Reklama

Reklama

Nowak: Nie jestem tyle wart

Oferty dostałem od Wisły Kraków i Legii Warszawa. Mogłem odejść. Długo rozmawiałem jednak z trenerem i kolegami z drużyny. Wówczas graliśmy naprawdę dobrą piłkę, wspólnie doszliśmy do wniosku, że kupimy jeszcze dwóch, trzech świetnych zawodników i będziemy walczyć o najwyższe cele - mówi Dawid Nowak w wywiadzie dla ASInfo.

Nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy utalentowanego Dawida Nowaka, gdyby przez większość pobytu w GKS-ie Bełchatów nie zmagał się z kontuzjami. Na szczęście zawodnik, w którym upatruje się następcę Radosława Matusiaka, powrócił już do gry. Teraz będzie chciał odzyskać formę i znów przypomnieć się kibicom w Polsce, a także trenerowi kadry, Leo Beenhakkerowi.

Ze zdrowiem już wszystko w porządku?

- Już tak, chociaż czuję jeszcze mały dyskomfort. Dosyć długo leczyłem kontuzję. Można powiedzieć, że nie grałem w piłkę od marca aż do teraz. Miałem kilka zabiegów, a najgorszy był pobyt w Szczecinie, który trwał prze całe wakacje. Rano siłownia, a od 12 do 20 rehabilitacja. I tak codziennie.

Reklama

Czy już wiesz, dlaczego jesteś podatny na częste kontuzje?

- Sam nie wiem. Przed przyjściem do GKS-u grałem w czwartej i trzeciej lidze. Tam piłkarze bardziej kopią się po nogach, a mimo to nie zmagałem się z kontuzjami. Kłopoty zaczęły się, gdy zagrałem w Ekstraklasie. Być może nie byłem przygotowany wytrzymałościowo? W końcu w tej klasie rozgrywkowej wysiłek fizyczny jest znacznie większy.

Niektórzy już cię ochrzcili "Pechowcem z Bełchatowa".

- Nie dziwię się. Pech cały czas mnie prześladował. Jestem w tym klubie już 2,5 roku, a większość czasu spędziłem w szpitalach. Pół roku miałem znakomite, gdy walczyliśmy o tytuł mistrza kraju.

Podobno wtedy ofertę złożyło ci Zagłębie Lubin, które świętowało mistrzostwo Polski?

- Nie tylko Zagłębie. Oferty dostałem też od Wisły Kraków i Legii Warszawa. Mogłem odejść. Długo rozmawiałem jednak z trenerem i kolegami z drużyny. Wówczas graliśmy naprawdę dobrą piłkę, wspólnie doszliśmy do wniosku, że kupimy jeszcze dwóch, trzech świetnych zawodników i będziemy walczyć o najwyższe cele.

Po odejściu Radosława Matusiaka to w tobie wszyscy widzą godnego następcę. Uważasz, że jesteś gotowy zastąpić byłego reprezentanta kraju?

- Cieszą mnie takie słowa, ale czy ja mam teraz o tym myśleć? Nie. Cały czas maksymalnie trenuję. Teraz najważniejszy jest dla mnie powrót do wysokiej dyspozycji i odzyskanie miejsca w składzie.

Czy to prawda, że twoja karta zawodnicza jest wart ponad 2 mln zł?

- Powiem więcej, zespół, który chce mnie pozyskać musi wyłożyć milion, ale waluty europejskiej! To kwota nierealna. Nikt tyle za mnie nie zapłaci i słusznie, bo obecnie nie jestem tyle wart

Ale może w niedługim czasie ta kwota będzie jeszcze wyższa. W spotkaniu z Lechem strzeliłeś dwa gole. Forma chyba wraca?

- Cieszę się, ale tylko z bramek. Jeśli chodzi o mecz w Pucharze Ekstraklasy, to zagrałem słabo. Byłem zawiedziony swoją postawą. Nie dość, że nie miałem sił, to zaliczyłem dużo strat. Takie mecze nie powinny mi się przydarzać.

Reprezentacja to temat wciąż otwarty?

- Jasne, że tak. Dotychczas wystąpiłem w jednym spotkaniu. Zagrałem dobry mecz, dzięki czemu dostałem powołanie na kolejne spotkanie z Estonią. No i wtedy doznałem tej kontuzji... Na razie myślę o powrocie do drużyny. Jak będę dobrze grał, to Leo Beenhakker na pewno przypomni sobie o mnie.

Dlaczego GKS tak słabo spisuje się w lidze?

- Problem polega na tym, że nie potrafimy wykorzystać sytuacji bramkowych. Ze Śląskiem Wrocław graliśmy naprawdę dobrze. Rywal pierwszy celny strzał na naszą bramkę oddał dopiero w 38. minucie spotkania! Gdybyśmy wykorzystali choć połowę sytuacji, wynik na pewno byłby inny. Na pewno brakuje nam też szczęścia, ale z Lechią było już dobrze.

Dowiedz się więcej na temat: cele | gks | Warszawa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy