Łukasz Gikiewicz: Szczęsny bez winy, ale już nie fruwa
Polski bramkarz wpuścił trzy bramki w Lidze Mistrzów, a i tak miał sporo szczęścia, że nie został antybohaterem Barcelony.

Przy żadnej ze straconych w Brugii bramek nie ma bowiem winy na swoim koncie. W każdej z tych sytuacji gospodarze wychodzili sam na sam z Wojciechem Szczęsnym. Genialnie wykorzystywali w ten sposób ustawioną wysoko, czyhającą na pułapki ofsajdowe linię obrony Barcelony. Blaugrana pod wodzą Hansiego Flicka gra tak nie od dziś i wygrała tak niejeden mecz, straciła też w ten sposób parę ładnych bramek, ale dawno nikt nie wykorzystał tego tak zaskakująco dobrze jak Club Brugge.
Trzy bramki, trzy razy po wyjściu sam na sam - w teorii, całą winę można położyć na barkach obrońców. W praktyce, do pracy Wojciecha Szczęsnego można mieć małe zastrzeżenia. I nie chodzi o to, że nie dał "czegoś ekstra", bo nawet robiąc salta miał prawo wpuścić te bramki. Nie chodzi też o przytaczanie statystyk, że po zastąpieniu kontuzjowanego Joana Garcii nie zachował jeszcze czystego konta, a w ostatnich 16 meczach wpuścił 31 bramek. Bo to nie zależy tylko od niego.
Obserwuję jednak niepokojącą rzecz, którą dało się dostrzec również w meczu z Realem Madryt, którego został zasłużonym MVP po bordowo-granatowej stronie.
Otóż na moje oko, Wojciech Szczęsny niemal nie odrywa się od ziemi.
Lepiej, jeśli to kwestia umyślnej zmiany taktyki obrony strzałów. Gorzej jeśli kwestia wieku. Kiedyś latał jak ptak, wierzgał się niczym kot, był zwinny jak lampart. Fruwał.
Mógł coś zawalić przez złą decyzję czy koncentrację, ale raczej nigdy przez niedociągnięcia fizyczne. Teraz, nawet przy tych trzech bramkach Club Brugge - widać Wojtka, który sunie po ziemi, ledwo się od niej odkleja. Jeden z zawodników gospodarzy w sytuacji bramkowej zdecydował się nawet podciąć piłkę. Minęła nieznacznie poprzeczkę, a także leżącego na ziemi Polaka.
Piszę to z bólem - ale też piszę, co widzę. Wiem, że to świetny człowiek, wspaniała historia, że wrócił z emerytury, bawi się futbolem na najwyższym poziomie, jest inspiracją i wzorem dla młodych polskich bramkarzy. Wiem, że awaryjnie teraz zastępuje kontuzjowanego kolegę. Szczęsny jest gigantem, co nie zmienia faktu, że przy wielu ostatnich interwencjach nie oderwał się od ziemi.
Imponująco z wiekiem walczy dwa lata starszy Robert Lewandowski, który został za swój profesjonalizm pochwalony przez trenera Hansiego Flicka na konferencji prasowej. Niemiec przyznał wprost: lepszego piłkarza pod tym względem nigdy nie prowadził. Miał pauzować co najmniej pięć tygodni, wrócił po trzech. Niestety, w Brugii był niewidoczny. Zdarzyło mu się źle przyjąć piłkę. Inna sprawa, że to nie do końca wina samego Lewandowskiego.
Problemem numer jeden Barcelony - który rywalizuje pod tym względem z błędami wysoko ustawionej linii obrony, nie zawsze będącej jedną linią - wydaje się być egoizm.
Flick ostrzegał, że trudniej będzie radzić sobie z sukcesami niż je osiągnąć w pierwszym sezonie. Poznał to zresztą w Bayernie, w którym wygrał wszystkie sześć trofeów przejmując zespół w trakcie trwania sezonu, tuż po porażce 1:5 z Eintrachtem Frankfurt, a kilka miesięcy później zwyciężając Ligę Mistrzów, Bundesligę, Puchar Niemiec, Klubowe Mistrzostwo Świata i oba Superpuchary. Im dalej w las, tym trudniej było mu jednak utrzymać żelazną dyscyplinę, tytaniczną pracę, ogromną koncentrację i konsekwencje w grze.
A mowa o Niemcach, którzy podejście do roboty, również tej piłkarskiej, mają nieco odmienne od Hiszpanów. Barcelona przed przyjściem Hansiego Flicka trenowała z inną mentalnością, w nieco luźniejszym trybie. Terapia szokowała przyniosła trzy trofea, blisko było czwartego i najważniejszego w postaci Ligi Mistrzów, ale w tym sezonie już tak świetnie Blaugranie nie idzie. Pojawiły się kontuzje, a także spotęgowało się zjawisko "grania na siebie".
Lamine Yamal skradł show. "Jest genialny"
Naturalnie, najwięcej w takim graniu jest Lamine'a Yamala. Bo jest genialny. Bo potrafi związać dwóch, trzech, czterech obrońców. Potrafi strzelić rogalem po zejściu do lewej nogi, potrafi "zewniakiem" wyłożyć doskonałą piłkę. I nawet w tej Brugii to on miał piękną asystę drugiego stopnia przy golu Ferrana Torresa, to on osobiście strzelił drugą bramkę, to on miał największy wkład przy golu samobójczym na 3:3.
Jak przy Szczęsnym, w teorii - wszystko się zgadza. Pretensji żadnych. I mimo to wciąż trudno oszukiwać swój wzrok, dostrzegający całą masę sytuacji, która Barcelona rozwiązuje w ten sam sposób. Na jedno kopyto. Konkretnie: lewe, młodego pana z numerem 10, do którego trafia olbrzymi odsetek ostatnich podań przed końcem akcji. Również (a może raczej: przede wszystkim) nieudanych.
Yamal miał 99 kontaktów z piłką. Ferran Torres - 19. A Robert Lewandowski, który go zmienił - 8.
W tych 99 kontaktach jest 30 strat piłki, 12 niecelnych podań, 5 nieudanych dryblingów, 4 złe przyjęcia czy 8 niecelnych dośrodkowań (przy ani jednym celnym). Widać trzy genialne zagrania, a trochę mniej - tych kilkadziesiąt złych. Jeszcze mniej przy tym widać środkowych napastników, na których zwykle kończyć się powinny akcje, zaś w Barcelonie jest to rzadkość. Polak po wejściu z ławki rezerwowych miał z bocznych sektorów jedno (!) niezłe podanie, które zakończył dobrym, acz zablokowanym strzałem. Poza tym, trochę niczym sęp, żywi się padliną. Tu komuś nie uda się strzał, który spróbuje przyjąć, jak w przypadku Roony'ego. Tu Lamine'owi ucieknie piłka, którą zakończy uderzeniem sparowanym na rzut rożny. Poza tym - warunki dla snajperów tego typu są ekstremalnie trudne.
Gra pod siebie Lamine Yamal, co większość zespołu akceptuje, bo z uporem maniaka gra do niego z środka pola niemal każdą piłkę. Grają również pod siebie również inni. Fermin Lopez oddając strzał z kompletnie nieprzygotowanej pozycji w końcówce, gdzie miał do wyboru kilka opcji przed polem karnym, jest dla mnie najlepszą ilustracją tego problemu.
Widzę poprzedniego dnia Bayern z Paris Saint-Germain, gdzie każdy szuka lepiej ustawionego partnera, włącznie z grającym w jednej akcji nawet jako najbardziej cofnięty piłkarz Harry'm Kane'm - i widzę zespół. Dzień później obserwuję Barcelonę, która wymienia miliony podań w swoim stylu - ale przy tych kluczowych, najważniejszych, okazuje się zbiorem indywidualności, który okazjonalnie gra zespołowo.
Będzie musiała drużyna ze stolicy Katalonii wrócić do korzeni, do tego co pięknie robiła w poprzednich rozgrywkach, by myśleć w tym sezonie o wygraniu jakichkolwiek.











![O której skoki w Klingenthal dzisiaj? Gdzie obejrzeć? [TRANSMISJA NA ŻYWO]](https://i.iplsc.com/000M1YMSYAGFTSMO-C401.webp)




