Odszedł ostatni z wielkich - Jeno Buzanszky

Ach, co to była za drużyna. Na początku lat 50. nie miała sobie równych na całym świecie. Nazywano ich Brazylijczykami Europy, potrafili ograć 7-1 Anglików czy 8-3 Niemców. W niedzielę zmarł ostatni członek "Złotej Jedenastki" W wieku 89 lat odszedł Jeno Buzanszky.

Jego śmierć to szok dla wszystkich Węgrów. Pomimo zaawansowanego wieku, Buzanszky był w bardzo dobrej formie. - Niesamowicie żywotny starszy pan, aktywny do samego końca. Bardzo dużo podróżował, brał udział w wielu spotkaniach, na których godzinami opowiadał o futbolu. W zeszłym roku odwiedził Polskę i pytał mnie, czy nasze blondynki dalej są takie ładne. Pomimo tego, że dochodził już dziewięćdziesiątki to mieszkał sam, nie potrzebował niczyjej opieki. Dlatego jego śmierć to ogromny szok dla Węgrów - mówi nam Michał Listkiewicz, były prezes PZPN i hungarysta.

Reklama

Buzanszky był ostatnim przedstawicielem drużyny, która w latach 50. nie miała sobie równych. Jak to możliwe, że gdzieś za "Żelazną Kurtyną" powstała drużyna, która rzuciła na kolana cały piłkarski świat? - Futbol na Węgrzech był zawsze bardzo popularny, dużo bardziej niż u nas. Węgrzy już przed wojną należeli do europejskiej czołówki, zresztą to oni uczyli nas gry w piłkę w latach 20. i 30. Piłka nożna dla Węgrów była jedyną rozrywką i szansą na wyrwanie się z ponurej rzeczywistości lat 50. - opowiada Listkiewicz.

I faktycznie tak było. Komunistyczne władze chętnie łożyły na sport, gra w poważnym klubie była szansą na wyjazd na zachód, co dla zwykłego człowieka było marzeniem ściętej głowy.

Świat na kolanach

Osiągnięcia "Złotej Jedenastki" do dziś robią kolosalne wrażenie. Ta drużyna od maja 1949 do września 1956 roku wygrała 54 z 61 meczów, ponosząc przy tym tylko dwie porażki. Ich stylem gry zachwycał się cały świat. My też mieliśmy okazję przekonać się o sile Ferenca Puskasa i spółki. W czterech towarzyskich meczach strzelili nam aż 24 gole. Ale to żaden wstyd, bo Madziarzy demolowali wtedy kogo popadnie.

Węgry jako pierwsza reprezentacja spoza Wysp Brytyjskich pokonała Anglików na Wembley. I to w jakim stylu! Mecz rozgrywany przy obecności 105 tysięcy kibiców skończył się wynikiem... 6-3. Madziarzy zszokowali gospodarzy ustawieniem 2-3-3-2. Nikt tak wtedy nie grał w Europie. - Po raz pierwszy zobaczyliśmy taki styl gry. Porażka była dla nas szokiem, bo spodziewaliśmy się łatwej wygranej z przedstawicielami małego kraju, który dopiero uczy się futbolu. Tymczasem oni dali nam taką lekcję, którą zapamiętaliśmy do końca życia - wspominał spotkanie  z listopada 1953 roku sir Bobby Robson.

Wygrana odbiła się szerokim echem. Węgrzy choć byli już wtedy mistrzami olimpijskimi, to jednak dopiero wtedy o ich sile przekonał się piłkarski świat. Wygrane igrzyska olimpijskie z 1952 roku nie zrobiły takiego wrażenia, choć już wtedy mówiono o drużynie jako złotej jedenastce.

Później Anglikom dostało się jeszcze raz. W rewanżowym meczu przegrali w Budapeszcie aż 1-7 i do dziś jest to ich najwyższa porażka w historii. Nic więc dziwnego, że na mistrzostwa świata do Szwajcarii Węgrzy jechali jak po swoje. I wszystko szło zgodnie z planem. W drodze do finału Węgrzy wygrali z Koreą Południową (9-0), RFN (8-3), Brazylią (4-2) i Urugwajem (4-2).

Do historii przeszedł ich ćwierćfinałowy mecz z Brazylijczykami. Angielscy dziennikarze nazwali to spotkanie bitwą pod Bernem. Spotkanie wsławiło się bardzo ostrą grą obu drużyn. Pomimo braku kontuzjowanego Ferenca Puskasa, drużyna Gusztava Sebesa wygrała 4-2. Gorąca atmosfera panowała też po meczu. Zadymę rozkręcił Puskas rzucając butelką w Pinheiro. Brazylijczycy rozpoczęli szturm na szatnię Węgrów. W ruch poszły butelki i buty. Dostało się m.in. Sebesowi. Trener próbował rozdzielić skaczących sobie do gardeł piłkarzy, ale też oberwał w głowę i trzeba było założyć mu cztery szwy.

Cud w Bernie

Finałowy mecz z 4 lipca 1954 roku potocznie nazywa się "Cudem w Bernie". Na drodze niepokonanych Węgrów po raz drugi podczas szwajcarskiego turnieju stanęło RFN. Pierwszy mecz zakończył się pogromem 8-3. Tak miało być i tym razem. Wszystko szło zgodnie z planem, bo po ośmiu minutach Węgrzy prowadzili już 2-0 po trafieniach Puskasa i Czibora. Niemcy zdołali doprowadzić do remisu, a po golu Helmuta Rahna objęli prowadzenie na sześć minut przed końcem. Wtedy do szaleńczego ataku rzucili się Węgrzy. W końcówce cudowny strzał Czibora obronił Toni Turek, a na dwie minuty przed końcem sędzia nie uznał gola strzelonego przez Puskasa, twierdząc, że bramka padła ze spalonego.

Mecz zakończył się wynikiem 3-2 i Węgrom przypadł "tylko" srebrny medal. Spotkanie do dziś wzbudza wiele kontrowersji. Historyk sportu Erik Eggers twierdzi, że niemieccy piłkarze byli na dopingu - przed meczem wstrzyknięto im Pervitin, oparty na metaamfetaminie stymulant używany przez żołnierzy podczas II wojny światowej. Mnóstwo dyskusji wzbudza też decyzja o nieuznaniu bramki strzelonej przez Puskasa. Nie zmienia to jednak faktu, że w Bernie zakończyła się trwająca cztery lata passa kolejnych wygranych "Złotej Jedenastki". Licznik zatrzymał się na liczbie 32.

Na Węgrzech zawrzało. Na ulicę wyszli zrozpaczeni kibice. Do zamieszek doszło w Budapeszcie, gdzie... przewrócono tramwaj i spalono kilka samochodów. Wracający pociągiem piłkarze, po przekroczeniu granicy przesiedli się do opancerzonych samochodów. Musiano oczywiście znaleźć winnych porażki. Przywódca Węgierskiej Partii Pracujących Matyas Rakosi najpierw podziękował piłkarzom za walkę, ale później rozpoczęło się polowanie na czarownice. Najpierw z pracy zwolniono... dziennikarzy Nepsportu, którzy relacjonowali turniej w Szwajcarii. Później zarzut zdrady kraju i szpiegostwa usłyszał bramkarz Gyula Grosics, a po kraju była kolportowana plotka, że każdy z węgierskich piłkarzy otrzymał od Niemców mercedesa w zamian za odpuszczenie finałowego meczu.

Przegrany finał mundialu w Szwajcarii był początkiem końca "Złotej Jedenastki", choć historycy futbolu jako ostateczny jej kres podają 23 września 1956 roku i wygrany 1-0 mecz z ZSRS. Wszystko załamało się wraz z wybuchem powstania węgierskiego. Do Hiszpanii wyjechali wtedy Czibor, Kocsis, którzy zostali graczami Barcelony, a Puskas trafił do Realu Madryt.

Kult drużyny

Węgierski futbol już nigdy nie zbliżył się do wyników osiąganych przez "Złotą Jedenastkę" Pomimo upływu 60 lat, pamięć o niej wciąż jest żywa. - Wystarczy wybrać się na Węgry, żeby zobaczyć jak popularne są koszulki piłkarskie wzorowane na lata 50. czy repliki piłek z tamtego okresu. Pamięć o piłkarzach i ich osiągnięciach jest o wiele większa niż w przypadku naszych Orłów Górskiego - dodaje Listkiewicz. 

Legenda tamtych lat kręci się wokół Puskasa. Zresztą nie bez przyczyny. Bramkostrzelny łącznik uważany był za jednego z czołowych piłkarzy globu. Jego bilans w reprezentacji Węgier to 84 gole w 85 meczach. Bramkę za bramką zdobywał też w drużynie Realu. Żeby strzelić 156 goli, potrzebował zaledwie 180 spotkań. - Miał to szczęście, że oddano mu należny hołd za życia. Kiedy wrócił na Węgry traktowany był jak bohater. Osobiście miałem okazję go poznać, kiedy jako kierownik drużyny przyjechał do Warszawy z reprezentacją młodzieżową Węgier. Spotkaliśmy się w hotelu Gromada i popijając palinkę dyskutowaliśmy o piłce. Puskas bardzo cenił Kazimierza Górskiego. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że poważnie już chory Puskas symbolicznie rozpoczął mecz oldbojów pomiędzy Polską i Węgrami. Było to w latach 90. w Krakowie - wspomina Listkiewicz.

Puskas to prawdziwa legenda na Węgrzech. Jego imieniem nazywane są stadiony, piłkarskie akademie czy nawet wino. - U nas jest problem, żeby nazwać Stadion Narodowy imieniem Kazimierza Górskiego, bo przez to spadnie jego wartość marketingowa. Do Węgrów cały czas dużo nam brakuje - kończy Listkiewicz.

Autor: Krzysztof Oliwa

Dowiedz się więcej na temat: Jeno Buzanszky | Węgry | Ferenc Puskas

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje