Reklama

Reklama

Liverpool – Flamengo 1-0 w finale Klubowych Mistrzostw Świata

Aż trudno w to uwierzyć, ale Liverpool dopiero pierwszy raz w historii został oficjalnie najlepszym zespołem na świecie. W finale klubowego mundialu "The Reds" długo męczyli z Flamengo i dopiero w dogrywce Roberto Firmino pogrążył rodaków, strzelając decydującego gola.

Juergen Klopp nie żartował. Liverpool przyjechał do Kataru po to, żeby po pierwszy zostać oficjalnie najlepszą drużyną na świecie i słowa dotrzymał. Tym razem nie było żadnej taryfy ulgowej, a piłkarze podeszli do meczu z Flamengo wyjątkowo zmotywowani.

Paradoks polegał bowiem na tym, że "The Reds", szczycący się sześcioma triumfami w Pucharze/Lidze Mistrzów nigdy wcześniej nie podnosili tego interkontynentalnego pucharu. Albo przegrywali w finale (trzykrotnie, w tym raz z... Flamengo w 1981 roku), albo bojkotowali mecz - jeszcze wówczas tylko z najlepszą ekipą z Ameryki Południowej - który ich zdaniem nie miał większej rangi, jak w końcówce lat 70.

Reklama

Dzisiaj Klubowe Mistrzostwa Świata to jednak zupełnie inna bajka. Nie tylko większy rozmach i nie tylko pierwsza taka światowa impreza w Katarze przed mundialem w 2022 roku, ale też większy prestiż, skoro szef FIFA Gianni Infantino przeforsował pomysł, aby już za dwa lata powstał całkiem nowy turniej z 24 ekipami. Słowem, coraz bardziej warto taką imprezę wygrywać.

Klopp wie o tym doskonale, dlatego przywiózł do Dohy ekipę w pełni zmobilizowaną. Choć Liverpool długo męczył się z Brazylijczykami.

Pewnie byłoby mniej nerwowo, gdyby już w pierwszych minutach Firmino celniej uderzył, gdyby Nabi Keita powtórzył zagranie z półfinału i trafił do siatki po idealnym podaniu Mo Salaha, witanego owacyjnie przez miejscową publiczność, albo gdyby chociaż Trent Alexander-Arnold odrobinę lepiej przymierzył z daleka.

Katarska prasa zapowiadała przed meczem z jednej strony, że Brazylijczycy z Liverpoolu są gotowi na Flamengo, co się ostatecznie sprawdziło, z drugiej - legendarny Zico przekonywał, że mistrzowie Ameryki Płd. mają zespół, który jest w stanie pokonać "The Reds".

Zresztą, już na rozgrzewce było widać, że żadnych sentymentów nie będzie. Alisson Becker, najlepszy bramkarz świata w tym roku został przywitany przez kibiców Flamengo, swoich rodaków, potężną porcją gwizdów. Bronił dość pewnie, poza jedną interwencją, gdy o mało nie spóźnił się z wybiciem piłki.

Brazylijczycy też mieli swoje okazje, głównie za sprawą Gabriela Barbosy, ale dopiero w II połowie "Gabigol" zmusił Alissona do maksymalnego wysiłku.

Gdy gracze Kloppa ponownie przyspieszyli po przerwie, znowu zrobiło się niebezpiecznie. Najpierw Firmino trafił z bliska w słupek, chwilę potem Salah - tuż obok słupka. Liverpool był lepszy, miał trio napastników znacznie groźniejsze, jednak piłka nie chciała wpaść do siatki, nawet gdy Egipcjanin wypracowywał sobie kolejne okazje. Na domiar złego, Oxlade-Chamberlain tak niefortunnie upadł, że doznał kontuzji i musiał ustąpić miejsca Lallanie.

Bohaterem Liverpoolu zostałby pewnie kapitan Henderson, ale jego strzał z daleka znakomicie obronił Diego Alves.

Do najbardziej kontrowersyjnej sytuacji doszło już doliczonym czasie gry, gdy Sadio Mane uwolnił się spod opieki obrońców, był sam na sam z bramkarzem, ale powracający Rafinha skutecznie mu przeszkodził. Sędzia początkowo wskazał na jedenastkę, myśląc, że obrońca Flamengo sfaulował Senegalczyka, ale po konsultacji VAR cofnął decyzję.

Liverpool dopiął jednak swego w dogrywce. W decydującej akcji znakomitym podaniem do Mane popisał się Henderson, Senegalczyk przytomnie podał do nadbiegającego Firmino, a Brazylijczyk dopełnił formalności. Jeszcze Salah i Van Dijk mogli podwyższyć wynik, ale skończyło się na 1-0.

Liverpool nie wypuścił już szansy z rąk, a trener Klopp wygrał drugi kolejny finał ze swoim zespołem.

Losy meczu o 3. miejsce między meksykańskim Monterrey a saudyjskim Al Hilal zostały rozstrzygnięte dopiero w  rzutach karnych (po 90 minutach było 2-2), a decydującą jedenastkę strzelił... bramkarz Luis Cardenas, wcześniej popisując się znakomitą obroną.

Klubowe Mistrzostwa Świata w Katarze to pierwsza taka impreza i przedsmak tego, co będzie tu za trzy lata, gdy na prawdziwy mundial przyjadą najlepsze drużyny narodowe. Skala jest nieporównywalna, ale ten sprawdzian wypadł bez żadnych wpadek. Za rok mistrzowie wszystkich kontynentów przyjadą tu ponownie.

Remigiusz Półtorak ze stadionu Chalifa w Dosze

Finał Klubowych Mistrzostw Świata: Liverpool - Flamengo 1-0 (0-0, 0-0)

1-0 Firmino (99.)

Liverpool: Alisson - Alexander-Arnold, Van Dijk, Gomez, Robertson - Keita, Henderson, Oxlade-Chamberlain (75. Lallana) - Salah (120. Shaqiri), Firmino (106. Origi), Mane.

Flamengo: Diego Alves - Rafinha, Rodrigo Caio, Mari Villar, Filipe Luis - De Arrascaeta (77. Vitinho), Gerson Santos (102. Lincoln), Willian Arao - Everton (82. Diego Ribas), Gabriel Barbosa, Bruno Henrique.

Widzów: 45 416.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama