Reklama

Reklama

Ostatni taki błysk. Wspominamy dwumecz Wisły Kraków z Schalke

Zimą 2002 roku, gdy reprezentacja wciąż lizała rany po fatalnym występie w mistrzostwach świata i niedawnym upokorzeniu w meczu eliminacji mistrzostw Europy z Łotwą, nasza piłka klubowa przeżywała za sprawą Wisły Kraków swój wzlot. Najeżona gwiazdami ekipa wdarła się trzeciej rundy Pucharu UEFA, gdzie los skojarzył ją z Schalke Gelsenkirchen. Dwumecz z niemiecką drużyną przeszedł do historii a przez fanów i ekspertów z nostalgią wspominany jest do dziś. Przeżyjmy go więc raz jeszcze.

Wiślackie rozprężenie

Gdy jasnym stało się, że "Biała Gwiazda" w III rundzie Pucharu UEFA zmierzy się z niemieckim Schalke, niewielu było takich, którzy wierzyli w to, iż będzie w stanie sprawić niespodziankę i odprawić uznanego rywala. Owszem, kadrowych problemów nie było, w drużynie Kasperczaka panowało bardzo wysokie morale, lecz szkoleniowiec skarżył się, iż kłopotem jego zespołu są... skłonności do dekoncentracji.  Nie pokazał tego ostatni sprawdzian zespołu przed pierwszym meczem z "Królewsko-Niebieskimi". Wisła gładko pokonała Lecha Poznań 3-2, rozstrzygając losy starcia już w pierwszej połowie po dwóch golach Marcina Kuźby i trafieniu Kalu Uche.

Reklama

Zawiedli liderzy


Piąty zespół poprzedniego sezonu Bundesligi już w pierwszej akcji meczu przy Reymonta pokazał, jak będzie groźny. Po serii szybkich podań na wolną pozycję wyszedł Boehme, który wykorzystał moment zawahania defensorów i oddał strzał, na szczęście - niecelny. Jakby w odpowiedzi, niespełna 180 sekund później pazur pokazali gospodarze: doskonałe, długie dogranie otrzymał Kuźba, który jednak zdecydował się na strzał z ostrego kąta zamiast podawać do lepiej ustawionego Żurawskiego. Spotkanie było bardzo otwarte, a groźnych sytuacji po obu stronach nie brakowało, ale to "Biała Gwiazda" objęła w tym meczu prowadzenie. Po dośrodkowaniu w pole karne niefortunnie interweniował Poulsen i choć Rost próbował przekonywać arbitrów, że zdołał wybić piłkę, nim ta przekroczyła linię, ci nie mieli żadnych wątpliwości. Do przerwy Wisła prowadziła 1-0 lecz wiadomym było, że po zmianie stron czeka ją nawalny wręcz atak rywali, którzy szykowali się do tego, by już w pierwszym spotkaniu przesądzić kwestię awansu.

Więcej aktualności sportowych znajdziesz na sport.interia.pl Kliknij!


Po zmianie stron przedmeczowe wypowiedzi Kasperczaka o problemach z koncentracją w drużynie dały o sobie znać. Tuż po wznowieniu gry przed znakomitą szansą stanął Mpenza, a drużynę z Krakowa uratował fakt, że Belg, mając przed sobą pustą bramkę... fatalnie skiksował. Niedługo później ten sam zawodnik, po kolejnym błędzie defensywy i odważnym wyjściu z bramki Hughesa pomylił się tylko nieznacznie. Napastnik dopiął swego dopiero w 81. minucie po koszmarnym błędzie krytykowanego od dawna golkipera "Białej Gwiazdy", który fatalnie minął się z piłką przed własnym polem karnym.

Gracze Wisły remis potraktowali jako cenną lekcję, bo choć podkreślali, że trumf był na wyciągnięcie ręki, doskonale zdawali sobie sprawę, że popełniali wielką ilość błędów. Niezadowolony z występu drużyny był też Kasperczak, podkreślając, że "zawiedli go liderzy". "Najważniejsze, żeby w rewanżu każdy zagrał lepiej, niż w Krakowie" - mówił.


Miejsce w historii

Do starcia na słynnej wtedy jako jeden z najnowocześniejszych obiektów w Europie Arena Auf Schalke polski zespół przygotowywał się w... holenderskim Sittard. Przed rewanżem zawodnicy podkreślali, że swoje zrobić może panująca na obiekcie atmosfera, lecz z drugiej strony w ich wypowiedziach dominowała pewność siebie. Także i trener przekonywał, że dla niemieckiej drużyny gra przed własną publicznością to swego rodzaju problem. "Słabiej radzi sobie z konstruowaniem akcji ofensywnych" - punktował. 

Więcej aktualności sportowych znajdziesz na sport.interia.pl Kliknij!


Rozegrany 10 grudnia mecz przeszedł już do historii polskiej piłki. Tym razem liderzy "Białej Gwiazdy" nie zawiedli i to ich akcja dała jej prowadzenie. W 40. minucie mknący lewym skrzydłem Kosowski dostrzegł wybiegającego na dogodną pozycję Żurawskiego. Ten wykorzystał błąd jednego z defensorów i strzałem z powietrza pokonał bramkarza. Radość nie trwała jednak długo, bowiem niespełna 180 sekund później do remisu doprowadził defensor Schalke, Tomasz Hajto. Po 45 minutach gry w Niemczech stan rywalizacji był idealnie remisowy.

Druga część gry należała już jednak do "Wiślaków". W 51. minucie z rzutu wolnego precyzyjnie dośrodkował Kosowski, a polski zespół na prowadzenie wyprowadził Kalu Uche, popisując się w ferworze radości serią efektownych salt. Przyjezdni znaleźli się w wymarzonej sytuacji, ale nie zamierzali na tym poprzestać. "Żuraw" trafił w słupek, chwilę później idealną okazję na podwyższenie prowadzenia zmarnował Kuźba.

Schalke na kolanach wylądowało pięć minut przed końcem regulaminowego czasu gry, kiedy to sytuacyjnym strzałem popisał się Żurawski. Kibice, tłumnie zgromadzeni na stadionie zaczęli go opuszczać widząc, że odrobienie strat z tak grającym rywalem jest awykonalne. A nie był to koniec jego koncertu, bowiem w 89. minucie Niemców "dobił" Kosowski, który mówił po meczu, że to najlepszy moment jego piłkarskiej kariery.

Gorzki smak klęski

Niemcy w pomeczowych komentarzach wypowiadali się o Wiśle w sposób bardzo kurtuazyjny, a menedżer ekipy, Rudi Assauer mówił nawet, że w składzie swojej ekipy widziałby absolutnie każdego gracza polskiego zespołu. W rzeczywistości jednak z pożegnaniem z pucharami trudno było im się pogodzić: Tomasz Hajto zapowiadał "męskie rozmowy" na ten temat, a po spotkaniu - choć pogratulował graczom "Białej Gwiazdy", nie omieszkał pokazać im przy okazji swojej karty kredytowej.

Więcej aktualności sportowych znajdziesz na sport.interia.pl Kliknij!


Dwumecz z Schalke był zresztą szczególny dla "Gianniego", który wyjątkowo boleśnie przekonał się o tym, jak szkodzić potrafią polscy kibice. Gdy jasnym stało się, że los skrzyżuje jego zespół z Wisłą, w samych superlatywach wypowiadał się przed kompanami z ekipy o Krakowie - mieście, w którym stawiał przecież w barwach Hutnika pierwsze poważne kroki w zawodowej karierze. Przy Reymonta był jednak przez 90 minut niemiłosiernie lżony. "Moja rodzina siedziała na trybunach, a to, czego musiała wysłuchiwać, było przerażające. Już kiedy szliśmy do autokaru, wyskoczył jakiś gnój i darł się, żebym zdechł i cała moja rodzina także. Na stadionie słyszałem: Ty folksdojczu, ty sk..., sprzedałeś się za marki, Judaszu!, pluli na mnie" - wspominał po latach. Agresja względem Hajty była tak wielka, że jego koledzy z drużyny pytali, co takiego zrobił kibicom, że aż tak go nienawidzą.

A Wisła? Po wielkim triumfie w Gelsenkirchen witana była w kraju niczym Mesjasz. Fani wierzyć zaczęli, że prowadzona przez Kasperczaka drużyna może w Pucharze UEFA narobić naprawdę nielichego zamieszania. I choć w kolejnej rundzie los skrzyżował ją z pełną gwiazd ekipą Lazio Rzym wielu było takich, którzy wieszczyli awans do ćwierćfinału. W dwumeczu "Biała Gwiazda" prezentowała się lepiej, lecz uznać musiała wyższość rywala. To jednak zupełnie inna historia...

Więcej aktualności sportowych znajdziesz na sport.interia.pl Kliknij!

***

Ten artykuł powstał w ramach naszej najnowszej kampanii pod hasłem "Interia - portal, który towarzyszy mi każdego dnia". Więcej ciekawych treści znajdziesz tutaj.



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje