Reklama

Reklama

Mundial w Brazylii: Święto futbolu czy skok na kasę?

Chleba i igrzysk domagali się przed wiekami najbiedniejsi, dziś właśnie ci, którym żyje się najtrudniej, protestują przeciwko organizacji mistrzostw świata w piłce nożnej i to w Brazylii, gdzie futbol to "religia". Świat się zmienia, ale nie dla szefów FIFA. Ich interesuje coś innego - właśnie ogłosili, że w 2013 r. powiększyli rezerwy finansowe do 1,432 mld dolarów!

Brazylijczycy nie chcą mundialu. Wychodzą na ulice i protestują. Szefowie FIFA twierdzą, że to problem brazylijskich władz, ale zdają sobie sprawę, że sytuacja jest bardzo napięta. W przeciwnym razie sekretarz generalny FIFA Jerome Valcke nie próbowałby przekonać Brazylijczyków, aby nie protestowali przeciwko mundialowi. Powiedział im, że Międzynarodowa Federacja Piłki Nożnej nie wykorzystuje żadnych publicznych pieniędzy. Nie dodał jednak, że dzięki ogromnym brazylijskim inwestycjom FIFA zbije fortunę.

Na ostatnich MŚ w RPA zarobiła 3,655 mld dol. (bez zysków z biletów). Gigantyczne zyski daje jej monopol na wszystko, co jest związane z mistrzostwami i zwolnienia z podatków. Pewnie, ponosi też spore wydatki, ale nie da się ich porównać z kosztami, jakie ponoszą państwa organizatorów.

Reklama

Zafundują święto futbolu za 15 mld dolarów

Same stadiony to koszt trzech, a według innych źródeł nawet czterech, miliardów dolarów! Już dziś wiadomo, że nigdy się nie zwrócą, a ich utrzymanie będzie słono kosztować. Mówi się o nich "białe słonie" przez pamięć na sprytny zwyczaj królów Syjamu, którzy obdarowywali fałszywych sojuszników prezentami równie okazałymi, co kosztownymi w utrzymaniu do tego stopnia, że rujnowały "nagrodzonych".

- Budowa stadionów kosztowała miliardy dolarów - o wiele za dużo - podkreśla Bartosz Zbroja, konsultant ds. zarządzania i eventami, który pracował m.in. na stadionie Wembley i dla F1 w Silverstone. - W kraju rozwijającym się technologie budowlane nagle okazały się bardzo kosztowne. Rząd sięga po pomoc do sektora prywatnego. Partnerstwo publiczno-prywatne przy budowie stadionów, które miało być wybawieniem, nagle okazało się przekleństwem. Przykładem jest zmodernizowana za środki publiczne Maracana. Kolosalny koszt przebudowy to 1.8 mld zł, wykonawcą była firma z branży budowlanej z rynku brazylijskiego Odebrecht. Później okazało się, że firma ta przystępuje do partnerstwa z lokalnym miliarderem i światowym gigantem branży rozrywkowej AEG z USA i wygrywają kontrakt na zarządzanie obiektem na 35 lat. Więc na legendarną Maracanę wprowadzane są komercyjne standardy, które nie były znane do tej pory na tym rynku. Połowa pojemności stadionu dostępna jest tylko dla najbogatszych, a masowi kibice lokalnych drużyn zostali wykluczeni. Do tego jeszcze obiekt pozbawiono dziedzictwa kulturowego.

W dodatku stadiony to tylko wierzchołek góry lodowej. Mundial w Brazylii będzie najdroższy w historii, bo aby został rozegrany, trzeba wyłożyć gigantyczne pieniądze na budowę i modernizację lotnisk, portów, kolei czy transportu lokalnego.

Zawsze w takich przypadkach zakładany budżet ostatecznie zamyka się w kwocie o wiele wyższej. Brazylijczycy liczyli, że wystarczy 9,5 mld dolarów, teraz ta kwota wzrosła do 14,5 mld, a to nie koniec, mimo że wiele z zapowiadanych inwestycji nie powstanie. Koszty rosną lawinowo, jak choćby w przypadku lotniska w Kurytybie, którego koszt modernizacji przekroczył aż o 166 procent przewidywaną kwotę 13 mln euro. Podobnie było przy przebudowie Maracany - zamiast zakładanych 306 mln euro, pochłonęła 454 mln.

Czy w takiej sytuacji można dziwić się Brazylijczykom, że nie chcą zafundować światu miesięcznego święta futbolu za 15 mld dolarów?

Futbol ważniejszy niż łóżka w szpitalach?

Zanim szef FIFA Joseph Blatter ogłosi, że był to najlepszy mundial w historii, Brazylijczyków czeka fala podwyżek. Gdy o 7 procent podniesiono ceny biletów komunikacji miejskiej, ulice zalały miliony protestujących. Urosły barykady i płonęły samochody, a policja przywracała porządek gazem łzawiącym i gumowymi kulami.

Wśród przeciwników organizacji mundialu są także byłe gwiazdy piłki. Dawny snajper Barcelony Rivaldo w dramatycznym wpisie na Twitterze przypomniał, że jego ojciec zmarł, bo gdy potrącił go samochód, w publicznym szpitalu nie udzielono mu pomocy. Rivaldo podkreśla, że dobrze pamięta, jak smakuje bieda i dlatego teraz Brazylia zamiast organizować mundial, powinna inwestować w oświatę i ochronę zdrowia.

Wtóruje mu Romario. "Widzisz szpitale bez łóżek, w których ludzie leżą na podłodze. Widzisz szkoły, które nie są w stanie zapewnić dzieciom posiłku. Nie mają też klimatyzacji i dzieciaki uczą się w 45-stopniowym upale. FIFA dba tylko o jedno: pieniądze" - powiedział w wywiadzie dla "New York Times".

Romario nie przebiera w słowach, mówiąc o szefach FIFA. Sekretarz generalny Jerome Valcke to według niego oszust, a Blatter - złodziej.

- FIFA potrafi zadbać o swoje interesy jak nikt inny. Akumuluje swój kapitał w szwajcarskich bankach w depozytach, wyznacza nowe kierunki rozwoju. Sepp Blatter i Jerome Valcke w piątek przedstawiali raport z działania organizacji. Rezerwy finansowe FIFA w 2003 roku wynosiły tylko 76 milionów dolarów, a już w 2013... miliard 432 miliony dolarów! - podkreśla Bartosz Zbroja.

Komu potrzebny jest mundial w Brazylii?

"Nie stać nas na mistrzostwa świata. Po co nam to?" - pyta Rivaldo.

- Minister sportu Brazylii - Luis Fernandez, broniąc swojej pozycji, za każdym razem przypomina w zagranicznej prasie, że zbyt krytycznie patrzymy na kontekst wielkich imprez. Domagamy się perfekcyjnego spektaklu w standardach, do których jesteśmy przyzwyczajeni, a te są przecież inne na każdym kontynencie. Podkreśla, że jeśli tego nie uwzględnimy, to mistrzostwa staną się spektaklami tylko dla bogaczy - dodaje Bartosz Zbroja.

Brazylia organizowała już MŚ, ale turnieju z 1950 r. nie da się porównać z tegorocznym. Tak wielkiej imprezy w Brazylii jeszcze nie było, a przecież już za dwa lata Rio de Janeiro zorganizuje, a raczej ma zorganizować, igrzyska! Oba święta sportu mają pokazać światu nowoczesną Brazylię.

W efekcie skoku gospodarczego ostatniej dekady i aktywnej polityki poprzedniego prezydenta - Luli Da Silvy oraz obecnej - Dilmy Rousseff, Brazylia zdobyła miano "lokomotywy Ameryki Południowej". Pod względem wielkości PKB wyprzedziła już Wielką Brytanię i awansowała na szóste miejsce w rankingu największych gospodarek świata. Ciągle ma ogromny potencjał - rozwija się w dwukrotnie szybszym tempie niż kraje europejskie.

Niezwykle dynamiczny rozwój niesie jednak ze sobą także zagrożenia. Brazylia jest krajem kontrastów charakterystycznych dla dzikiego kapitalizmu. Bogaci mnożą bogactwa, biedni pogrążają się w beznadziei, a gwałtowny wzrost gospodarczy tylko pogłębia przepaść między nimi. Programy takie jak Bolsa Familia, które stawiają na edukację i zdrowie, pomogły już milionom rodzin wyjść z ubóstwa, ale w blisko 200-milionowym kraju nie wygrywa się wojny z biedą w ciągu kilku lat, nawet mimo odkrycia ogromnych podmorskich złóż ropy naftowej.

Elity mają jednak wielkie pieniądze i coraz większe ambicje, a prezydent Rousseff liczy, że okrzyknięty sukcesem mundial przełoży się na jej sukces w jesiennych wyborach prezydenckich.

Zabawa tylko dla bogatych?

Politycy twierdzą, że organizacja wielkiej imprezy sportowej rozrusza gospodarkę, ale później najczęściej zyski okazują się przeszacowane. Podobnie jest z miejscami pracy - w RPA spodziewano się, że dzięki przygotowaniom do mundialu powstanie 400 tys. nowych etatów, a było ok. 160 tys. W dodatku wiele z nich znikło tuż po zakończeniu realizacji inwestycji, bo większość nowych miejsc pracy oferowały sektory budowlany i turystyczny. Liczba turystów, którzy przylecieli do RPA na Puchar Świata wyniosła 300 tys. wobec zakładanych 450 tys. Zostawili 1,4 mld dolarów. Z kolei organizatorzy MŚ w Brazylii liczą, że przyjedzie aż 600 tys. kibiców i zostawią 3,1 mld dolarów.

Co na to protestujący na brazylijskich ulicach? Dla nich mundial to zabawa bogatych, a przede wszystkim skok na państwową kasę. Ich gniew budzą niejasne mechanizmy zarządzania inwestycjami, podejrzenia o korupcję, brak planowania i niekompetencja urzędników. Protestujący podkreślają, że ogromne inwestycje przy organizacji mundialu nie poprawią ich standardu życia, a są przede wszystkim okazją dla najbogatszych na jeszcze większą akumulację kapitału.

Bartosz Zbroja nie ma złudzeń: - FIFA chce sprzedać najpiękniej "opakowane" emocje, a te z pewnością dostanie właśnie w Brazylii, w kraju gdzie futbol jest religią. A obecny futbol przecież stał się produktem. Na przykładzie Brazylii widzimy jak na dłoni problemy świata rozwijającego się. FIFA ze swoim biznesem zdobywa coraz to nowe terytoria, kumulując zyski, a organizatorom pozostaje nadzieja na lepsze jutro po turnieju.

Trudno dziwić się Brazylijczykom, że to dla nich za mało. FIFA długo ignorowała protesty twierdząc, że to wewnętrzna sprawa Brazylii. Teraz ustami sekretarza generalnego próbuje przekonać Brazylijczyków, że powinni być wdzięczni za otrzymanie praw organizacji MŚ, zwłaszcza, że FIFA wpompuje w kraj 800 mln dol. Tyle, że dokładnie tyle samo brazylijski rząd wyłoży na samo zabezpieczenie imprezy...

Problemy Brazylii z organizacją MŚ są świadectwem tego, że obecna formuła mundialu przeżyła się w związku z lawinowo rosnącymi kosztami. Szef UEFA Michel Platini zaproponował rewolucyjny pomysł - Euro 2020 rozegrane zostanie w 13 miastach na całym kontynencie. Czy FIFA już wkrótce będzie musiała przejąć tę formułę?

Autor: Mirosław Ząbkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL