Reklama

Reklama

Mikulski: Pójdę do sądu!

Nowa gazeta codzienna "Fakt" miała mocne wejście na rynek. Już pierwszym numerze przyniosła informację, jakoby osobą, która "załatwiła" sprzedaż meczu barażowego między Garbarnią Szczakowianką a Świtem Nowy Dwór Mazowicki, był trener Garbarni, Albin Mikulski.

Tak poinformować mieli czterej piłkarze klubu z Jaworzna.

Reklama

Szkoleniowiec, który złożył wszystkie wyjaśnienia podczas przesłuchań w PZPN-ie oraz udostępnił nawet swoje prywatne bilingi, poczuł się mocno urażony publikacją.

Już wczoraj Polska Agencja Prasowa opublikowała oświadczenie Mikulskiego, a także czterech piłkarzy, których nazwiska pojawiły się w artykule. Przerywacz, Przytuła, Wolański i Kozubek w całości podważyli doniesienia gazety. Piłkarze podkreślili, że nie rozmawiali z dziennikarzem "Faktu" na temat klubu, czy trenera Mikulskiego. Sam szkoleniowiec zwrócił się o przeprosiny i zamieszczenie dementi.

W dzisiejszym wydaniu dziennik potwierdza swoją wersję. Dziennikarz podaje godziny i miejsca spotkań z piłkarzami. Tymczasem trener Mikulski jest zdeterminowany bronić swojego dobrego imienia i zapowiada skierowanie sprawy do sądu.

- Mam pełne zaufanie do moich piłkarzy. Rzeczywiście spotkali się z dziennikarzem, natomiast poruszali tematy swojej przyszłości, dalszej gry. W ogóle nie było mowy o aferze barażowej - powiedział INTERIA.PL Albin Mikulski. - Piłkarze podpisali oświadczenie dementujące rewelacje gazety, a przecież nie firmowaliby swoimi nazwiskami nieprawdy.

- Tym artykułem zakopano mnie kilka metrów pod ziemię. Dziennikarz musi brać odpowiedzialność za swoje słowa, bo inaczej jest to gnojenie danej osoby. Tego nie wolno robić. Nie mogę więc tej sprawy tak zostawić. Wynająłem adwokata i sprawę kieruję do sądu. Nic innego zrobić nie mogę. Jeśli "Fakt" powołuje się na kasety - bardzo dobrze. Odsłuchamy je w obecności piłkarzy i sędziego i wtedy okaże się jaka jest prawda.

- Nie po to pracowałem tyle lat w sporcie, najpierw jako zawodnik, a potem trener w Polsce i za granicą, wykładałem na różnych sportowych uczelniach, by teraz w ten sposób ktoś stłamsił i przekreślił dorobek mojego życia - dodał Mikulski.

- W żaden sposób ta publikacja nie wpłynie na moją pracę w Jaworznie. Ufam całkowicie piłkarzom. Gdyby było inaczej, współpraca z nimi mijałaby się z celem. Zauważam jednak pewną prawidłowość. Zawsze uderzenia w Szczakowiankę są wtedy, gdy gramy dobrze i możemy coś osiągnąć. Tak było z aferą barażową, tak jest i teraz. W ostatnim meczu pokonaliśmy po pięknej grze 4:0 Arkę Gdynia i chyba ktoś zaczął się bać, że możemy osiągnąć jakiś wynik.

- Wszyscy czujemy się bardzo pokrzywdzeni. Ja, jako trener, piłkarze i cały klub. Wiadomo, że gazeta chce odnieść sukces, chce się promować, ale nie można tego robić takimi sposobami. To jest nieuczciwie - dodał Mikulski.

Dowiedz się więcej na temat: sady | szkoleniowiec

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje