Reklama

Reklama

Lewandowski w szalonym meczu. 12 bramek i dogrywka w Anglii

I jak tu nie kochać piłki nożnej? Takich spotkań jak czwartkowe starcie Liverpoolu z Borussią Dortmund chcemy jak najwięcej. Niesamowity pojedynek na Anfield Road już okrzyknięto meczem sezonu. Szalonych spotkań w ostatnich latach było więcej, choćby ten z udziałem Roberta Lewandowskiego. Najwięcej thrillerów zafundowały kibicom kluby angielskie, z Liverpoolem na czele. Przypominamy kilka futbolowych dreszczowców.

Co? Gdzie? Kiedy? Bądź na bieżąco i sprawdź Sportowy Kalendarz!

W pierwszym meczu ćwierćfinałowym LE w Dortmundzie Borussia zremisowała 1-1 z Liverpoolem. W rewanżu już po dziewięciu minutach prowadziła 2-0, ale gospodarze mieli mnóstwo czasu na odrobienie strat. Gdy jednak w 57. minucie niemiecki zespół wyszedł na prowadzenie 3-1, tylko wierni do końca fani "The Reds" mogli mieć nadzieję, że ich zespól zdobędzie trzy bramki i awansuje.

Reklama

To był fantastyczny mecz, w którym sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie, a akcja za akcją pod jedną bądź drugą bramką nie pozwalały złapać oddechu obserwatorom. Ostatecznie podopieczni Juergena Kloppa dokonali niemożliwego, wstali z kolan i w doliczonym czasie gry strzelili upragnionego gola na 4-3. Stadion oszalał ze szczęścia.

Klopp odniósł triumf nad swoją byłą drużyną. Tylko liczna grupa kibiców Borussii była zdziwiona tym, co się stało, choć nie miało prawa.


Trudno nie nazwać szalonym meczem tego, co wydarzyło się we wrześniu ubiegłego roku w Monachium. Po tamtym spotkaniu nazwisko Roberta Lewandowskiego było odmieniane przez wszystkie przypadki.

Wracający po lekkiej kontuzji Polak pierwszą połowę przesiedział spokojnie na ławce rezerwowych. Sam w najpiękniejszych snach nie mógł spodziewać się tego, co stało się po przerwie.

"Nawet Ronaldo i Messi nie dokonali tego, co Lewandowski" - ogłaszały hiszpańskie media po wyczynie napastnika Bayernu, który, po wejściu z ławki, w niespełna dziewięć minut pięć razy posłał piłkę do bramki silnego rywala z Wolfsburga, a jego zespół wygrał 5-1.

"Lewy" pobił wszystkie możliwe rekordy, znalazł się nawet w Księdze Guinnessa. Po tym, jak strzelił cztery gole Realowi Madryt, dokonał rzeczy jeszcze większej. Znów był na ustach całego świata. Trener Pep Guardiola łapał się za głowę, gdy patrzył na to, co wyczynia jego zawodnik.

Piłkarze w Anglii mają niesamowitych kibiców, którzy słono płacą za bilety, ale w zamian otrzymują produkt najwyższej jakości, a emocje często sięgają zenitu. Tak było choćby w październiku 2012 roku w meczu Pucharu Ligi, w którym Reading przegrał z Arsenalem 5-7 po dogrywce, mimo że wygrywał już 4-0!

Po 37. minutach ówczesny beniaminek Premier League lał "Kanonierów" cztery do zera. W doliczonym czasie pierwszej połowy Arsenal zaczął odrabiać straty, a ostatnich sekundach spotkania doprowadził do remisu 4-4.

W dogrywce Arsenal objął prowadzenie, lecz gospodarze odpowiedzieli na 5-5. W ostatniej minucie dodatkowej rozgrywki podopieczni Arsene'a Wengera zdobyli dwa gole i zwyciężyli 7-5. Ktoś wyreżyserowałby taki spektakl?

Niespełna półtora roku temu na zapleczu hiszpańskiej Primera Division rozegrano spotkanie, o jakim trudno będzie jego obserwatorom zapomnieć. Pojedynek Numancii z Lugo zakończył się remisem 6-6!

W pierwszej połowie nic nie zapowiadało nieprawdopodobnego wyniku. Przed przerwą każdy z zespołów uraczył swoich kibiców jedną bramką (1-1).

Druga połowa przez długi czas była popisem gości z Lugo, którzy do 85. minuty prowadzili 6-3. Bramki sypały się jak z rękawa, a końcówka należała do dzielnie walczących gospodarzy.

Gdy sędzia, przy stanie 4-6, powoli przymierzał się już do zakończenia spotkania, piłkarze Numancii zdołali jeszcze dwa razy posłać piłkę do bramki rywali. Szalony mecz zakończył się szalonym, jak na piłkę nożną, wynikiem 6-6.

Liverpool FC znów wkracza do akcji. Pod wodzą Kloppa nudno nie będzie, nawet gdy rywalem jest, nie najmocniejsze w lidze angielskiej, Norwich City. Styczniowe starcie obu zespołów dostarczyło fanom obu drużyn niesamowitych wrażeń.

Po trafieniu Roberto Firmino "The Reds" prowadzili na Carrow Road, ale po 54. minutach gry to gospodarze wygrywali 3-1. Liverpoolowi wystarczyło 20 minut, by zdobyć trzy bramki i wyjść na prowadzenie 4-3.

To jednak nie wszystko. W doliczonym czasie gry Sebastien Bassong uratował, jak się wydawało, gospodarzom remis. Ale nic z tego. To Adam Lallana został bohaterem spotkania, dając zwycięstwo Liverpoolowi w ostatniej akcji meczu.

Niemcy zawsze grają do końca i zwykle wygrywają. Tym razem sytuacja odwróciła się o 180 stopni. Podopieczni Joachima Loewa w eliminacjach mistrzostw świata 2014 prowadzili ze Szwecją 4-0, by zaledwie zremisować 4-4.

Jak sprawdziły niemieckie media, ich reprezentacja nigdy, w ponadstuletniej historii, nie roztrwoniła takiej przewagi.

Zlatan Ibrahimović zdobył bramkę na 1-4 i poderwał drużynę do walki w beznadziejnej sytuacji. Szwedzi doszli na 4-4, a mieli jeszcze nawet okazję na zdobycie zwycięskiego gola.

Piłkarze ze Szwecji cieszyli się, że zagrali jak Niemcy, a ci ostatni chowali się ze wstydu. Niemieckie media nie zostawiły na nich suchej nitki.

Zdarza się, że i w Polsce dochodzi do meczów, na których kibice się nie nudzą. Tak było choćby w listopadzie ubiegłego roku na inaugurację nowego stadionu w Niecieczy, gdzie beniaminek Ekstraklasy podejmował, kroczącego od zwycięstwa do zwycięstwa, Piasta Gliwice. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem gości 5-3.

Gliwiczanie objęli prowadzenie już w szóstej minucie za sprawą Kornela Osyry, ale 20 minut później to niecieczanie byli na prowadzeniu. Dwie minuty nieuwagi gospodarzy wystarczyły jednak, by Piast ponownie był lepszy o jednego gola.

W drugiej połowie goście podwyższyli na 4-2, ale Termalica odpowiedziała. Festiwal strzelecki zakończył dopiero w 81. minucie Tomasz Mokwa, pieczętując wygraną gości.

Na szczęście dla kibiców piłki nożnej, nieprawdopodobnych meczów, podczas których kibice nie nudzą się ani przez chwilę, nie jest wcale tak mało, jak mogłoby się wydawać. Na koniec warto wspomnieć jeszcze choćby dwa spotkania z udziałem Liverpoolu, który coraz bardziej zasługuje na miano szalonej drużyny.

Mowa tu oczywiście o pamiętnym finale Ligi Mistrzów z 2005 roku, gdy ekipa "The Reds", z Jerzym Dudkiem w bramce, ze stanu 0-3 do przerwy z AC Milan wyciągnęła na 3-3, a potem triumfowała w karnych.

W pamięci kibiców zapadł także finał Pucharu UEFA z 2001 roku. Piłkarze Liverpoolu pokonali po dogrywce 5-4 Deportivo Alaves. Pechowym strzelcem "Złotego gola" w dodatkowym czasie gry został Geli, który uderzeniem głową posłał piłkę do własnej bramki.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL