Łukasz Gikiewicz: Polska w Europie: coraz lepiej, coraz gorzej
Idziemy do przodu, pniemy się w rankingu, a jednocześnie nierealne staje się powoli uczestniczenie nie tylko w Lidze Mistrzów, ale nawet w Lidze Europy.

Polska zdobyła w tym sezonie już 4,125 punktu do rankingu krajowego. Najwięcej ze wszystkich federacji, wyprzedzając drugą Anglię czy trzecią Hiszpanię. Mocno pachnie czterema klubami w fazie ligowej Ligi Konferencji, co jest również w kontekście rankingu UEFA świetną wiadomością.
Z drugiej strony, odbijamy się od poważnej piłki coraz brutalniej. Porażka mistrza Polski 1:5 na własnym stadionie w play-offie o pucharową drugą ligę to nie jest powód do dumy. Lech przy Bułgarskiej otarł się o słowo "kompromitacja". Głównie za sprawą swojej defensywy.
Bramka na 0:1 mogła paść kilka sekund wcześniej. Niewyszukana akcja gości zasiała popłoch w defensywie "Kolejorza", a zakończyła się otwarciem wyniku. Czerwone światła biły po oczach, ale to jeszcze nie zwiastowało tragedii. Zwłaszcza że Genk też popełniał błędy. Jeden z nich wykorzystał Filip Jagiełło, po wcześniejszym odbiorze i podaniu Mikaela Ishaka. Trybuny eksplodowały. "Jedziemy!", pomyślał każdy dobrze życzący poznaniakom.
Niestety, podróż nie trwała długo. Zakończyło ją prostopadłe podanie Steuckersa, którego w drugą asystę zamienił strzeleniem drugiej bramki Hrosovsky. Fatalnie krył go Skrzypczak. Znów: wyglądało to niezbyt skomplikowanie, a zadziałało perfekcyjnie.
Belgowie pokazali, że nie trzeba strzelać z przewrotki, posyłać 50-metrowej bomby zrywającej pajęczynę z górnego rogu bramki, albo robić fikuśnych trików znanych z gry FIFA. Po raz kolejny okazało się, że futbol to prosta gra, w którą najtrudniej jest prosto grać.
Jak w sytuacji z 32. minuty. Genk tworzy akcje od obrony, wszyscy piłkarze Lecha są za linią piłki, a Belgowie i tak jednym podaniem tworzy groźną kontrę. Nie można być trochę w ciąży: albo pressujesz tak, że rywal to czuje - i nawet jeśli spod pressingu wychodzi, to nie jest dla niego bułka z masłem - albo musisz ustawić się szczelniej w obronie. Obrońca gości nieatakowany uruchamia skrzydło prostym podaniem, Genk wychodzi trzech na trzech. Na tym poziomie to jest nie do pomyślenia.
Przy Bułgarskiej to Lech mógł się uczyć od Belgów pressingu. Kilka minut później złapali Lecha, a Hyun-gyu Oh prostym zwodem zarobił rzut karny. Bartosz Mrozek dwukrotnie wybronił w 37. minucie Lecha. Utrzymał przy życiu, czyli wyniku 1:3 - bo w międzyczasie Belgowie dołożyli trzecią "sztukę" po rzucie rożnym. Interwencja polskiego bramkarza była niczym gol Jagiełły. Dała tlen. Wiarę, że da się to odwrócić.
Ale obrona Lecha nie dała za wygraną w tej misji samobójczej. Genk nadal wchodził w nią jak rozgrzany nóż w masło. Jeszcze przed przerwą Belgowie zaserwowali nam kolejną prostą akcję, znów niewielką liczbą podań doprowadzając do sytuacji, w której Oh tylko dopełnił formalności.
Wynik ustalił - jak na rodzaj misji poznańskiej defensywy przystało - samobój. Do własnej siatki klatką piersiową trafił Gurgul. 1:5 u siebie. Największa porażka w europejskich pucharach "Kolejorza" od ponad 30 lat.
W obronie popełnia błędy, których nie popełniają trampkarze. 21 straconych bramek od początku sezonu to nie jest przypadek.
Dziwi przy tym "skasowanie" Bartka Salomona, który nie gra pomimo kontuzji rywali o miejsce w składzie. Jest jak Marcin Komorowski za trenera Oresta Lenczyka w Bełchatowie - do składu tuż za masażystą, kierownikiem i kierowcą autobusu. Inna sprawa, że gdyby fatalna forma Mateusza Skrzypczaka, który po przyjściu z Jagiellonii zawodzi, pewnie byśmy o Salomona nie pytali.
Dobrze, że w końcówce belgijska maszyna trochę zwolniła. Lech dochodził do sytuacji, ale najmocniej z ich wszystkim w pamięci i tak zapadnie kiks Fiabemy. Nawet jak obrońca przewrócił mu się w polu karnym, to piłkarz Lecha nie trafił w piłkę, którą tuż przed sobą prowadził po ziemi.
Dwa ostatnie podejścia mistrzów Polski do Ligi Mistrzów i Ligi Europy to jeden remis i sześć porażek. To Jagiellonia, która w dwumeczach przegrała 1:5 z Bodo oraz 1:7 z Ajaksem. To Lech, który przegrał 2:4 z Crveną, a teraz przy stanie 1:5 ma wyjazd na Genk.
Wygląda to fatalnie. Gdyby nie wymyślono Ligi Konferencji, być może kolejny rok kończylibyśmy swoją przygodę z pucharami w sierpniu.
Na szczęście trzecia liga europejska istnieje. Jeśli zagrają w niej wszyscy nasi reprezentanci, pobijemy rekord liczby meczów polskich klubów w europejskich pucharach - zagramy ich co najmniej 50.
Przyczyni się do tego Jagiellonia Adriana Siemieńca, choć przeprowadziła latem bardzo duży remont w składzie. Przegrała 1:7 w sparingu z Widzewem, zaczęła ligę od 0:4 z Niecieczą, ale otrząsnęła się wyśmienicie. Myślę, że na mistrzostwie Polski, Superpucharze i ćwierćfinale Ligi Konferencji drużyna Adriana Siemieńca się nie zatrzyma.
Szkoleniowiec Jagi natomiast może powtórzyć wyczyn Henninga Berga, który przeszedł pucharowe eliminacje dwa lata z rzędu. Siemieniec zostanie pierwszym takim trenerem w historii. Jego Jagiellonia w Białymstoku przejechała się bowiem po drużynie ze stolicy Albanii.
Nie minęła minuta, jak Afimico Pululu w sytuacji jeden na jeden z bramkarzem posłał piłkę do siatki, obok bezradnego golkipera Dinamo City. Tamto trafienie jeszcze anulował VAR z powodu spalonego. Ale gospodarze cisnęli i zasłużyli na bramkę. Doczekał się jej też wspomniany wyżej napastnik. Pululu to król tych rozgrywek. Z ośmioma trafieniami został najlepszym strzelcem minionej edycji, a w tegorocznych eliminacjach ma 4 bramki w 4 meczach.
To on wstrzelił piłkę w pole karne, do której po zbyt krótkim wybiciu dopadł Wojtuszek i ustalił na 3:0 wynik spotkania, który wcześniej otworzył Jesus Imaz. To bardzo dobra zaliczka, ale rezultat powinien być wyższy.
W takich przypadkach jestem fanem kończenia złudzeń. Jeśli można było zamknąć ten dwumecz w Białymstoku, marginalizując niemal do zera szanse rywali w rewanżu - trzeba było to zrobić. Zachowywać się do ostatniego gwizdka sędziego jakby wciąż było 0:0. Wiem, trudna jest walka z podświadomością na zielonej murawie. Widziałem już zdekoncentrowaną Jagiellonię, tracącą dwie bramki w końcówce rewanżu. Nie muszę daleko sięgać pamięcią, wystarczy do poprzedniej rundy eliminacji. To wciąż możliwe, by w stolicy Albanii straciła trzy. Na szczęście, szanse na to nie są duże, ale niepewność - zupełnie niepotrzebna.
Losów dwumeczu nie rozstrzygnął też Raków, choć wygrał i zapunktował w rankingu, zbliżając się do fazy ligowej. Śmiesznie wyglądała akcja bramkowa. Golkiper rywali doskonale widział, że Pieńko rusza do pressingu. Ale, chyba przez zachwyt nad udanym właśnie przedryblowaniu Rochy, pokazywał: "spokojnie". Zadziałało o tyle, że obrońca Ardy był spokojny, gdy skrzydłowy Rakowa wyłuskał mu piłkę, popędził na bramkę i otworzył wynik meczu.
Pieńko powinien mieć dublet w 30. minucie. Znów skompromitowali się obrońcy gości. Poturbowali się wzajemnie, wyprowadzając Polaka sam na sam. Ten uderzył jednak wprost w bramkarza. W sumie Raków oddał 14 strzałów, połowa z nich była celnych. W perspektywie rewanżu w Bułgarii powinien wygrać wyżej.
Zwłaszcza że Arda pokazała w wielu fragmentach, że o ile w defensywie potrafi zatańczyć wesołego oberka, tak w ofensywie radzi sobie całkiem, całkiem. Miała swoje okazje. Tworzyła je, wcześniej przejmując kontrolę w środku pola. Częściej posiadała piłkę. Wymieniła więcej podań. Raz piłkarzy Marka Papszuna uratował słupek. Wyjazd do Kyrdżali może nie należeć do najprzyjemniejszych.
Z trudnego terenu z tarczą wróciła natomiast Legia Warszawa. Jeśli awansuje do fazy ligowej, to głównie dzięki fantastycznej formie swojego snajpera. Jean-Pierre Nsame strzelał dwa razy z Banikiem, i choć dwa gole na nic się zdały w dwumeczu z Larnaką, to z Hibernians ponownie trafił do siatki z karnego, a do tego dołożył piękną asystę.
To była podręcznikowa kontra. Ziółkowski fantastycznie odebrał piłkę na połowie rywala, a Nsame przytomnie znalazł dośrodkowaniem zamykającego akcję Wszołka.
Szkoda, że tuż po zmianie stron Kameruńczyk w znacznie prostszej sytuacji Pawła nawet nie szukał. Dobiegł do zagranej na wolne pole piłki, a będąc w okolicach narożnika pola karnego musiał widzieć doskonale wbiegającego, niepilnowanego Wszołka. Wystarczyło mu dać płaskie dośrodkowanie. Po ziemi, wzdłuż bramki, by Polak znalazł się w sytuacji niemal tak dobrej jak rzut karny. Ale Nsame zwlekał. Dogonił go obrońca, wszedł w drybling i został zablokowany. A Wszołek się wściekł. I kompletnie mu się nie dziwię.
Po godzinie gry Legia podwyższyła wynik meczu po bramce Kapustki, ale tylko na chwilę, zanim VAR nie zmienił decyzji arbitra, dopatrując się niewielkiego spalonego.
Mogło być nawet 4:0 - skończyło się 2:1, co też nie jest złym wynikiem, bowiem końcówka zdecydowanie należała do gospodarzy.
O tym, czy Legia z Rakowem nie stracą jednobramkowej przewagi w rewanżu, dowiemy się za tydzień - w kolejnym "polskim czwartku w pucharach". Trzymam kciuki, by w tym sezonie oznaczał on regularnie aż cztery biało-czerwone mecze na arenie europejskiej.
















