Reklama

Reklama

Od Zidane'a do Jonesa - oto 11 największych piłkarskich brutali

Mimo że to jedenaście nazwisk, takiej ekipy próżno szukać w meczowym protokole. Nie tylko dlatego, że nie ma w niej bramkarza. Przedstawiamy subiektywny ranking największych boiskowych rozbójników ostatnich lat. Szajka bez herszta. I jakkolwiek by nie spojrzeć - jedenastka... mocno niewyjściowa.

Rankingowe kryteria nie zostały ujęte w sztywne ramy. Do tego niechlubnego zestawienia można było trafić z niejednolitych powodów. Są tutaj piłkarze boiskową bandyterkę traktujący jako hobby lub wręcz sposób na życie. Ale czasem wystarczył jeden spektakularny atak, który na stałe zapisał się w kronikach futbolu. 

Historia zna wielu złych chłopców, którzy wychodzili na murawę i wcielali się w rolę oprawców. Tylko niektórzy tłumaczyli się tym, że zostali sprowokowani. Liczniejsi geny przemocy mieli jednak we krwi. To raczej nie przypadek, że zwycięzca niniejszego rankingu zamienił boisko na aktorski plan.   

Reklama

Zobacz rejestr tych, którzy oprócz dni chwały przeżywali też dni hańby...

11. Zinedine ZIDANE (Francja)

Francja elegancja? Nic z tych rzeczy. Nie każdy pamięta, że Zidane był kolekcjonerem czerwonych kartek. Na niwie klubowej uzbierał ich przez całą karierę 11, co jak na zawodnika usposobionego ofensywnie musi robić wrażenie. Najwięcej - cztery - w okresie gry we włoskiej Serie A (Juventus Turyn, 1996-2001).

Statystyka ta nie ma jednak wielkiego znaczenia. Jeśli chodzi o czyny rozbójnicze, na pierwszy plan wysuwa się atak Zidane’a z finału mundialu AD 2006. "Z byka" potraktował wówczas Marco Materazziego, uderzając go z pełnym impetem w klatkę piersiową. W 110. minucie gry, przy stanie 1-1, obejrzał za to czerwoną kartkę. Tłumaczył potem, że włoski rywal sprowokował go, obrażając jego siostrę. Mistrzem świata została Italia, ale dopiero po serii rzutów karnych.     

10. Jaap STAAM (Holandia)

Przez wielu uważany za najbardziej bezkompromisowo grającego defensora czasów nowożytnych. Co ciekawe, w rozgrywkach klubowych nigdy nie otrzymał bezpośredniej czerwonej kartki. Trzykrotnie był wykluczany z gry po dwóch żółtych kartonikach - dwa razy w Serie A i raz w Lidze Mistrzów.

Jego firmowym "zagraniem" w sytuacjach kryzysowych był chwyt za gardło, o czym przekonał się m.in. Patrick Vieira, który posturą budził respekt wszędzie, gdzie się pojawił. Staam też jednak ułomkiem nie był (191 cm/91 kg). Kiedy wykonywał wślizg, trenerzy drużyn przeciwnych modlili się, żeby trafił w piłkę. Gdyby czynnym zawodnikiem był dzisiaj, a nie paręnaście lat temu, wiele jego interwencji kończyłoby się dyscyplinarnym zawieszeniem. 

         

9. Gennaro GATTUSO (Włochy)

Jeśli ktoś za wszelką cenę nie chciał go nazwać brutalem, mówił o nim "wojownik". Najwięcej mówiła jednak jego ksywa: "Pitbull". Nie oszczędzał nie tylko rywali, ale i członków sztabu szkoleniowego drużyn przeciwnych. Najmocniej przekonał się o tym Joe Jordan, swego czasu drugi trener Tottenhamu. Gattuso uderzył go otwartą ręką w krtań, a następnie próbował wymierzyć cios głową w twarz. 

W końcu jednak trafiła kosa na kamień. Po zderzeniu z Alessandro Nestą krewki pomocnik doznał urazu nerwu, co doprowadziło do poważnych problemów ze wzrokiem. Spokorniał nieco dopiero jako trener.  

8. DIEGO COSTA (Hiszpania)

Pluje, gryzie, depta i obraża, a tylko czasem gra w piłkę. Na taką wizytówkę Diego Costa usilnie pracował przynajmniej przez ostatnie 10 lat. I robił to z taką determinacją, że jego niewątpliwy talent snajperski zszedł, jeśli nie na trzeci, to na pewno na drugi plan. Przy tym nie ma dla niego znaczenia, kogo obiera sobie za cel. To nie musi być zawodnik drużyny przeciwnej. Równie dobrze może nim być arbiter albo chłopiec do podawania piłek.

Najwięcej emocji wywoływały jego boiskowe konfrontacje z Sergio Ramosem. Swego czasu dochodziło do nich regularnie przy okazji derbowych potyczek Atletico z Realem Madryt. Co ciekawe, obaj panowie całkiem nieźle dogadywali się w reprezentacji Hiszpanii. W zaciekłych wrogów zamieniali się tylko na gruncie ligowym.    

7. Axel WITSEL (Belgia)

Polskim kibicom nie trzeba go bliżej przedstawiać. To on omal nie zakończył przygody z piłką Marcina Wasilewskiego. W sierpniu 2009 roku reprezentant Belgii - wówczas 20-letni - potwornie pogruchotał Polakowi nogę w podudziu podczas ligowego meczu Anderlechtu Bruksela ze Standardem Liege. To było otwarte złamanie kości piszczelowej i strzałkowej. Rozbrat "Wasyla" z futbolem trwał 16 miesięcy.

Witsel wyraził wówczas skruchę i zapewniał, że faul był nieumyślny. Agresor został jednak zdyskwalifikowany do końca rundy jesiennej. Musiał również zapłacić 2,5 tysiąca euro kary. Nikogo innego nigdy później nie wykluczył z gry na tak długo, ale kości obijał rywalom wielokrotnie.   

    

6. Roy KEANE (Irlandia)

"Żałuję, że nie potraktowałem go ostrzej" - takie słowa znalazły się w autobiografii Roya Keana, której uaktualnione wydanie ukazało się przed pięcioma laty. Wyznanie odnosiło się do wydarzeń z 2001 roku. W derbach Manchesteru przez krewkiego Irlandczyka bestialsko sfaulowany został wówczas Norweg Alf-Inge Haaland. Jego obrażenia były tak poważne, że do zawodowego futbolu już nie wrócił.

Keane - który innym razem podbił oko koledze z zespołu Peterowi Schmeichelowi, uderzając go z "z byka" - otrzymał za faul na Haalandzie 155 tys. funtów kary i został zawieszony na osiem spotkań. Niewiele go to jednak nauczyło. Kariery nikomu już wprawdzie nie "skasował", ale na murawie siał terror przez kolejne lata.

5. Sergio RAMOS (Hiszpania)

Skutecznie zapracował na miano najbardziej bezwzględnego defensora XXI wieku. Przestrzeń internetowa pełna jest kompilacji z jego brutalnymi atakami na przeciwników. Szczególnie bezpardonowo traktował Lionela Messiego, z którym w Primera Division mierzył się niejednokrotnie przy okazji El Clasico. Potrafił jednak łapać za twarz również swoich kolegów z reprezentacji Hiszpanii - wiedzą coś o tym Carles Puyol i Xavi Hernandez. 

Ramos narobił sobie wielu wrogów wybrykiem w finale Ligi Mistrzów AD 2018, w którym Real Madryt mierzył się z Liverpoolem. Założył wówczas dźwignię na łokieć Mohamedowi Salahowi, powalając go na ziemię i powodując u niego groźną kontuzję barku. Długo wydawało się, że uraz Egipcjanina wykluczy go z mundialu w Rosji. Ostatecznie udało mu się w mistrzostwach wystąpić, ale obaj panowie od tamtego czasu traktują się bardzo chłodno.

4. PEPE (Portugalia)

O jego podejściu do wykonywanego zawodu świadczy fragment wywiadu, jakiego udzielił dziennikowi "El Pais": - Cenią mnie za to, że na boisku jestem nieustraszony i zdeterminowany. Niektórzy myślą, że gram brutalnie, a ja po prostu jestem pewny siebie. Taki powinien być środkowy obrońca. Prawda jest taka, że im mniej napastników do mnie podchodzi, tym lepiej dla drużyny i dla mnie".

Sęk w tym, że Pepe sam chętnie szukał konfrontacji. Wyspecjalizował się w kopaniu przeciwnika leżącego na murawie oraz w uderzeniach podeszwą powyżej pasa. Cud, że jak do tej pory nikomu nie wyrządził poważnej krzywdy.  

3. Zlatan IBRAHIMOVIĆ (Szwecja)

Bodaj jedyny w tym gronie, który nie ukrywa, że boiskowe chuligaństwo po prostu sprawia mu frajdę. Najczęściej poniewierał rywalami w walce o piłkę, ale kiedy nudziło mu się na treningu, potrafił dla zabawy kopnąć w potylicę kolegę z zespołu. Mimo że ma już 38 lat, rozbójnicze inklinacje nadal się go trzymają. Nie dalej jak ostatniego lata złamał rywalowi jedną z kości czaszki w MLS.  

Szwedzki napastnik nigdy nie ukrywał, że mściwość to jedna z cech jego charakteru. W jednym z wywiadów wyznał, że brutalny faul taekwondo na Marco Matterazzim - z 2010 roku - planował przez cztery lata. To był rewanż za nieczyste zagranie Włocha, po którym "Ibra" musiał opuścić murawę. Jak widać, o wyrównaniu rachunków nie zapomina nigdy.  

2. Eric CANTONA (Francja)

Jego najbardziej spektakularny faul kojarzy już trzecie pokolenie kibiców. Doszło do niego 25 stycznia 1995 roku na obiekcie Crystal Palace. Francuz był wtedy zawodnikiem Manchester United. Na początku drugiej połowy otrzymał czerwoną kartkę za faul na pilnującym go obrońcy. Kiedy schodził do szatni, przez miejscowego kibica został nazwany bękartem, za co wymierzył mu butem cios kung-fu z wyskoku.

Poszkodowanym był Matthew Simmons. Żeby obrazić piłkarza MU, zbiegł 11 rzędów z góry - pod samą linię boczną. Cantonie gwałtowna reakcja nie uszła oczywiście na sucho. Został skazany na dwa tygodnie więzienia. W celi spędził jednak tylko kilka godzin. Wyszedł za kaucją, a karę zamieniono mu na 120 godzin prac społecznych. Czy przez późniejsze lata i dzisiaj byłby równie znaną postacią, gdyby nie tamten spektakularny kopniak?     

1. Vinnie JONES (Walia)

Już nie piłkarz, bardziej gangster - taka "łata" przylgnęła do niego na dobre. A on sam czuł się z nią całkiem swobodnie. Nigdy nie było wiadomo, w jakim celu wychodzi na murawę. Grać w piłkę czy urządzić polowanie na któregoś rywala? Kiedy otrzymywał kartkę zaraz na początku spotkania - jego rekord to 3. sekunda gry - w zasadzie wszystko było jasne.

Był nieformalnym szefem "szalonego gangu". Takim mianem określano w drugiej połowie lat 80. ekipę Wimbledonu, której kapitanował. Roiło się w tym zespole od boiskowych złoczyńców, ale żaden z nich nie atakował rywala z taką nienawiścią, z jaką robił to Jones. Kiedy któregoś dnia - w wieku 34 lat - zostawił futbol na rzecz aktorstwa, wszyscy nadal grający w piłkę mogli się poczuć bezpieczniejsi. Godnego następcy na szczęście jak na razie się nie doczekał...    

UKi

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy