Reklama

Reklama

MLS. Robert Sibiga: Howard Webb to świetny człowiek i fachowiec

​Pięciu piłkarzy i sędzia Robert Sibiga, który pracuje nad podniesieniem umiejętności pod okiem Howarda Webba, to polskie akcenty ostatniego sezonu ligi MLS. - To świetny człowiek i fachowiec - powiedział o słynnym Angliku arbiter.

Polska Agencja Prasowa: Jak długo sędziuje pan w MLS i jakie są pana największe osiągnięcia?

Reklama

Robert Sibiga: - Profesjonalnie sędziuję od 2013 roku, ale po boiskach MLS biegam od 2015. Gwizdałem m.in. finał USL, czyli drugiego szczebla rozgrywek, w tym roku finał konferencji Zachodniej MLS, a także mecz Gwiazd w 2018 w Atlancie. Ten ostatni oglądało ponad 72 tysięcy widzów, a przeciwnikiem ligowców z MLS był Juventus Turyn, z Wojtkiem Szczęsnym. W sumie mam za sobą ponad 120 spotkań jako główny i kolejne kilkadziesiąt jako techniczny i VAR. Jestem jednym z najbardziej doświadczonych i zapracowanych rozjemców w MLS.

Początki nie były jednak łatwe, bo kiedy pan startował, to termin "zawodowy sędzia" w USA nie istniał. Jak pan wspomina tamten okres?

- Różnice są olbrzymie. Do 2013 roku nie było sędziów na kontraktach, dostawaliśmy po prostu dniówki. Dla mnie to nie było ważne, bo to była moja pasja. Zaraz po pracy - jako agent nieruchomości - przebierałem się w aucie, jechałem na mecz i natychmiast po nim leciałem do domu, aby pobyć trochę z rodziną. Zainwestowałem mnóstwo czasu i pieniędzy, aby piąć się w górę. W 2012 federacja amerykańska federacja stworzyła organizację PRO Referee, skupiającą się na zatrudnianiu i profesjonalnym rozwoju arbitrów. Pracujący tam Anglik Paul Rejer wypatrzył mnie na turnieju Disney Showcase na Florydzie i zaproponował kontrakt. Przez półtora roku byłem sędzią technicznym, a od 2015 gwiżdżę jako główny.

A jak wygląda sędziowska rzeczywistość dziś?

- Dziś mamy idealne warunki, aby być w najlepszej formie fizycznej i mentalnej. Jest infrastruktura, swoboda i mobilizacja. Trenujemy codziennie i sporo podróżujemy. Obecnie z powodu pandemii lecimy na mecz dwa dni wcześniej, bo dzień przed musimy zrobić test na COVID. Taki jednorazowy wyjazd to czasem czterodniowe i trudne przedsięwzięcie, ale robię to, co kocham. Dzięki temu utrzymuję rodzinę i opłacam studia córek. Jestem ostatnią osobą, która na coś narzeka.

Prócz sędziowania w MLS jest pan także obserwatorem i mentorem młodszych arbitrów. Wśród nich jest inny Polak, Łukasz Szpala. Wróży mu pan ciekawą karierę?

- Łukasza traktuję jak młodszego brata. Przyjechał do USA niedawno i w związku z tym, że w Polsce sędziował na poziomie 3. ligi napisał do mnie z pytaniem, jak mógłby się tutaj sprawdzić. Zaprosiłem go do udziału w kolejnej edycji Disney Showcase, gdzie byłem obserwatorem. Rokował spore nadzieje, więc wziąłem go pod swoje skrzydła. W tym roku widać tego efekty - prowadził dwa mecze play-off w lidze USL oraz otrzymał tytuł najlepszego sędziego turnieju NWSL Challenge Cup z udziałem zawodowych drużyn kobiecych. W MLS na razie pracuje jako sędzia techniczny, ale ma dopiero 28 lat i wierzę, że w 2021 dostanie i wykorzysta szansę na środku.

Kiedyś takim mentorem był dla pana mający w dorobku ponad 200 meczów w MLS Alex Prus. Historia zatacza koło?

- Tak. Arka Prusia poznałem na najbardziej prestiżowym turnieju młodzieżowym w USA Dallas Cup, gdzie grały takie ekipy do lat 19 Barcelony, Liverpoolu czy Boca Juniors. Okazało się, że on też jest ze Stalowej Woli. Potraktował mnie tak, jak ja dziś traktuję Łukasza i innych młodych sędziów. W tym roku w MLS na środku debiutowało czterech arbitrów, w tym jedna kobieta, i trzy razy desygnowano mnie do pomocy przy tych debiutach jako techniczny, To dla mnie spore wyróżnienie, które traktuję jako wyraz zaufania od mojego szefostwa.

Od jakiegoś czasu pana szefem jest były znany sędzia Howard Webb. Podobno już przy pierwszym spotkaniu z Anglikiem zapytał go pan o kontrowersyjną decyzję z meczu Austria - Polska w mistrzostwach Europy 2088 roku?

- Tak, nie mogłem sobie odmówić... Zdradził, że przed rozpoczęciem turnieju każdy sędzia dostał wytyczne, aby zwracać szczególną uwagę na łapanie za koszulkę w polu karnym przy rzutach rożnych. Dla Howarda był to pierwszy wielki turniej dlatego, kiedy w Wiedniu wypatrzył Mariusza Lewandowskiego ciągnącego w dół za koszulkę jednego z Austriaków. nie wahał się i odgwizdał rzut karny. Ale przyznał także, że dziś mogłoby to wyglądać inaczej, bo być może wytyczne dotyczyłyby pilnowania dystansu obrońców od piłkarza wykonującego korner. Tak czy inaczej była to decyzja z tzw. szarej strefy, która nie może być oceniania jednoznacznie.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź!

Anglia zagra z Polską w eliminacjach do mundialu w Katarze. Czy w związku z tym będziecie sobie z Webbem docinać?

- Na pewno. Howard to świetna osoba. Jako przełożony ma ogromną wiedzę i nasz szacunek. Ale prywatnie to też facet, z którym można pożartować, a po zakończeniu sezonu wyskoczyć na piwo. Osobiście cenię to, że niemal zawsze jest dostępny. W każdej chwili mogę zapytać go o radę lub ocenę spornej sytuacji. Często też wysyłamy do siebie wiadomości tekstowe dotyczące VAR podczas oglądania meczów ligi angielskiej. Webb nie jest fanem rozwiązań, jakie stosuje się w Premier League.

W MLS jest pod tym względem lepiej?

- Zdecydowanie. Kiedy VAR wchodził w życie, miałem pewne obawy, ale dziś już wiem, że to pożyteczne wykorzystanie technologii w naszym sporcie. Sam fakt, że ten monitor tam jest daje sędziom poczucie sieci bezpieczeństwa. Ryzyko wypaczenia wyniku w rezultacie nieświadomej pomyłki jest mniejsze i wcale nie czujemy się głupio, gdy VAR pokaże, że nasza decyzja była nieprawidłowa. Musimy także pamiętać, że nie wszędzie wszystkie decyzje podlegają szczegółowej weryfikacji wideo. W Anglii na tapecie jest cyfrowa linia spalonego, która czasem anuluje gole, bo na ofsajdzie jest... sznurówka napastnika. W MLS nie bawimy się w geometrię. Sędzia w wozie VAR na gorąco ocenia sytuację i szybko podejmuje werdykt. Wiemy, że doszukiwanie się marginalnych spalonych zabija ducha tego sportu, bo gole są solą futbolu.

W sezonie 2020 w MLS sporo zdobyli ich Polacy. Jak się im sędziuje?

- Bardzo fajnie, bo to prawdziwi profesjonaliści. Latem na Florydzie byliśmy skoszarowani przez dwa miesiące w dwóch ogromnych hotelach podczas turnieju MLS is Back. Była zatem okazja, aby poznać się bliżej, bo widywaliśmy się często na korytarzach i boisku. Raz spotkaliśmy się wszyscy na pogaduchach w hotelowym lobby. Bardzo ich szanuję i trzymam za nich kciuki. Szkoda, że Jarek Niezgoda złapał kontuzję, bo dostał się do najsilniejszej drużyny, gdzie przebicie się do pierwszego składu było ciężkim zadaniem. Ale pod koniec sezonu był już w "11" Portland Timbers i strzelał jak na zawołanie. Jego trener Gio Savarese, którego znam osobiście od czasu, kiedy trenował Cosmos Nowy Jork z Raulem i Dannym Szetelą w składzie, bardzo go chwalił.

A jak pana zdaniem radzili sobie pozostali?

- Najstarszym z tej grupy jest Przemek Tytoń, z którym zawsze można zamienić słowo i który wybronił FC Cincinnati niejeden mecz. Adam Buksa świetnie wkomponował się w zespół Bruce'a Areny, który jest wymagającym szkoleniowcem typu "old school", ale potrafi stworzyć taką atmosferę, że zawodnicy idą za nim w ogień. I ekipa New England Revolution doszła aż do finału Konferencji Wschodniej, choć przed sezonem nikt na nią nie stawiał. Przemek Frankowski to koło napędowe całego skrzydła Chicago Fire. Świetnie mu idzie i miło się patrzy na jego grę. Dla tych, którzy widzą go "na żywo", powołanie do kadry Polski nie jest żadnym zaskoczeniem. Na taką nominację z pewnością zasługuje także Kacper Przybyłko, bo jego przypadek to taka mała historia sukcesu. Trafił do Philadelphia Union po kontuzji, dostał szansę i ją w pełni wykorzystał. Od dawna wiadomo, że "ma papiery", ale albo z uwagi na kontuzje, albo dopasowanie do stylu gry nie mógł się przebić w Niemczech. Tutaj radzi sobie świetnie, rozwija się na i poza boiskiem.

Gdyby zaistniała taka sytuacja, że musiałby pan pokazać Polakowi czerwoną kartkę, to nie zawahałby się pan?

- Sytuacja, w której czerwony kartonik wyciągany jest z kieszeni nie wynika ze złej woli sędziego, dlatego nie żadnej taryfy ulgowej. Często to nie jest także wina zawodnika, bo w walce o piłkę zdarzają się różne niefortunne zagrania. W 2019 w meczu FC Dallas - NY Red Bulls za jedną z takich niezamierzonych interwencji musiałem usunąć z boiska Daniela Royera. Były reprezentant Austrii nie oponował, a po meczu czekał na mnie. Przeprosił i wyznał, że była to jego pierwsza "czerwień" w karierze. Dałem mu ją na pamiątkę z napisem: "Sorry, musiałem to zrobić, mam nadzieję, że to jest Twoja ostatnia". W tym roku pytałem, co z nią zrobił. Ma ją dalej w domu i służy mu jako przestroga przed zbyt agresywną grą.

Jak na te zaledwie kilka lat w MLS osiągnął pan już naprawdę dużo. Jakaś ambicja pozostaje jeszcze niezaspokojona?

- Kiedyś czymś takim było dla mnie sędziowanie MLS Cup, a już w ogóle to bycie rozjemcą w meczu Ekstraklasy. Najlepiej w Mielcu, gdzie ze Stalowej Woli jest rzut beretem. Mógłbym zaprosić znajomych, przyjaciół, rodzinę i mieć takie małe ukoronowanie kariery. Mimo szczerych chęci i kilku prób kontaktów z osobami z PZPN i Ekstraklasy na razie moja prośba nie spotkała się z aprobatą. Ale nawet jeśli to się nigdy nie wydarzy, to ja już po pierwszym meczu w MLS czułem się spełniony. Nigdy nie myślałem, że moje poświęcenie i praca zaprowadzą mnie tutaj, dlatego cieszę się każdym spotkaniem. Nie chcę odcinać kuponów i wiem, że ta przygoda się kiedyś skończy, ale na razie chcę jak najlepiej wykonywać zajęcie, które kocham.

Tego jeszcze nie widziałeś! Sprawdź nowy Serwis Sportowy Interii! Wejdź na sport.interia.pl!

Z Nowego Jorku dla PAP - Tomasz Moczerniuk

Dowiedz się więcej na temat: Howard Webb

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama