i mieliśmy taką ulubioną dyskotekę. Wszyscy wiedzieli, gdzie bawią się piłkarze i tak się rozniosło.

Paulina: W każdym razie nie miałam z kim iść na tę studniówkę i wymyśliłam, że pójdę z kimś obcym, żeby mi później od razu dał spokój. Nie w głowie byli mi wtedy chłopcy, bo miałam maturę i musiałam się uczyć. Natomiast okazało się, że Marcin rzeczywiście dobrze tańczy i na tej studniówce świetnie się bawiliśmy.

- I chyba nadal dobrze się bawicie.

Marcin: Lubimy się bawić, lubimy tańczyć chociaż lata lecą, kolana bolą...

Paulina: Ale idziemy dalej.

- To która to będzie rocznica ślubu?

Paulina: W tym roku osiemnasta. Ale znamy się od 1997 roku.

Marcin: Braliśmy ślub, kiedy oboje pracowaliśmy w jednej redakcji, jeszcze przed Polsatem.

- Dla tak aktywnych ludzi i w dodatku zawodowo związanych ze sportem pandemia i lockdown muszą być dużym wyzwaniem?

Marcin: Kiedy jeżdżę na mecze, które odbywają się przy pustych trybunach, czuję pandemię jeszcze bardziej. Wyobraź sobie, że jesteś na trybunie prasowej podczas spotkania wielkiej rangi - powiedzmy Barcelony z Juventusem - gra piłkarzy cię ponosi, zaczynasz się nią emocjonować, rozglądasz się po trybunach i nie widzisz nikogo, kto czuje to samo, a zamiast dopingu tysięcy kibiców słyszysz ciszę. W takich chwilach komentatorowi naprawdę ciężko jest przekazać widzom emocje.

Paulina: Przy tym pierwszym lockdownie przez dwa miesiące pracowaliśmy w systemie zmianowym, byliśmy bardzo dużo w domu. Ale teraz myślę, że to już trwa za długo. Kiedy patrzę na nasze dzieci, które uczą się online widzę, że mają tego naprawdę "po kokardę".

Marcin: My mamy kontakt z ludźmi w pracy, wyjeżdżamy na mecze i możemy pogadać z piłkarzami czy innymi dziennikarzami. A dzieci siedzą non stop w domu. Totalnie im współczuję, bo są odcięte od koleżanek, kolegów, od normalnej rzeczywistości. Sam się czasem dziwię jak one to wytrzymują, ale jakoś dają radę.

Paulina: Nasza młodsza córka przyszła parę dni temu i mówi: "Mamo, Tato, nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale ja chcę do szkoły".

Marcin: Dzieci wchodzą codziennie do kuchni i pytają: "Co na obiad? Co na śniadanie?". Trzeba się postarać urozmaicić im codzienność, bo inaczej zaczyna się marudzenie: Eee, znowu to? Eee, tego nie chcemy.

- A kto gotuje?

Paulina: Głównie Marcin! Na szczęście jesteśmy zdrowi, wszystko jest w porządku, ale jednocześnie chce nam się takiej normalności, którą znaliśmy sprzed pandemii. Kiedy mieliśmy się spotkać w takim pandemicznym, wąskim gronie w Sylwestra, na moje pytanie: "Jak się ubieramy?" wszyscy odpowiedzieli: "W dresy"! Protestowałam, że cały rok chodzimy w dresach ale zostałam przegłosowana i mieliśmy Sylwestra w dresach.

Marcin: Nie ma lepszego ubrania. Ja przez całe życie, od dziecka, chodzę w dresach lub w krótkich spodenkach (śmiech). No, czasami w pracy trzeba się ubrać w garnitur.



 

 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL