Przy Łazienkowskiej 3 nie pompowali balonika, nawet gdy Marek Papszun cudownie odmienił drużynę, która zimowała przecież w strefie spadkowej Ekstraklasy, a na koniec sezonu o europejskie puchary otarła się tak jak piłka od napastnika Pogoni Szczecin, wcielającego się w bramkarza w ostatniej kolejce z GKS-em Katowice. Ale może to byłoby zbyt piękne? Takie na wyrost? Brak pucharów oznaczał brak zastrzyku finansowego, ale też dużo większy spokój latem.
Można było wylać solidniejsze fundamenty pod konstrukcję drużyny na nowy sezon. Utrwalić schematy, scalić zespół, chirurgicznie wymienić najbardziej brakujące elementy. Bez szaleństwa. Po cichu. Po swoje.
I tak Legia idzie w tym nowym sezonie. Nawet gdy przydarzył jej się słabszy mecz, a za taki trzeba uznać ten w Kielcach, gdzie jedynym strzałem celnym była główka Łukasza Zjawińskiego - to i tak zamieniła się ona w gola, a ten - w cenny punkt. Pozwolił on zachować status drużyny niepokonanej. Nieprzypadkowo.
Po deklasacji Radomiaka łatwo Legię chwalić, ale nawet na wstrzymanym wdechu ten warszawski balon pompuje się sam. W zasadzie: pompują go wyniki, zwłaszcza tak okazałe jak 5:0.
Jasne, trener Tomasz Kaczmarek nie trafił absolutnie z wyborem bramkarza. Przy wszystkich bramkach Bartłomiej Gradecki powinien zachować się lepiej. Jego mowa ciała, tak na boisku, jak i podczas wywiadu w przerwie, krzyczała: dość. Tymczasem Legia nie ma ochoty przestać. Jest głodna sukcesu i to widać, słychać i czuć.
W sobotę natomiast miałem przyjemność skomentować dla Telewizji Polskiej derby Dolnego Śląska. Obraz spotkania mógł być dla widzów trochę zaskakujący: to gospodarze przeważali, a goście czekali na kontry. Doczekali się raz, a za sprawą najlepszego w Śląsku Piotra Samca-Talara wyszli na prowadzenie. Obrona niska bez Ba nie była jednak wystarczająco szczelna. "Dzień konia" miał Corluka, a ostatni dzień - przynajmniej na boisku, i przynajmniej na jakiś czas - prawdopodobnie miał Marcel Reguła. Ze swoimi kibicami pożegnał się najlepiej, jak mógł: derbowym zwycięstwem, do którego też przyłożył rękę. Dosłownie, bo to on szybko wyrzucił aut przy decydującej bramce Szabo. Swoją drogą, znakomicie się rezerwowy napastnik "Miedziowych" zachował w tej sytuacji.
Grad bramek obejrzeliśmy w Gliwicach - i nie mam nic przeciwko, by już do końca sezonu, w każdym meczu na stadionie Piasta padało siedem bramek. Nieważne dla kogo! W Wieczystej fenomenalny był Tobias Christensen, autor hat-tricka, ale i powrót gospodarzy z wyniku 0:4 na emocjonującą końcówkę zasługuje na uwagę.
Drugim i ostatnim gospodarzem, który w tej kolejce nie zaznał smaku zwycięstwa, był Widzew. Korona ma na łodzian patent: to już szósty z rzędu mecz Jacka Zielińskiego, w którym ogrywa RTS. Przy Piłsudskiego mogą mieć masę transferów, wydać jeszcze więcej pieniędzy, a na koniec przyjeżdża gość kupiony "za frytki" ze spadkowicza i kończy mecz z dubletem. A gdyby nie świetna interwencja Bartłomieja Drągowskiego, to Morgan Fassbender mógł być jak Christensen i skończyć z hat-trickiem. Widzew miał dobry początek, milion dośrodkowań - i to by było na tyle. Historia lubi się powtarzać: tak w meczach z Koroną, jak i z poprzedniego sezonu.
W niedzielę kibice w Lublinie, Krakowie i Zabrzu świętowali zwycięstwa swoich zespołów. Analizowanie spalonych w spotkaniu Motoru z GKS trwało tylko trochę krócej niż oczekiwanie na zdobytą bramkę przez Cracovię, albo pierwsze zwycięstwo trenera Bartosza Grzelaka, ale koniec końców - wszystko to się zrealizowało. Jednego dla Motoru - Czubaka, po asyście N'Diaye, cóż za niespodzianka! - w końcówce nawet uznano, tak jak uznać wyższość kolejnego rywala w tym sezonie musiał trener Dawid Kroczek.
Nie wiem, co się dzieje z Rakowem Częstochowa. Nie poznaję "Medalików" w tych rozgrywkach i jestem jednocześnie pod wrażeniem, że w takiej formie wciąż są w grze o fazę ligową europejskich pucharów. Nawet będący w tragicznej formie Radomiak ma trzy punkty - a jedyną drużyną, która nie ma ani dwóch, ani nawet jednego, pozostała czwarta siła ubiegłego sezonu.
Na koniec starcie dwóch wielkich firm: Górnik Zabrze kontra Wisła Kraków. Dobry mecz, intensywny, ze zwrotami akcji. Obie drużyny mogły go wygrać: przez godzinę nieco lepszy był zespół Gasparika, ale gdy główkował Jordi Sanchez, Schulze musiał się wspiąć na wyżyny bramkarskich umiejętności. Hiszpanowi i tak w końcu weszło, bo "żre" mu niesamowicie, ale tym razem na nic się zdał 5. gol w sezonie napastnika "Białej Gwiazdy".
Po drugiej stronie Marcel Łubik dobrze obronił strzał z rzutu wolnego Petera Federico, ale przy tym Chłania nie zachował się najlepiej - podobnie jak Kacper Duda przy zamieszaniu, w którym odnalazł się Sadilek. Górnik kończył w dziesiątkę, ale mądrze się bronił, dołożył kolejnego stopera i wytrzymał napór Wisły. Choć gdyby Alan Uryga miał lepiej nastawiony celownik, to skończyłoby się podziałem punktów - i pewnie nikt nie mógłby się czuć pokrzywdzony.
Jedyne, co było słabe w Zabrzu, to postawa sędziego. Nie ustrzegł się błędów, ale to niestety przypadłość nie tylko tego spotkania, i nie tylko tej kolejki. Paweł Sokolnicki "przejechał się" po działaniu nowej siedziby VAR i mam nadzieję, że jego list będzie jakimś punktem zwrotnym w szeroko pojętym sędziowaniu naszej Ekstraklasy.
Łukasz Gikiewicz












