Reklama

Reklama

Niech żyje gol, czyli tajemnice rynku napastników

W czasach, gdy UEFA wprowadza finansowe fair play, oligarchowie z szejkami podzielili świat futbolu na bogaczy i nędzarzy. Każdy piłkarz stara się w nim znaleźć miejsce dla siebie.

Jeśli ktoś nie rozumiał, dlaczego Robert Lewandowski tak bardzo chciał się przenieść do Monachium, niech spojrzy, co się dzieje z innymi napastnikami. Łowcy goli na gwałt poszukują nowych miejsc pracy, bo też mimo ekonomicznego kryzysu zapotrzebowanie na nich stało się wyjątkowe.

Reklama

Wyceniony przez Monaco na 60 mln euro Radamel Falcao niedługo cieszył się ze statusu najdroższego piłkarza tego lata. Rosjanina Dmitrija Rybołowlewa przebili szejkowie z PSG wydając na Edinsona Cavaniego 64 mln. To rekord piłkarskich "nuworyszów". Drożsi w historii byli jedynie gracze sprowadzani przez Real Madryt lub Barcelonę: Cristiano Ronaldo (96), Zlatan Ibrahimovic (70), Zinedine Zidane (69) i Kaka (65). 

Piłkarze i ich agenci od dawna kierują się prostą zasadą, że najlepiej zarabia się na transferach. Najpotężniejszy futbolowy pośrednik Jorge Mendes zbudował na tym swoje imperium. Dziś ma w piłce status równy prezesom najpotężniejszych klubów na ziemi. Niemal każdy finał Champions League jest wygrany dla któregoś z jego klientów.

O ile dla 26-letniego Cavaniego przeprowadzka do Paryża może wiązać się z awansem futbolowym, o tyle Falcao nie zobaczymy póki co w Lidze Mistrzów, choć wywalczył do tego prawo w Atletico Madryt. Pod względem sportowym krok w tył ma zamiar wykonać Gonzalo Higuain, od lat traktowany przez Real Madryt jak piłkarz na dorobku. Reprezentant Argentyny gotów jest odejść do Arsenalu, Chelsea, czy Napoli, byle tylko jego kontrakt wzrósł do 6 mln euro za sezon. Widząc co się dzieje na rynku "Królewscy" żądają jednak za transfer 40 mln. Florentino Perez od zawsze umiał drogo kupić, dziś uczy się też drogo sprzedawać.

Prezes Realu ma jednak przed sobą wielkie zagrożenie. Gdyby Cristiano Ronaldo nie przedłużył umowy z klubem wygasającej za dwa lata, mógłby u następnego pracodawcy wynegocjować wynagrodzenie wręcz kosmiczne. Każdy zdolny agent, a już z pewnością Jorge Mendes weźmie to pod uwagę, gdy zasiądzie do rozmów z Perezem. Przed rokiem, gdy Jose Mourinho miał konflikt z Sergio Ramosem, wszyscy w Madrycie trzęśli się ze strachu, by jeden z kapitanów nie znalazł sobie nowego miejsca pracy. Na Santiago Bernabeu godzi się zarabiać tylko 4 mln euro za sezon, w każdym innym klubie obrońca tej klasy dostałby dwa razy więcej.

W kontekście nowych cen na rynku podyktowanych przez oligarchów i szejków kwota 28 mln euro zapłacona przez Manchester City za Hiszpana Alvaro Negredo z Sevilli nie rzuca na kolana. A jednak. To napastnik już 28-letni, solidny, ale trudno uznać, że wybitny, tymczasem trafia do klubu stawiającego sobie najwyższe cele. A przecież Sevilla zajęła w minionym sezonie 9. miejsce w Primera Division, więc prezes Jose Maria del Nido doszedł do wniosku, że pora zacząć od nowa sprzedając ostatnich graczy o znanych twarzach. Za skrzydłowego Jesusa Navasa City dało 25 mln. Negredo? W minionym sezonie zdobył 25 bramek i w klasyfikacji strzelców Primera Division wyprzedzili go tylko Leo Messi, Cristiano Ronaldo i Falcao. Nie było lepszego momentu na transfer.

Kluby hiszpańskie toną w długach szacowanych na około 4 mld euro. Przed rokiem nieznany szerzej 25-letni Michu przeniósł się z Rayo Vallecano do Swansea za kwotę marnych 3 mln euro. Ponieważ stał się objawieniem w Priemier League, boom na Hiszpanów na Wyspach osiągnął apogeum. Wcześniej kupowano pomocników (Cazorla, Mata, Silva), teraz także napastników. Jeśli Michu powiodło się w najbogatszej lidze świata, dlaczego miałoby się nie udać Negredo?

Szefowie Barcelony są autorami jednego z najbardziej kuriozalnych transferów w historii. Ogłosili, że Neymar kosztował ich 57 mln euro, tymczasem Santos twierdzi, iż otrzymał 9 mln. Co stało się z różnicą? 8 mln wzięły firmy mające część praw do gracza, resztę zainkasował prawdopodobnie tato piłkarza, za przekonanie syna, że najlepsze miejsce na ziemi to Camp Nou. Szefowie Santosu mieli niską pozycję negocjacyjną wobec wychowanka. Neymar był w sytuacji podobnej do Lewandowskiego w Borussii. W 2014 roku kończył mu się kontrakt i mógłby odejść za darmo, a brazylijski klub nie ma takiego komfortu finansowego, jak finalista ostatniej edycji Champions League.

Słowa wdzięczności, obietnice powrotu, łzy wzruszenia, które wylewają piłkarze podczas zmiany barw klubowych są szczere tylko do pewnego stopnia. Każdy jest panem swojego losu, kowalem szczęścia, chcąc z krótkiej kariery wycisnąć jak najwięcej. Kibic musi uczyć się czytać między wierszami. Prezes Del Nido pożegnał Negredo słowami: "opuszcza nas jeden z największych napastników w historii klubu". Znaczy, że jest zadowolony z ceny wynegocjowanej od City.

Za chwilę do listy napastników ocierających się o transferowe rekordy dołączy pewne Wayne Rooney. Podobno nowego pracodawcy szuka nawet Ibrahimovic - najdroższy piłkarz w historii. Jego wszystkie transfery kosztowały kluby 180 mln euro, ale agent piłkarza - ekscentryczny jak jego klient - Mino Raiola nie powiedział ostatniego słowa.

Jeśli Rooney będzie chciał odejść z United, nic go nie powstrzyma. Przykład Fernando Llorente straszy właścicieli i prezesów. Bask zażądał podwyżki w Athletic Bilbao, a gdy zaproponowano mu za małą, poczekał do końca kontraktu i poszedł do Juventusu za darmo. Zamiast dać zarobić Athletic, dał zarobić sobie, bo Włosi zapłacili mu kontrakt, jakiego żądał.

W sytuacji wielkiego, europejskiego boomu na napastników dziwacznie wygląda transfer Davida Villi, za którego Barcelona otrzyma maksimum 5 mln euro. Tak jednak się dzieje, gdy sprzedaje bogaty, a kupuje biedny. Atletico tonie w długach, czego nie mogła zmienić sprzedaż Falcao. Prezes Enrique Cerezo musi więc ruszać głową, a nie kieszenią. Szefowie Barcy oddają mu gracza zbędnego i wysoko opłacanego, nie mogli żądać za transfer zbyt dużo. Koszulki Villi w nowym klubie idą jak woda, na prezentacji było 20 tys. rozszalałych z radości fanów, którzy najlepszego strzelca w historii reprezentacji Hiszpanii nie traktują jak okruchów z pańskiego stołu. Może 31-letni gracz sprawi, że się nie zawiodą?

Oligarchowie i szejkowie uważają, że futbolem nie muszą rządzić prawa rynku. Oni się na boisku bawią, za pieniądze zarobione gdzie indziej. Tylko biedni mają ciężej, by utrzymać się w rywalizacji. Zaczynają jednak rozumieć, że sztuką jest nie drogo kupić, ale drogo sprzedać. W ten osobliwy sposób spełnia się sen UEFA o finansowym fair play, bo każdy działa racjonalnie, czyli na swoją miarę. Kibic także ma niezłą frajdę, już nawet w okresie wakacyjnym przeżywa niezwykłe, futbolowe emocje.

Autor: Dariusz Wołowski

Dyskutuj z autorem na jego blogu

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama